Jak daleko od Akropolu

Przyjmuje się, że w czasach Sokratesa odległość od Akropolu do morza wynosiła ok. 4 – 5 km. Dziś od centrum Aten do wybrzeża to dystans prawie 10 kilometrów. Skąd ta różnica, skoro wiadomo, że linia brzegowa Zatoki Sarońskiej nie przesunęła się znacząco od czasów starożytnych? Phalerum lub Phaleron leżał około 5 km na południowy zachód od Akropolu, właśnie nad zatoką Sarońską, którą w tamtych czasach nazywano również  Zatoką Phalerum. Był to główny port Aten, zanim Temistokles od roku 491 r. p.n.e. rozbudował trzy skaliste naturalne porty przy cyplu Pireusu jako alternatywę. Legenda głosi, że Menesteusz wypłynął ze swoją flotą do Troi z Faleronu, podobnie jak Tezeusz, gdy udawał się na Kretę. Porty Faleron i Pireus leżały więc dokładnie w tym samym miejscu co dziś, a morze wcale nie cofnęło się aż o 6 km.

Wyjaśnieniem jest zmiana perspektywy. W starożytności liczono odległość od Akropolu do Faleronu, czyli 4 do 5 kilometrów, a dziś liczy się od centrum Aten do Pireusu – stąd 10 km. W rzeczywistości Ateny zawsze były blisko morza, chociaż w starożytności były jednak bardziej „lądowe”, bo od morza oddzielał je pas równiny, wypełniony obecnie przez zawiły labirynt dzielnic i domów, miasta Palaio Faliro, Kallithea i Neo Faliro, które są częścią aglomeracji ateńskiej. Zmieniły się więc jedynie granice miasta oraz sposób opisywania odległości.

Achaje wracają pod Troję

Zaczynamy przypominać homeryckich Greków. Oceny prakseologiczna, estetyczna i moralna zacierają się. Coraz częściej błąd w działaniu i moralne wykroczenie mierzy się dokładnie tą samą miarą, nie odróżniając ich wcale. Agamemnon przyznający, że źle postąpił wobec Achillesa potwierdza jedynie, że zachował się niewłaściwie, jeżeli chodzi o skuteczność działania, nic ponadto. Moralna strona jego zachowania nie jest tu w ogóle brana pod uwagę. Tamten świat nie zajmował się tym, co moralne, cnoty nie mierzono przestrzeganiem tego, co dozwolone czy zakazane, posłuszeństwem czy poddaństwem lub tym, co jest dobre lub złe. W homeryckim kosmosie pojęcie moralnej odpowiedzialności jeszcze nie występowało. Greckie słowo kakos oznaczało osobę, której można bezkarnie wyrządzić kaka, ponieważ nie może się bronić. Zdyskredytowany był zawsze ten, kto dał się pokonać, a nie zwycięzca, bez względu na to jakich w walce użył środków. Potępiano nie tego, kto znieważał czy wyszydzał, ale tego, kto potulnie wysłuchiwał kierowanych do niego obelg. W tamtym świecie pojęcie moralnej odpowiedzialności jeszcze nie istniało, w naszym przestaje istnieć. Achaje wracają pod Troję.

Odysjada 17

Ojcem Penelopy był Ikarios, brat Tyndareosa (mąż słynnej Ledy i ojciec Klitajmestry oraz Heleny) i Hippokoona. Wygnany wraz z Tyndareosem ze Sparty przez swego brata Hippokoona i jego synów, schronił się u Testiosa w Pleuron. Gdy Herakles zabił Hippokoona, Tyndareos powrócił do Sparty i został jej królem. Ikarios natomiast pozostał w Akarnanii  i poślubił Polykaste. Mieli troje dzieci: Penelopę, Alyseusa i Leukadiosa. Według innej tradycji wrócił wraz z bratem do Sparty i w związku z nimfą Periboją miał pięciu synów oraz córkę Penelopę. Kiedy Penelopa dorosła i przyszedł czas, by wyszła za mąż, kochający córkę Ikarios starał się odwlec ten moment. Ostatecznie musiał jednak ustąpić – ogłosił wyścigi rydwanów, których zwycięzca miał otrzymać rękę Penelopę.  

