Prorocy i inni

Kiedyś, dawno temu, w czasie zwiedzania klasztoru na Jasnej Górze w Częstochowie, stojąc na wałach obserwowałem scenę niczym wyjętą z kiepskiego filmu. Jej bohaterem był jakiś wiejski proboszcz i lękliwie wokół niego stłoczone stadko wiernych. Sceneria była dramatyczna. Dzień ponury i ciemny, powietrze ciężkie, ołowiane, nabrzmiałe chmury przesuwały się nad naszymi głowami jak posępne memento mori. Proboszcz, celując palcem w niebo, krzyczał w uniesieniu, że nadchodzi dzień zemsty boskiej, że bóg jest rozgniewany na nas i na nasze grzechy, że jest to ostatnia chwila, by starać się go przebłagać i zostać mimo wszystko zbawionym, bo miłosierdzie boskie jest bez miary. Wierni truchleli ze strachu, żegnali się raz po raz nabożnie, mamrotali coś w strachu i zapamiętaniu, a proboszcz wyraźnie zachłystywał się swoją oracją, jeszcze bardziej podnosił głos, grzmiał jak huragan Dorian i nie ulegało wątpliwości, że gdyby tylko mógł ściągnąłby te ołowiane chmury i zrzuciłby je na grzeszne głowy swoich parafialnych owieczek. Ale to było dawno temu. Jeszcze w czasach, gdy głoszono, że epoka lodowcowa nadejdzie w roku 2000. Prorokiem był jakiś fanatyczny proboszcz jakiejś małej kieleckiej parafii.

Wczoraj przeczytałem kolejne proroctwo. W tym samym duchu. Z podobną retoryką: Natura jest na nas zła. I będzie się na nas mścić z furią. Za nami najcieplejsze lato i druga najcieplejsza zima w historii. Ziemia krzyczy: stop! Jeśli nie zaczniemy działać, może stać się najgorsze. Oceany już kwaśnieją, koralowce wymierają, lodowce topnieją, a lasy płoną. Huragany są coraz silniejsze i niszczą świat. Wyspy na Pacyfiku zaczęły tonąć. To, co wydarzyło się na Bahamach wraz z huraganem Dorian, to była prawdziwa apokalipsa.

Czy sądzisz może, że autorem tych słów jest szaman plemienia Irokezów przemawiający w imieniu Wielkiego Wodza Manitou? A może przywódca kolejnej apokaliptycznej sekty typu Aum Shinri Kyo? Jeszcze jeden nawiedzony kaznodzieja z Pipidówki? Profeta z Zakonu Świątyni Słońca albo młodociany wyznawca Kościoła pod wezwaniem Grety Thunberg, który chciałby urwać się z nudnych piątkowych lekcji? Nie. Nic z tych rzeczy. Te słowa wygłosił wikary Antonio Guterres, Sekretarz generalny ONZ, z ambony tej organizacji.