Potrzebowaliśmy wioślarza, więc nasz opiekun hotelowy przytrzymał zaraz na ulicy jakiegoś flisa, szukającego w mieście zarobku i przyprowadził do umowy. Flis był to człowiek średniego wzrostu i wieku, ciemny blondyn, barczysty, o przyjemnym wyrazie twarzy, bosy, w połatanej siermiędze z szarego samodziału, zażywający często tabakę z brzozowej tabakierki. Nazywał się Wiktor Mazurkiewicz, mówią czysto po polsku, był włościaninem i mieszkańcem z odległej o pół mili od Grodna, na granicy Królestwa położonej, wsi Łosośny. Miał żonę i kilkoro dzieci, a posiadając niewiele gruntu zajmował się orylką i ciesielką. Wziął nas za litewskich ziemian, prowadzących wiciny ze zbożem lub płyty drzewa Niemnem do Królewca, a dowiedziawszy się, że ani wicin, ani drzewa nie posiadamy, zaczął tak samo namawiać nas do podróży koleją. Faktor, który zdawał się być wtajemniczonym w naukowe cele naszej podróży, tłumaczył teraz orylowi, że panowie, gdy nie mają co robić, wymyślają sobie podobne wędrówki „dla rozweselenia swoich nudności”.
Zygmunt Gloger, „Dolinami rzek”. Druga połowa XIX wieku. Utrzymana w formie pamiętnika relacja z wyprawy po Niemnie, Wiśle, Biebrzy i Bugu, pisana z lekkością i humorem, w pięknym dziewiętnastowiecznym stylu, zawierająca bogactwo obserwacji, przesycona magią całkowicie zapomnianych już słów i sformułowań. Dla mnie Gloger (etnograf, folklorysta, krajoznawca, archeolog, historyk, numizmatyk, wydawca) pozostanie przede wszystkim twórcą Encyklopedii staropolskiej, ale Dolinami rzek udowadnia, że był także znakomitym pisarzem.