Gloger

Potrzebowaliśmy wioślarza, więc nasz opiekun hotelowy przytrzymał zaraz na ulicy jakiegoś flisa, szukającego w mieście zarobku i przyprowadził do umowy. Flis był to człowiek średniego wzrostu i wieku, ciemny blondyn, barczysty, o przyjemnym wyrazie twarzy, bosy, w połatanej siermiędze z szarego samodziału, zażywający często tabakę z brzozowej tabakierki. Nazywał się Wiktor Mazurkiewicz, mówią czysto po polsku, był włościaninem i mieszkańcem z odległej o pół mili od Grodna, na granicy Królestwa położonej, wsi Łosośny. Miał żonę i kilkoro dzieci, a posiadając niewiele gruntu zajmował się orylką i ciesielką. Wziął nas za litewskich ziemian, prowadzących wiciny ze zbożem lub płyty drzewa Niemnem do Królewca, a dowiedziawszy się, że ani wicin, ani drzewa nie posiadamy, zaczął tak samo namawiać nas do podróży koleją. Faktor, który zdawał się być wtajemniczonym w naukowe cele naszej podróży, tłumaczył teraz orylowi, że panowie, gdy nie mają co robić, wymyślają sobie podobne wędrówki „dla rozweselenia swoich nudności”.

Zygmunt Gloger, „Dolinami rzek”. Druga połowa XIX wieku. Utrzymana w formie pamiętnika relacja z wyprawy po Niemnie, Wiśle, Biebrzy i Bugu, pisana z lekkością i humorem, w pięknym dziewiętnastowiecznym stylu, zawierająca bogactwo obserwacji, przesycona magią całkowicie zapomnianych już słów i sformułowań. Dla mnie Gloger (etnograf, folklorysta, krajoznawca, archeolog, historyk, numizmatyk, wydawca) pozostanie przede wszystkim twórcą Encyklopedii staropolskiej, ale Dolinami rzek udowadnia, że był także znakomitym pisarzem.

Fustel de Coulange

Fustel de Coulange, historyk francuski, o obowiązkach nakładanych przez demokrację ateńską na obywatela: Albowiem niewiele zdarzy się dni bez jakiegoś zgromadzenia w demosie, w fyle czy fratrii; trzeba radzić około interesów religijnych czy politycznych, choćby o urządzeniu biesiady religijnej, o kontroli wydatków itp. Nadto trzy razy na miesiąc ogólne zgromadzenie ludowe, na którym nie ma prawa być nieobecnym, a trwają od rana do późnej godziny i trzeba koniecznie wysłuchać wszystkich przemówień. Chodzi o doroczny wybór zwierzchników politycznych, wojskowych, o nałożenie podatku, o jakąś zmianę ustawy, o kwestię wojny i pokoju. A gdy przyszła kolej na niego musiał sam zostać urzędnikiem w swej fratrii lub demosie. Przeciętnie co drugi rok bywał sędzią helistą; przynajmniej dwa razy w życiu bywał senatorem, a wtedy zasiadał na zebraniach dzień w dzień, słuchając raportów urzędów, uchwalając kolejne odprawy, instrukcje, badając i przygotowując wszelkie wnioski na zgromadzenie ludowe. Wreszcie mógł zostać urzędnikiem państwa, archontem, strategiem itd. z wyboru czy też przez losowanie. Było czym się zająć niemal całe życie i pozostawało niewiele czasu na zajęcia osobiste i na życie domowe. Wobec tego Arystoteles bardzo słusznie się wyraził, że człowiek który musiał zarabiać na życie, nie mógł być obywatelem.

Historie Konstantynopolitańskie

Halina Evert-Kappesowa Historie Konstantynopolitańskie. Sześć rozprawek o ludziach, historii i niezwykłym mieście na styku mórz i kontynentów. Już od pierwszych zdań tej książki, opowieści o cesarzowej Teodorze, przyjemna niespodzianka. Autorka nie tylko dysponuje bogatym i pięknym językiem polskim, tudzież talentem prawdziwego pisarza, ale również gruntowną i wyczerpującą wiedzą o Bizancjum. Po potopie sensacyjnych i pseudo-historycznych wypracowań o kochankach dyktatorów czy nałożnicach cesarzy i królów, podbudowanych głównie „wiedzą” skopiowaną z Wikipedii, jest to jak spotkanie z kimś, kto oferuje prawdziwy i rzetelny towar. W połowie tej objętościowo skromnej książeczki, bo liczy ledwo ponad 190 stron, pojawia się natrętne wrażenie, że nazwisko autorki nie jest mi obce. Nie mogę jednak, mimo usiłowań, przypomnieć sobie żadnej innej jej pracy. I dopiero przedwczoraj, nagle i zdawałoby się, jak zwykle, że bez powodu, właściwy trop. Evert. Oczywiście, znam to nazwisko, Ilustrowana Encyklopedia Trzaski, Everta i Michalskiego. Dawno temu, w czasach mojej młodości, w obcym mieście, gdzie byłem tylko przejazdem, ujrzałem nagle jej pięć imponujących tomów – marzenie mojej dziewczyny, która studiowała wówczas polonistykę – w oknie wystawowym pewnego antykwariatu. Do dziś pamiętam tamto uczucie rozpaczy, niemal desperacji, bo cena Encyklopedii była, jak na moje ówczesne możliwości, nie w przenośni, ale prawdziwie astronomiczna. Czułem jednak, że powinienem i muszę zdobyć to cudo. Potrzebowałem jedynie zyskać trochę czasu, choćby kilku dni, zebrać pieniądze i wrócić do tego miasta. Heroicznie wkroczyłem w czeluści starego antykwariatu. Jego właściciel, kostyczny i zakurzony jak jego książki, w granatowych zarękawkach, jakby żywcem przeniesiony z urzędu pocztowego w dawnej monarchii austro-węgierskiej, przyglądał mi się długo i sceptycznie zanim, choć bez nadmiaru entuzjazmu, zgodził się dać mi dwa dni zwłoki. Zapożyczony po uszy, ale triumfujący wróciłem tam, ale niestety, bo po trzech dniach. Jak łatwo odgadnąć Encyklopedii już nie było, choć dzisiaj myślę, że tak naprawdę nie miało to żadnego znaczenia – być może sprzedał ją jeszcze tego samego dnia, w pięć minut po moim wyjściu ze sklepu, pierwszemu lepszemu nabywcy. Ilustrowana Encyklopedia Trzaski, Everta i Michalskiego. Ludwik Evert, senator, przemysłowiec, jeden z założycieli tej słynnej przed wojną oficyny wydawniczej, a Halina Evert-Kappesowa to jego córka, historyk i bizantynolog, profesor Uniwersytetu Łódzkiego i świetne pióro. Nota bene, tę rodzinę, uzdolnioną i zasłużoną dla polskiej kultury, uzupełniał brat Haliny, Władysław Ludwik Evert, pisarz, dziennikarz i poeta, dziś, niestety, niemal zapomniany.