Niechlubna tradycja

„Tragedia templariuszy”, Michael Haag: Załoga zamku Beaufort na południowym krańcu doliny Bekaa w Libanie poddała się w 1268 roku. Wyśmienici muzułmańscy inżynierowie wojskowi zbudowali dwadzieścia sześć machin oblężniczych: taranów, wież i katapult, zakupiwszy drewniane ramy i metalowe części od kupców weneckich zawijających do portów egipskich.

Zachodni Europejczycy z chęci zysku wielokrotnie pomagali w islamizacji Bliskiego Wschodu. Wtedy i potem, wystarczy wspomnieć o niechlubnym udziale w upadku Konstantynopola. Z co najmniej równym zapałem pomagali także w sowietyzacji Europy Środkowej i Wschodniej jeszcze niedawno. W sierpniu 1920 roku lwowski Dziennik Ludowy informował, że tak zwane powszechne zrzeszenie niemieckich Związków zawodowych, Soc. Demokratyczna partia Niemiec oraz niemiecka partia komunistyczna ogłosiły następującą odezwę: Z dnia na dzień mnożą się pogłoski, że wojska koalicyjne gromadzą się nad Renem, że zwozi się tam materyał wojenny i żywność, aby wesprzeć Polaków w wojnie z Rosyą, rozpętanej przez polski rząd. Gdyby koalicya wymusiła przewiezienie transportów przez Niemcy, oznaczałoby to złamanie niemieckiej neutralności. Niemiecka klasa pracująca musi temu wszelkimi środkami przeszkodzić i odmówić współudziału przy próbach transportowania wojsk i amunicyi przez niemieckie terytoryum.

Z Dziennika Ludowego pochodzi również wiadomość o tym, co w tym samym czasie działo się w Pradze: wydział wykonawczy czesko-słowackiej soc. demokratycznej partyi robotniczej, przy współudziale członków prezydyum niemieckich socyalistów wydał odezwę, w której podnosi, że zwycięstwo Rosyi sowieckiej leży w interesie międzynarodowego socyalizmu. Cała tedy sympatya czesko-słowackiego i niemieckiego proletaryatu rewolucyjnego znajduje się w tej walce po stronie Rosyi sowieckiej.

A czy i dziś, w roku 2022, Europa jest już całkowicie wolna od tej nędznej i wielowiekowej tradycji?

Wenecja

Kiedyś, gdy fascynował mnie Casanova, marzyłem o tym, by wybrać się do Wenecji i – dobrym zwyczajem z dziewiętnastego wieku – pozostać tam miesiąc, a najlepiej dwa albo cztery, wędrując w poszukiwaniu cieni Bragadina, Marii Eleonory, kardynała de Bernis, Henrietty czy samego Giacomo zmierzającego ku Ponte dei Sospiri w jego pudrowanej peruce, jedwabnych bryczesach, w czarnym trójgraniastym kapeluszu, spowitego w tabarro, z twarzą ukrytą za sztywną, śmiertelnie białą bautą. Potem, gdy mogłem tam pojechać, ale ledwie na tydzień czy dwa, tak krótki czas wydawał mi się nieomal profanacją. Teraz, gdy mam czas, chyba także już tam nie pojadę. Choć z innych przyczyn. Choćby dlatego, że władze tego miasta postanowiły reglamentować ilość turystów i na wejście do niego trzeba stać w kolejce. W Wenecji nie można być petentem.

Natura

Jakże śmieszni i żałośni jesteśmy w naszych buńczucznych pokrzykiwaniach o tym, że możemy zniszczyć naturę. W dzisiejszej prasie informacja i kilka fotografii z Wenecji, wolnej od turystów. Woda w kanale jest czysta, pojawiły się ławice ryb, zaobserwowano także kilka delfinów, powróciły łabędzie, niespodziewaną wizytę złożyła para dzików. To wszystko ma miejsce tylko po paru dniach kwarantanny … Natura nie potrzebuje więcej niż kilku sekund z jej wieczności, by zatrzeć i wymazać większość śladów po nas. Nie, nie zniszczymy natury. Kiedyś, gdy jeszcze nie czuliśmy się wszechmocni i wszechwładni, wiedzieliśmy o tym. Wiedzieliśmy, że natura jest niszczycielska i staraliśmy się nad nią, mniej czy bardziej nieporadnie, zapanować. Teraz czujemy się tak silni i niezwyciężeni, że postulujemy, by ratować naturę, objąć ją programem opieki, uchronić ją przed nami, wpisać na listę „gatunków” zagrożonych. Co za monstrualna próżność! Tym bardziej, że nieuzasadniona. Nie zniszczymy natury. Powinniśmy raczej poświęcić wszystkie nasze siły, naszą niemal boską przebiegłość, by ją ujarzmić, nauczyć się nią sterować i nagiąć do naszych celów i potrzeb. Jeżeli oznacza to niszczenie natury, niszczmy ją, bowiem w przeciwnym wypadku ona nas – prędzej czy później – zniszczy. Przyroda niszczy swoje twory. Zawsze. Dzisiaj właśnie demonstruje nam, jak dziecinnie łatwo może to uczynić.

