Kiedyś, gdy fascynował mnie Casanova, marzyłem o tym, by wybrać się do Wenecji i – dobrym zwyczajem z dziewiętnastego wieku – pozostać tam miesiąc, a najlepiej dwa albo cztery, wędrując w poszukiwaniu cieni Bragadina, Marii Eleonory, kardynała de Bernis, Henrietty czy samego Giacomo zmierzającego ku Ponte dei Sospiri w jego pudrowanej peruce, jedwabnych bryczesach, w czarnym trójgraniastym kapeluszu, spowitego w tabarro, z twarzą ukrytą za sztywną, śmiertelnie białą bautą. Potem, gdy mogłem tam pojechać, ale ledwie na tydzień czy dwa, tak krótki czas wydawał mi się nieomal profanacją. Teraz, gdy mam czas, chyba także już tam nie pojadę. Choć z innych przyczyn. Choćby dlatego, że władze tego miasta postanowiły reglamentować ilość turystów i na wejście do niego trzeba stać w kolejce. W Wenecji nie można być petentem.