Odyseusz początkowo wcale nie zamierzał walczyć o Penelopę. Zainteresowany był jej kuzynką Heleną, przyszłą Heleną trojańską, ale gdy dowiedział się, że będzie miał aż 72 pretendujących do jej ręki rywali, zrezygnował. Już jako młody człowiek wykazywał cechy, które z biegiem lat staną się niemal jego atrybutami. Odyseusz jest praktyczny, umie liczyć, konkurencja do ręki Heleny jest ogromna, zwycięstwo nie przyszłoby łatwo, a ryzyko porażki zbyt wielkie. Wycofał się więc się ze starań o Helenę, stając do wyścigu rydwanów o rękę Penelopy ogłoszonych przez Ikariosa, gdzie zwycięstwo wydawało mu się pewniejsze. I rzeczywiście zwycięża. Po ich zaślubinach Ikarios, niechętny temu, by rozstawać się z ukochaną córką nalega, by oboje zostali przy nim. Odyseusz jednak stanowczo odmawia żądając od Penelopy, aby dokonała wyboru między ojcem a nim. I Penelopa bez wahania wybiera jego. Odys jest pragmatyczny aż do bólu.

Książka i życie

Życie książek bywa czasem równie fascynujące jak życie ludzi. Dobrym tego przykładem może być księgozbiór Arystotelesa i Teofrasta (tylko częściowo nabyty przez Bibliotekę Aleksandryjską), zapisany przez Teofrasta nijakiemu Neleusowi (uczniowi Arystotelesa), który z kolei zapisał go swoim spadkobiercom, zamieszkałym w starożytnym Skepsis (miasto w Troadzie, blisko Troi, na którego miejscu istnieje dziś turecka wioska Kurşunlutepe). Ci zaiste prości ludzie, nie znając wartości odziedziczonych zwojów, a przerażeni wieścią, że król Attalos I poszukuje podobno zwojów do swojej biblioteki w Pergamonie, zakopali zbiory w ziemi. Przeleżały tam one półtora stulecia, niszczejąc i gnijąc, aż na początku I wieku p. n. e. zakupił je kolekcjoner Apellikon z Teos.

Faros

Wszystko zaczęło się od absolutnie irracjonalnej decyzji Aleksandra Wielkiego. Po podboju Egiptu postanowił zbudować miasto, które będzie potem nosić jego imię. I wybrał w tym celu dziwne miejsce. Wybrzeże Delty Nilu jest mało gościnne. Jest płaskie i pozbawione zatok. Jedyna grecka kolonia w tym kraju, Naukratis, znajdowała się siedemdziesiąt kilometrów od morza, nad zachodnią odnogą Nilu. Przy jej ujściu leżało miasto Kanopos, według greckich mitów założone przez Menelaosa, który podczas powrotu spod Troi stracił na tym wybrzeżu nawigatora jednego ze swoich okrętów, właśnie Kanoposa. Tu, mając za osłonę niewielki przylądek, można było zdaniem znawców planować budowę miasta. Jedynym pobliskim portem było Peluzjum, położone na przeciwległym, wschodnim krańcu Delty. Aleksander jednak pominął Kanopos i ignorując logikę i zdrowy rozsądek nakazał założenie miasta z dala od życiodajnej rzeki. Nie dowiemy się nigdy, co nim powodowało, ale decyzja była genialna – osadzanie się piasku i mułu rzecznego spowodowało, że po wiekach odnoga kanopijska zanikła, w ogóle przestała istnieć. Przyjmijmy więc, że tym, co zachwyciło Aleksandra była mała, niepozorna wysepka Faros. Kazał ją połączyć z lądem stałym przez potężne molo o długości 7 stadiów – około 1,5 kilometra – przez co zostało nazwane Heptastadionem. Po obu stronach Heptastadionu powstały dwa porty morskie, a dalej, na wąskim paśmie piasku i białych skał wapiennych zaczęło rozrastać się miasto, Aleksandria. Przez długie wieki jej wizytówką był jeden z cudów starożytnego świata, budowla, która przetrwała i działała 1300 lat. Latarnia w Faros. Zbudowana na polecenie Ptolemeusza I. Za architekta, projektodawcę i wykonawcę uznaje się Sostratosa, o czym ma świadczyć zachowana, pierwotnie ukryta pod tynkiem, wyryta w kamieniu inskrypcja: Sostratos, syn Deksyfanesa, poświęcił tę budowlę bogom ocalenia, w imieniu wszystkich tych, którzy żeglują po morzach. Niektórzy skłonni są podejrzewać, że architekt umieścił ten przekaz, wzorem budowniczych egipskich piramid, w tajemnicy przed królem. Brzmi to sensacyjnie, ale z prawdą raczej nie ma wiele wspólnego. Zdecydowanie nie te czasy i nie ten faraon, a przede wszystkim nie ta osoba – Sostratos nie był żadnym anonimowym architektem, ani niewolnikiem, który potrzebował przechytrzać swego władcę. Pochodził z Knidos, położonego w Karii na wybrzeżu Azji Mniejszej, w sąsiedztwie wyspy Kos. Interesujące jest to, że według Strabona miasto składało się z części reprezentacyjnej, leżącej na wyspie, połączonej z dzielnicami leżącymi na lądzie stałym … długim molem. Czyżby Knidyjski Heptastadion? Aleksandria mogła więc przypominać Sostratosowi jego miasto rodzinne. W każdym bądź razie Sostratos był powszechnie znany, ceniony i bogaty, przynależał do ścisłego grona przyjaciół i doradców Ptolemeusza i z całą pewnością sam wniósł, być może nawet znaczny, wkład finansowy w ten projekt. Strabon wspomina o nim jako o przyjacielu królewskim, a epigramatyk Posejdippos, który zwiedzał latarnię w parę lat po jej zbudowaniu, w jej poetyckim opisie mówi wyraźnie, że wzniósł ją Sostratos Knidyjczyk, syn Deksyfanesa. Był też Sostratos znakomitym dyplomatą i to jemu właśnie zawdzięczał Ptolemeusz bardzo w tamtym okresie potrzebny Egiptowi pokój z Antygonem Gonatasem. Miał również inne zasługi i zapewne nie bez powodu wyrocznia w Delfach, w tamtym okresie może już mniej znacząca, ale wciąż jeszcze sławna, uczyniła go swoim proksenosem, czyli oficjalnym przedstawicielem w Aleksandrii. Autorem pogłoski o chytrym podstępie twórcy Faros jest prawdopodobnie Lukian z Samosaty, pisarz dowcipny, czasem prześmiewczy, zwykle sardoniczny.

