To, co mnie zawsze zdumiewało. Średniowiecze jest królestwem analfabetyzmu, ale tysiąc lat wcześniej, w Imperium Rzymskim, czytanie i pisanie były umiejętnościami powszechnymi. Potwierdzają to nie tylko oficjalne dokumenty, sztuki teatralne, poezja, pamiętniki, dzieła pisarzy, historyków czy filozofów, ale i napisy na tynkach domów, na pomnikach i ścianach klozetów, na kolumnach, nagrobnych stelach, gdzie tylko dało się pisać, i gdzie na pewno nie pisali wielcy twórcy, lecz zwykli ludzie, szewc, gladiator, sprzedawca cytrusów, złodziej uliczny. Hic iigo puiillas multas futui, obwieszcza ktoś o swoich erotycznych podbojach, ktoś inny wyznaje swoje udręki miłosne słowami Vis nulla est animi, non somnus claudit ocellos, noctes (atque) dies aestuat omnis amor, a jeszcze ktoś inny bez ceregieli oświadcza, że ten, kto nie zaprasza go na kolację, musi być barbarzyńcą, At quem non ceno, barbarus ille mihi est. Zakres tej ulicznej twórczości jest imponująco szeroki – od poezji, cytatów z Wergiliusza, złote myśli, przez miłosne wyznania, zaklęcia i złorzeczenia aż po skatologię. Autorzy tych starożytnych graffiti byli nieporównywalnie bardziej pomysłowi i inteligentni niż ich współcześni epigoni, którym rzadko udaje się poprawnie napisać słowa: Tu był Billy boy. Zwykle zresztą nie mają nic innego do zakomunikowania światu. Większość, zwyczajem psów, obsikuje mury i klatki schodowe jakimś anonimowym i koślawym autografem. Można zastanawiać się chwilami, czy dzisiejsi grafficiarze potrafią pisać i czytać, ale w Imperium, a przynajmniej w miastach, niemal wszyscy to umieli. Taka sytuacja nie zdarzyła się nigdy wcześniej w naszej historii i nie powtórzyła się potem przez wiele, wiele stuleci – nie tylko w średniowieczu, renesansie, ale i w późniejszych epokach analfabetyzm wśród Europejczyków był powszechny. Umiejętność czytania i pisania dopiero w dwudziestym wieku osiągnęły poziom Cesarstwa Rzymskiego. Chciałoby się zapytać, jak to jest możliwe, by tak skutecznie i łatwo przejść od cywilizacji do barbarzyństwa, ale od dawna już wiemy, że pytanie takie nie ma sensu. Nasza otoczka kulturowa jest krucha i wątła. Gdy gaśnie cywilizacja, strzepujemy ją z siebie jak podróżny pył.
Tag: średniowiecze
Aleksjada
Czytam „Aleksjadę” Anny Komneny. Znakomite pióro, fascynująca opowieść. Cesarstwo Wschodnie, Konstantynopol. Dobrze jest pamiętać, że jest to koniec XI i pierwsza połowa XII wieku. Mroczniejszy odcień ciemności, średniowiecze. Polska czasów Galla Anonima. Anna z całą pewnością była jedną z najlepiej wykształconych i najzdolniejszych kobiet tamtego świata. Przed nią być może tylko Murasaki Shikibu, autorka Genji monogatari, Opowieści o Genjim, po niej przez długie wieki nie tylko żadna kobieta, ale i niewielu mężczyzn. Może jedynie Dante.
Inkwizycja
Nie kochamy Świętego Oficjum i Inkwizycji? Nie, nie kochamy. Palili na stosach niewinne czarownice i wesołych wiejskich przygłupów. Spalili nawet Giordano Bruno, chociaż nie był niewinną czarownicą i z całą pewnością nie był wiejskim przygłupem. Nie kochamy więc Inkwizycji. Tym dziwniejsze, że z taką konsekwencją i żarliwością, przez tyle czasu, pielęgnujemy inkwizycyjne wynalazki w dziedzinie prawa. Choćby sądy odwoławcze. W średniowieczu nie istniała, o czym wszyscy doskonale wiemy, instancyjność sądów. Los oskarżonych zależał od przypadku. Sędzia mógł popełnić błąd bądź po prostu okazać się stronniczy czy przekupny. I zwykle popełniał błędy, a jeszcze częściej bywał stronniczy i przekupny. Święte Oficjum jako pierwsze wprowadziło sądy odwoławcze, dając szansę niesłusznie skazanym. Dopiero później ideę tę przejęły też sądy świeckie. Podobnie jest z instytucją adwokata z urzędu. Wcześniej to sędzia miał obowiązek dokonywać analizy materiału dowodowego. Zmienił to dopiero papież Grzegorz IX, uznając, że procesy będą przebiegać sprawiedliwiej, gdy inna osoba pełnić będzie rolę oskarżyciela, inna obrońcy, a jeszcze inna sędziego. Kolejną prawną innowacją wprowadzoną przez Inkwizycję była, żeby było jeszcze ironiczniej, ława przysięgłych. Posiadała ona jedynie głos doradczy, co prawda, ale przyczyniła się do powstania współczesnej ławy przysięgłych. Trudno nie uznać, że Inkwizycja, choć zła, zacofana i zbrodnicza, zainicjowała sporo prawniczego racjonalizmu. Ale i tak jej nie kochamy.
