Stanisław Lem: Ja bardzo często źle śpię. Gdy się budzę w nocy, siadam przed telewizorem i skacząc po programach satelity próbuję znaleźć coś mniej brutalnego. Prawie nie ma takiej nocy, kiedy by mi się udało ominąć zbrodnie, zbiorowe paniki, trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, rozmaite mniej czy bardziej współczesne Pompeje i Troje. Ta powszechna potrzeba zbrodni, dzikości, przyglądania się cierpieniu jest mocno deprymująca. Skłonność jest naturalna, kultura potrafi ją temperować albo wzmacniać. Ja gotów jestem zapłacić, żeby nie oglądać rozcinania dziewczyny piłą tarczową, a ludzie dość masowo płacą, żeby to zobaczyć. Gdyby było inaczej, nikt by przecież takich idiotyzmów nie produkował. Chce pan powiedzieć, że to zboczeńcy? Czy jesteśmy gatunkiem zboczeńców? Bo przecież horror i gwałt zdecydowanie dominują w masowej kulturze. Nie, proszę pana! To nasza gatunkowa norma napędzana dwudziestowieczną permisywnością. „Chcesz popatrzeć? Twoje prawo!” Dawniej tego nie było, bo nie było kina ani telewizji.
Były za to inne wspaniałe, a dziś zakazane, rozrywki. Ludzie szli pół dnia po mrozie, żeby zobaczyć widowisko polegające na obcinaniu komuś głowy, łamaniu kołem albo paleniu żywcem, nie mówiąc już o niesłychanie rozrywkowym rozszarpywaniu przez lwy, które gwarantowało frekwencję w rzymskim Koloseum. Dziś, kiedy prawo pozbawiło ludzi takich uciech, media zapełniają tę bolesną lukę.