Budowa latarni trwała ok. 14-20 lat, a uroczyste otwarcie odbyło się w 279 p.n.e. Miała kształt graniastosłupa, na którym ustawiono węższy graniastosłup sześcioboczny, a ponad nim część cylindryczną. Wszystko zdobiły okładziny z marmuru i posągi delfinów z brązu. Na szczyt zaś prowadziła spiralna pochylnia. Większość historyków jest zgodna co do tego, że wewnątrz prawdopodobnie zainstalowane były dźwigi do transportu opału. Wieńczył ją ogromny posąg boga Heliosa, a u wejścia stały dwie kolosalne figury przedstawiające Ptolemeusza I i jego żonę, Berenikę – odnalezione w czasie podmorskich wykopalisk w latach dziewięćdziesiątych   dwudziestego wieku. Latarnia w Faros była jednak czymś więcej niż tylko latarnią – na jej 120 metrach wysokości, co odpowiadałoby dzisiejszym 40 piętrom, znajdowały się także mieszkania pracowników obsługi, konserwatorów, personelu administracyjnego, strażników. Była też więc domem, domem dla dziesiątków, może setek ludzi. Światło z niej widoczne było z odległości około 50 kilometrów. To optimum, odległość maksymalna przy jej 120 metrach – zakrzywienie powierzchni Ziemi nie pozwala z większego dystansu dojrzeć świateł latarni o tej wysokości. Dzieło Sostratosa budziło podziw, trwało, ratowało życie, wskazywało drogę przez 1300 lat. Nadgryzły ją, a potem ostatecznie zrujnowały potężne trzęsienia ziemi. Pierwsze, z epicentrum na Krecie, przyszło o świcie 8 sierpnia 1303. Miało co najmniej 8 stopni w skali Richtera, co dla wszystkich, którzy znają tę skalę podpowiada ogromne zniszczenia. Kreta ucierpiała bardzo mocno, a przede wszystkim Heraklion, ówczesna Candia, które zostało zrównane z ziemią, ale trzęsienie było odczuwalne również na odległym Peloponezie, na Rodos, w Antiochii, na Cyprze, a nawet w oddalonym o tysiąc kilometrów Konstantynopolu. Spowodowało też dziewięciometrową falę tsunami, która zniszczyła większość murów miejskich Aleksandrii, wiele stojących w porcie statków wyrzuciła na ponad trzy kilometry w głąb lądu, podmyła setki budowli i uśmierciła tysiące ludzi. Latarnia przetrwała, ale dokładnie w dwadzieścia lat później przyszło kolejne trzęsienie ziemi i potem jeszcze jedno, w 1375 roku, i dopiero to ostatecznie pokonało tę dumną wieżę. Po trzecim ciosie pozostały z niej jedynie gruzy, których potem użyto do budowy fortu. Trwała jednak budząc podziw ponad 1300 lat. To długi czas. To cała wieczność. Niewiele budowli dostąpiło takiego zaszczytu.