Suplikacja
Średniowieczny rytuał suplikacji, akt błagania pana o łaskę i przebaczenie, polegał ogólnie rzecz biorąc na występowaniu ze swego rodzaju modlitwą, której musiały towarzyszyć gesty upokorzenia – od pochylenia głowy, przez zginanie się w pas, klęczenie, aż po padanie na twarz czyli prostrację. Przez to poniżenie spodziewano się osiągnąć przebaczenie lub też przychylność władcy, bowiem kiedyś wielcy tego świata posiadali taki przywilej, przywilej przebaczania, darowania komuś winy.
Zabawne jest obserwować, jak bardzo te role odwróciły się dzisiaj. Obecnie to właśnie „możni tego świata” co rusz domagają się, by im coś przebaczano. Politycy proszę o przebaczenie, aktorzy proszą o przebaczenie, prezydencji proszą o przebaczenie, papież prosił o przebaczenie ex-prostytutki, bezwstydnie oddają się temu wszelkiej maści celebryci, ba, nawet piłkarze proszą o wybaczenie ( jak obrońca Atletico Madryt, Juanfran, po przegranej z Realem), a już szczytem absurdu była prośba o przebaczenie autora filmu „Szczęki”, Petera B. Benchley`a. Przepraszał rekiny, przepraszał je za to, że całą historię wymyślił tylko dla kasy hollywoodzkiej, obciążając te poczciwe i dobroduszne rybki złą sławą. Niemiecki tygodnik „Der Spigel” natomiast zamieścił artykuł, w którym autor domagał się od papieża próśb o przebaczenie skierowanych do kobiet, które czują się upokorzone z powodu braku możliwości uprawiania kapłaństwa. Tenże sam autor, w tym samym artykule, domagał się, by papież przeprosił księży, którzy cierpią przez nieludzkie życie w celibacie. Tony Blair przepraszał, że jego kraj nie zapobiegł w XVIII wieku Wielkiemu Głodowi w Irlandii. Clinton błagał o przebaczenie za eksterminację Indian przez kolonistów amerykańskich, a następnie za aferę rozporkową z Moniką Lewinsky. Chirac natomiast prosił Żydów o wybaczenie za kolaborację Francuzów. Istna epidemia próśb o przebaczenie, choć – jak niemal wszystko w naszej rzeczywistości – są to jedynie pozory, blaga i puste gesty. Tam, gdzie akt przebaczania miesza się z polityką przebaczanie staje się jedynie towarem, narzędziem politycznym. Chirac nie dlatego prosił Żydów om wybaczenie, że odczuwał żal czy skruchę. To przebaczenie było mu potrzebne, bowiem żydowskie organizacje groziły sankcjami ekonomicznymi. To samo było z Clintonem czy innymi. „Możni tego świata” proszą o wybaczenie tylko dlatego, że obawiają się sankcji – przestaniemy ich lubić, przestaniemy na nich głosować, nie będziemy ich popierać, nie będziemy dalej tolerować ich draństw czy zbrodni … Tylko dlatego więc „wyrażają skruchę” i „poczuwają się do winy”.
Jak wspomniałem, interesujące jest jednak to, jak bardzo odwróciły się role. To już nie tłum, biedny i sponiewierany, klęczy błagalnie przed władcą, „wielkim tego świata”, lecz „wielcy tego świata” korzą się przed tłumem, błagając o wybaczenie. Gest jest pozorny i nieszczery, to prawda, ale liczy się przecież tylko efekt końcowy, czyli przebaczenie. To, że ceną jest niemaskowane, bezczelne kłamstwo, nie ma zdaje się żadnego znaczenia dla żadnej ze stron.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.