Inkwizycja

Nie kochamy Świętego Oficjum i Inkwizycji? Nie, nie kochamy. Palili na stosach niewinne czarownice i wesołych wiejskich przygłupów. Spalili nawet Giordano Bruno, chociaż nie był niewinną czarownicą i z całą pewnością nie był wiejskim przygłupem. Nie kochamy więc Inkwizycji. Tym dziwniejsze, że z taką konsekwencją i żarliwością, przez tyle czasu, pielęgnujemy inkwizycyjne wynalazki w dziedzinie prawa. Choćby sądy odwoławcze. W średniowieczu nie istniała, o czym wszyscy doskonale wiemy, instancyjność sądów. Los oskarżonych zależał od przypadku. Sędzia mógł popełnić błąd bądź po prostu okazać się stronniczy czy przekupny. I zwykle popełniał błędy, a jeszcze częściej bywał stronniczy i przekupny. Święte Oficjum jako pierwsze wprowadziło sądy odwoławcze, dając szansę niesłusznie skazanym. Dopiero później ideę tę przejęły też sądy świeckie. Podobnie jest z instytucją adwokata z urzędu. Wcześniej to sędzia miał obowiązek dokonywać analizy materiału dowodowego. Zmienił to dopiero papież Grzegorz IX, uznając, że procesy będą przebiegać sprawiedliwiej, gdy inna osoba pełnić będzie rolę oskarżyciela, inna obrońcy, a jeszcze inna sędziego. Kolejną prawną innowacją wprowadzoną przez Inkwizycję była, żeby było jeszcze ironiczniej, ława przysięgłych. Posiadała ona jedynie głos doradczy, co prawda, ale przyczyniła się do powstania współczesnej ławy przysięgłych. Trudno nie uznać, że Inkwizycja, choć zła, zacofana i zbrodnicza, zainicjowała sporo prawniczego racjonalizmu. Ale i tak jej nie kochamy.