Odysjada 9

Marek Atyliusz Regulus, polityk z czasów I wojny punickiej. Rozgromił kartagińskie wojska w 255 r. p.n.e. w pierwszej fazie bitwy pod Adys. Kartagińczycy poprosili wówczas o zawarcie pokoju. Według Kasjusza Diona, Rzymianie zażądali od nich wycofania się z Sycylii i Sardynii, zwrócenia wolności wszystkim rzymskim jeńcom, zapłaty okupu za jeńców, spłaty wszystkich rzymskich wydatków wojennych oraz uiszczania rocznej daniny. Dość bezwzględne warunki i nic dziwnego, że Kartagińczycy odrzucili je, a ich wojska, przeszkolone i poprowadzone do walki przez spartańskiego najemnika, Ksantipposa, zdziesiątkowały rzymskich legionistów. Wielu rzymskich żołnierzy straciło życie w tej bitwie, wielu dostało się do niewoli. Wśród jeńców znalazł się sam głównodowodzący ‒ Atyliusz Regulus. Podobno miał on przez ponad pięć lat pozostawać w niewoli kartagińskiej, a po kolejnej porażce Rzymian w bitwie morskiej pod Drepanum w 249 r. p.n.e. został wysłany wraz z poselstwem do Rzymu, by wynegocjować z Senatem zawarcie pokoju lub wymianę jeńców. Regulus przysiągł, że w przypadku, jeżeli nie zdoła przekonać Rzymian do proponowanego porozumienia, powróci do Kartaginy. Gdyby jednak senatorowie wyrazili zgodę na wymianę jeńców, miał być pierwszym, który będzie mógł pozostać w ojczyźnie. Stając przed Senatem przekazał niezmiernie ważne informacje o słabości Kartaginy i gorąco namawiał senatorów, aby w żadnym razie nie godzili się na wymianę jeńców. Obserwacje, które poczynił w niewoli doprowadziły go do przekonania, że istnieje duża szansa pokonania coraz bardziej słabnącej Kartaginy, a traktat pokojowy nie byłby w tej chwili korzystny. Proponowane porozumienie zostało ostatecznie odrzucone, głównie dzięki jego namowom i elokwencji. Proponowano mu, by złamał złożoną przysięgę i pozostał w Rzymie. Regulus odmówił jednak stanowczo. Nie wyobrażał sobie, że mógłby złamać dane słowo honoru. Świadomie wrócił Kartaginy i poniósł okrutną śmierć.

Możemy być pewni, że nie byłby to wybór Odyseusza. Grecy przedstawiają go jako bohatera, ale Rzymianie, którzy uważali się za spadkobierców księcia Eneasza z Troi, mieli o nim zdecydowanie negatywne zdanie. W Eneidzie określany jest przymiotnikami „okrutny” lub ”kłamliwy”. Grecy podziwiali jego przebiegłość i oszustwa, w oczach Rzymian natomiast cechy te nie znajdowały uznania. Przeciwnie, były naganne i barbarzyńskie. Rzymianie dość wcześnie stworzyli sztywne normy etyczne i bez wątpienia to one pozwoliły im zbudować największe starożytne imperium. W tragedii Eurypidesa Ifigenia w Aulidzie, Odys przekonuje Agamemnona, by zgodził się na ofiarę swojej córki Ifigenii, aby uspokoić boginię Artemidę. Odys też ułatwia przeprowadzenie tej akcji mówiąc matce Ifigenii, Klitajmestrze, że dziewczyna ma poślubić Achillesa. Bezczelnie kłamie. Dla Rzymian było to zachowanie perfidne i niegodne mężczyzny, ale u Homera nie występuje jeszcze pojęcie moralnej odpowiedzialności. W jego świecie zdyskredytowany jest ten, kto się dał pokonać, nigdy zaś zwycięzca. Greckie słowo kakos (niski, wredny, nikczemny, zły) oznacza osobę, której kaka (czyli zło) można wyrządzić bezkarnie, ponieważ nie może się bronić. Na potępienie zasługują ci, którzy wysłuchują obelg pod swoim adresem, nie ci natomiast, którzy komuś urągają. Liczne fortele Odyseusza raziły rzymskie wyobrażenia o obowiązkach mężczyzny, a sztuczki i kłamstwa, które stosował, aby tylko osiągnąć cel, kolidowały z rzymskim poczuciem honoru. Z natury jesteśmy więc Grekami, ale etykę odziedziczyliśmy na szczęście po Rzymianach.