Heian

Czasem w naszej brudnej i krwawej historii rozkwitają gdzieś stulistne róże. Dla mnie taką stulistną różą jest Wenecja czasu maski i karnawału, Wenecja Casanovy. O Wenecji wiemy jednak trochę. Natomiast o innej takiej stulistnej róży nie wiemy prawie nic. Jest to okres Heian w Japonii – 300 lat  wyrafinowanej kultury dworskiej, która zrodziła arcydzieła niemal w każdej dziedzinie sztuki. Heian częściej nazywa się okresem Fudziwara, od nazwiska arystokratycznego rodu, który całkowicie zdominował życie polityczne i kulturalne tamtego czasu. Książęta Fudziwara, skoligaceni z rodziną cesarską (żonami cesarzy były z reguły księżniczki z tego rodu) byli regentami de facto rządzącymi krajem. I niemal wszyscy byli mistrzami w sztuce intrygi, skutecznie eliminując to, co mogłoby zagrażać ich potędze. Pod patronatem tego rodu rozkwitła w stolicy (a wówczas było to Kioto) kultura, która nie miała sobie równych. Niektórzy widzą jej słabość w tym, że ograniczała się głównie do cesarskiego dworu i jego kręgów, ale to właśnie ta „dworska” i „ograniczona” kultura stworzyła podstawy tego, co dzisiaj nazywa się narodową sztuką japońską.

Literatura ( Gendzi monogatari Murasaki Sikibu czy Makura-no sosi, Notatnik osobisty, Sei Sionagon) i zabytki malarstwa tego okresu opowiadają o świecie całkowicie pogrążonym w zaczarowanym kręgu własnych spraw, świecie, który żył w nieustannej pogoni za coraz bardziej wysublimowanymi przyjemnościami, świecie, który pragnął rzeczywistość przekształcić w dzieło sztuki. Do wydarzeń wagi państwowej, wydarzeń notowanych przez kroniki tej epoki, należą między innymi takie fakty:

„Gwałtowny wiatr powalił dwa drzewa w parku południowym. Zamieniły się w bażanty”; „Czerwone wróble pojawiły się na dachu jednego z pałaców i siedziały tam przez dziesięć dni”.

Heian zdążało do urzeczywistnienia estetycznego ideału w każdej dziedzinie życia, życie miało przypominać piękny wiersz lub sen. I przypominało, symbolizm obejmował i przesycał wszystko – ceremioniał dworski, ułożenie kwiatów, grę słów, uśmiech, wiersz, kolory, ubior, sposób wyrażania się. Ważne było nie tyle to, co się mówi, ale jak się to mówi – nie tyle to, co potrafimy słowami wyrazić, ale może głównie to, co przy ich pomocy potrafimy ukryć. Nie same uczucia, lecz sposób ich wyrażania. Ten świat łączył prostotę i wyrafinowanie tak, jak nie udało się to być może nigdy i nigdzie indziej. Finezja, wyrobienie estetyczne, poczucie piękna, subtelność, przesycone buddyjską melancholią i łagodną świadomością przemijania. W tej epoce wrażliwość na piękno ceniono bardziej niż moralność, a człowiek, który nie potrafił pisać wierszy uznawany był za barbarzyńcę.

Epoka Heian, podobnie jak Wenecja Casanovy, odeszła w szczęku broni, w krwi, okrucieństwie i bezwzględności. Znakomitą tego ilustracją są trzy zwoje Heidzi monogatari. W jednym ze zwojów artysta odmalował rzeź dam dworu Gosirakawy – ich ciała, zrzucone na stos, leżące w bezwładnie skłębionych, podartych i splamionych krwią jedwabnych szatach przypominają pomordowane motyle.  Czemu tak lubię Heian? Czy dlatego, że jest sabi?