Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej” nadmienia, że po drugim rozbiorze Polski Biblioteka Załuskich, od roku 1780 funkcjonująca jako Biblioteka Narodowa, jedna z największych bibliotek świata drugiej połowy XVIII wieku i jedna z pierwszych w Europie, została zagrabiona przez Rosjan, wywieziona do Petersburga i wcielona do biblioteki cesarskiej, liczącej zaledwie śmieszne 20 000 tomów. „Przy pośpiesznem pakowaniu, dużo książek zostało uszkodzonych, a potem na złych litewskich drogach około Grodna porozbijało się wiele pak, tak, że potem w Grodnie korcami księgi te sprzedawano. Według pierwszego sprawozdania, drukowanego w r. 1809 przez Olenina, bibljoteka ta po przywiezieniu obejmowała 262 640 woluminów, 24 573 rycin i przeszło 10 000 rękopisów”. Antonowski, który uczestniczył w pracy porządkowania biblioteki po przywiezieniu jej z Warszawy, wspomina w swoich pamiętnikach, że było tam znacznie więcej pozycji niż przyznawano oficjalnie. Według jego obliczeń wszystkich pozycji razem było 395 045. Część stracono też w czasie samego transportu. Generał Suworow, odpowiedzialny za dostarczenie zbiorów, z uwagi na to, że zima była bardzo surowa tamtego roku, polecił transport saniami. Z Warszawy wyruszyło więc około 600 sań z woluminami zapakowanymi w drewniane skrzynie. Podróż książek, utrudniona przez odwilż, trwała dwa miesiące. Po drodze, w Grodnie lub Kownie, skrzynie przełożono z sań na wozy, wiele skrzyń rozsypało się, wiele cennych prac uległo zniszczeniu.
Skradziony księgozbiór umieszczono w pawilonach ogrodowych pałacu Aniczków w Petersburgu. Wartościowsze książki włączono do gabinetu cesarskiego, inne rozdano do bibliotek seminariów duchownych i różnych instytucji publicznych. Mniej więcej w tym samym czasie rozpoczęto także budowę gmachu dla Biblioteki Cesarskiej. Skrzynie z polskimi zbiorami czekały więc na otwarcie prawie 20 lat. W roku 1814 trafiły one wreszcie na półki Cesarskiej Biblioteki w Petersburgu. Warto zwrócić uwagę na to, że za rok jej założenia przyjęto 1795, czyli dokładną datę rabunku Biblioteki Załuskich.
Szansa odzyskania zbiorów pojawiła się dopiero po zwycięskiej wojnie polsko-bolszewickiej. Niestety, nigdy nie wykorzystano jej jak należy. Do kraju powróciło około 11 tysięcy rękopisów oraz prawie 50 tysięcy starych druków, z czego Załusciana stanowiły zaledwie połowę. Stało się tak z powodu zaniedbań w zapisach Traktatu Ryskiego w tej sprawie oraz – jak zwykle – sabotażu ze strony Sowietów. Dzieła zniszczenia dopełnili zachodni Mongołowie, chore dziecko zachodniej cywilizacji, czyli Niemcy, którzy po upadku Powstania Warszawskiego, mimo umów i porozumień, podpalili zbiory odrodzonej Biblioteki Narodowej. Tak opisał to prof. Bohdan Korzeniewski: „Zejście do podziemi nie było zawalone gruzami. Dotarłem więc do lochu. Przy pierwszym spojrzeniu można było doznać oszałamiającej radości. Ależ – chciało się zawołać – zbiory ocalały! Leżały w grubych, różnych warstwach. Uderzał nawet jakiś porządek, którego nie zostawiliśmy maskując schron. Nie było ani blach, ani worków z piaskiem. Zwracał także uwagę znacznie niższy poziom pokładów. Woluminy nie przylegały już tak ciasno do sklepienia, jak wówczas, kiedyśmy je układali. Bliższe podejście odkrywało sekret tych zmian. Był ohydny. Przy dotknięciu warstwy równo ułożonych egzemplarzy już nawet nie rozpadały się, ale znikały. Zbiory zetlały doszczętnie w ogniu, który musiał je trawić wolno przez wiele dni. I nie było nawet trudno domyślić się, jak je zniszczono. Członkowie Brennkommando czy Vernichtungskommando albo jak tam jeszcze nazywano te organizacje państwa zbirów posiadali niewątpliwie rozległe doświadczenie fachowe. Nie zabrakło im również w pokonanej Warszawie czasu na wykonanie roboty. Wygarnęli książki spod stropu, oblali je benzyną i podpalili. Już ze stopą na gardle wypełniali wyrok zagłady wydany na sąsiedni naród. Mieściło się w nich obok ludobójstwa również książkobójstwo”. I za żaden z tych czynów nigdy nie ponieśli żadnej odpowiedzialności. Nie przeszkadza im to jednak, by dzisiaj pouczać nas o demokracji, prawach człowieka i wolności oraz przyznawać polskiej szefowej Sądu Najwyższego nagród za „niezłomność i odwagę cywilną, z którą broni nieodzownych warunków demokracji”. Nie to jest jednak w tym wszystkim obrzydliwe, że zbrodniarze rozdają nagrody, bo zbrodniarze czynili to zawsze, lecz to, że zawsze jest też ktoś, kto chętnie je przyjmuje.