Odysjada 1

Kalipso. Pani Ogygii, uderzająco piękna, długowłosa boska nimfa skazana przez Zeusa na zesłanie z powodu buntu jej ojca, Atlasa. Samotna na wyspie zapomnianej przez bogów i ludzi. Samotna do chwili, gdy w jej pustelni pojawia się rozbitek, Odys. Czy kochała go? Nie można w to wątpić. Pragnęła dać mu nieśmiertelność i wieczną młodość, urodziła mu dwóch synów, Nausitusa i Nausinusa, spędzili razem siedem bardzo szczęśliwych dla niej lat. Siedem lat to wieczność. Nie wiemy, ile czasu Odys i Penelopa byli małżeństwem, zanim Odys wyruszył pod Troję. Rok, może dwa, pewnie nie więcej. Od tamtej chwili minęło jednak 20 lat. Penelopa jest już kobietą w średnim wieku, ma około czterdziestu lat, może czterdzieści jeden, dwa. Z całą pewnością nie jest dawną atrakcyjną, dwudziestoletnią dziewczyną. Odys o tym wie. Ten mężczyzna potrafi liczyć. My również o tym wiemy. I, podobnie jak Odys, jesteśmy po stronie Penelopy i razem z nią, każdej nocy, prujemy tkaninę, całun pogrzebowy Laertesa. Tylko czy na pewno Odys jest po stronie Penelopy? Odys jest przecież zawsze tylko po swojej stronie. I czy my jesteśmy po jej stronie? Co nas uwodzi w Penelopie? Jej wierność, jej niezachwiana wiara w męża, jej stałość, jej duma? Rozpacz Kalipso, gdy dowiaduje się, że musi uwolnić Odysa, nawet jeżeli uwierzymy, że jest zrozpaczona, nie bardzo nas jednak porusza. Kalipso jest piękna, wiecznie młoda, jest tą drugą, jest nieśmiertelna, jest uprzywilejowana mimo swojej niewoli, jest obca, i nie należy do naszego świata. Nie mamy żadnych szans, by jej współczuć. Jesteśmy po stronie Penelopy. A więc po naszej własnej stronie. Dokładnie jak Odys. Żal mi Kalipso. Nie, nie Penelopy. Penelopa nie ma już nic do zyskania. Kalipso natomiast traci wszystko.

Stanisław Lem

Stanisław Lem: Ja bardzo często źle śpię. Gdy się budzę w nocy, siadam przed telewizorem i skacząc po programach satelity próbuję znaleźć coś mniej brutalnego. Prawie nie ma takiej nocy, kiedy by mi się udało ominąć zbrodnie, zbiorowe paniki, trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, rozmaite mniej czy bardziej współczesne Pompeje i Troje. Ta powszechna potrzeba zbrodni, dzikości, przyglądania się cierpieniu jest mocno deprymująca. Skłonność jest naturalna, kultura potrafi ją temperować albo wzmacniać. Ja gotów jestem zapłacić, żeby nie oglądać rozcinania dziewczyny piłą tarczową, a ludzie dość masowo płacą, żeby to zobaczyć. Gdyby było inaczej, nikt by przecież takich idiotyzmów nie produkował. Chce pan powiedzieć, że to zboczeńcy? Czy jesteśmy gatunkiem zboczeńców? Bo przecież horror i gwałt zdecydowanie dominują w masowej kulturze. Nie, proszę pana! To nasza gatunkowa norma napędzana dwudziestowieczną permisywnością. „Chcesz popatrzeć? Twoje prawo!” Dawniej tego nie było, bo nie było kina ani telewizji.

Były za to inne wspaniałe, a dziś zakazane, rozrywki. Ludzie szli pół dnia po mrozie, żeby zobaczyć widowisko polegające na obcinaniu komuś głowy, łamaniu kołem albo paleniu żywcem, nie mówiąc już o niesłychanie rozrywkowym rozszarpywaniu przez lwy, które gwarantowało frekwencję w rzymskim Koloseum. Dziś, kiedy prawo pozbawiło ludzi takich uciech, media zapełniają tę bolesną lukę.

Menos i lyssa

Homer rozróżnia dwa rodzaje zachowań wojowniczych. Pierwszy z to menos – odwaga, siła, stan zdecydowania. Zimny, chłodny spokój, z jakim Odyseusz zabija zalotników. Menos jest zachowaniem pozytywnym, budzi trwogę, ale i podziw, prowadzi do sukcesu. Drugi to lyssa, wilczy szał. Zawładnął on Hektorem pod Troją. Doświadczył go Herakles, zabijając w tym szale swoje dzieci. Lyssa jest stanem destrukcyjnym w pełnym tego słowa znaczeniu. Bogini Lyssa, uosobienie szału, wściekłości, przedstawiana jest zwykle z wężami we włosach, podobnie jak Gorgona.

Troja

Trafiłem do Troi w późnojesienny, wręcz przeraźliwie zimny i wietrzny dzień. Niebo było ołowiane i niskie jak podnóżek, chłostał drobny, lodowaty deszcz. Byłem chory, miałem  gorączkę, za sobą kilka złych, nieprzespanych nocach, czułem ból w każdym mięśniu, w każdym stawie mego ciała. Chciałem tylko spać, pragnąłem tylko zasnąć. Już u wejścia  infantylny, drewniany koń, pseudomitologiczny disneyland. Dalej nie było wiele więcej. Kilka ciemnych, omszałych jam przypominających okopy z czasów I wojny światowej albo doły uliczne, niedbale rozgrzebane przed laty i tak pozostawione. Kilkaset metrów dalej rozległa równina, majacząca gdzieś w mgle i szarości i przeczucie odległego morza, Dardanele, Hellespont. Nie widziałem Skamandra, nie spotkałem Hektora ani Achillesa, przez moment pomyślałem o Odysie, zapomniałem całkiem o Parysie i Helenie. Stojąc przy Odeonie, nieprzyzwoicie nowym, bo tylko z drugiego wieku naszej ery, poczułem, że jedyna i jedynie prawdziwa wojna trojańska rozegrała się tylko w wyobraźni ślepego poety. A potem w naszej wyobraźni, twojej i mojej, w wyobraźni setek tysięcy ludzi. I że nigdy nie było innej wojny trojańskiej. A gdyby była, nigdy nie byłaby tak piękna …

Troja

Druga pieśń „Iliady” zawiera ciekawą statystykę załóg i okrętów, które przybyły pod Troję: Beoci – 50 okrętów, po 120 ludzi w każdym, Fokeje – 40, Ajas i Lokry – 40, Eubea – 40, Ateny – 50, Salamina – 12, Argos, Tyrynt, Hermiona, Asina, Ejona, Trojzena, Epidaur – 80, Mykeny, Kleona, Arajtyra, Orneje, Sykion, Hiperezja, Gonoessa, Sykion – 100, Sparta, Faris, Messa, Augeje, Bryzeidy, Amykle, Helos, Laas, Ojtyl – 60, Pylos, Arena, Tryos, Ajpa, Kyperejs, Amfigeneja – 90, Tegea, Arkadia, Feneos, Mantineja, Orchomeos, Ripa, Stratia, Enispa – 60, Buprazjon, Hyrmina, Mersinos, Olenia, Alejzjon – 40, Epeje, Dulichion oraz Echina – 40, Kefalonia – 12, Etolowie – 40, Kreteńczycy – 80, Rodos – 9, Syme – 3, Nisyros, Krapatos, Kasos, Kos, Eurypyla, Kalydna – 30, Pelazgowie – 50, Fylaka, Pyras – 40, Fery, Bojba, Glafyry – 11, Metona, Taumakia, Olizona, Meliboja – 7, Trikka, Itoma, Ojchalia, Asklepios -30, Ormenion, Titanos, Hypereja, Asterion – 40, Argissa, Gyrton, Olooson, Elona, Orta – 40, Kyf, Ajnionczycy, Perajbowie – 22 i  Magnetowie – 40.
Łącznie jest to 1145 okrętów. Niektóre załogi były liczniejsze, inne mniej, ale gdyby przyjąć, że na każdym znajdowało się przeciętnie 50 wioślarzy, to otrzymujemy cyfrę przekraczającą 5o tysięcy.  Nie dziwi mnie, że już Tukidydes, nie tylko historyk, ale i wybitny strateg, podważał wiarygodność Homera, odsyłając go do krainy wspaniałych, co prawda, ale baśni. Pewnie i on zadał sobie proste, logistyczne pytanie: kto i jakim cudem mógł wyżywić 50 tysięcy ludzi przez całe 10 lat trwania wojny?

Troja

Wywiad „Troja zmienia adres”, Marek Węcowski:  Ok. 1200 roku p.n.e. przez wschodnią część basenu Morza Śródziemnego przetacza się katastrofalny najazd tzw. Ludów Morza – nazwał ich tak egipski faraon Ramzes III (1187–1156 p.n.e.), który ostatecznie rozgromił ich armię, gdy dotarła aż do Egiptu. To oni odpowiadają za upadek państwa Hetytów (ok. 1180 p.n.e.). Nieco wcześniej pada zdobyta i spalona Wilusa-Troja. Rzecz w tym, że wśród band Ludów Morza na pewno znajdowali się achajscy watażkowie, którzy szukali lepszego życia po zagładzie cywilizacji mykeńskich pałaców. Gdy Ludy Morza poszły dalej na Egipt i zostały pokonane, część pobitych wrogów Egipcjanie osadzili w Palestynie. Wiemy dziś, że lud ten – zwany przez swych zaciekłych wrogów Hebrajczyków Filistynami (od nich zresztą pochodzi nazwa „Palestyna”) – składał się w dużej mierze z mykeńskich Achajów. Jest więc bardzo prawdopodobne, że mglista pamięć o jakiejś wojnie pod Troją mogła przetrwać wśród Greków od czasów wędrówek Ludów Morza. Tyle tylko, że od rozbójniczych zagonów żądnych krwi, łupów i kobiet barbarzyńców, do „narodowej” wyprawy Greków, mszczących zniewagę Menelaosa, bo taką opisał Homer, jeszcze bardzo daleko. Widzimy po raz kolejny, że Homer nie miał pojęcia o prawdziwych losach Troi i wojny trojańskiej.

Jan Kott

Osobiście upadek Rzymu nigdy nie budził we mnie żalu, uczucie bezsilnej rozpaczy budziła we mnie zagłada Troi, ”która wiecznie płonie”. Cywilizacja do której przynależymy, zbudowana została i przez ludy, które Rzymianie nazywali barbarzyńcami – pisze w eseju „Listy Kassandry z ziemi berneńskiej” Jan Kott.

Dość pospolity przykład polskiego pozerstwa. „Uczucie bezsilnej rozpaczy” ogarnia Kotta na myśl o zagładzie Troi, pewnego małego azjatyckiego miasteczka, wyśnionego przez ślepego poetę, a upadek Rzymu jest mu całkowicie obojętny, chociaż Kott żył w świecie, w którym niemal wszystko – od ustawodawstwa poczynając i na planowaniu miast kończąc – było rzymskim dziedzictwem. Troja jest poezją, więc stajemy po jej stronie dyskretnie zapominając, że barbarzyńcy nie budowali cywilizacji z niczego i rzadko z tego, co porzucili, gdy od barbarzyństwa przeszli do cywilizacji.

Wolę słowa Marquerite Yourcenar z „Pamiętników Hadriana”: Rzym będzie trwał wiecznie w najmniejszej mieścinie, gdzie urzędnicy bedą się starali sprawdzać wagę kupców, czyścić i oświetlać ulice, przeciwstawiać się bałaganowi, niedbalstwu, zastraszeniu, niesprawiedliwości, dawać nową i rozumną wykładnię praw. Rzym zginie dopiero razem z ostatnim ludzkim osiedlem.