Niemiecka pamięć

Prezydent Niemiec w przemówieniu z okazji 75 rocznicy ponownego utworzenia Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Berlinie powiedział, że „nasza polityka zagraniczna nie stanie się bardziej przekonująca, jeśli nie nazwiemy łamania prawa międzynarodowego łamaniem prawa międzynarodowego”. Ta wojna jest sprzeczna z prawem międzynarodowym, nie ma co do tego wątpliwości. Miał na myśli, co łatwo odgadnąć, działania wojenne wobec Iranu, największej po Rosji terrorystycznej organizacji na świecie.

Bardzo lubię, gdy Niemcy bełkoczą coś o przestrzeganiu praw międzynarodowych. Jest to naród, który ma fenomenalnie selektywną i krótką pamięć – podejrzewam, że nawet guźdzce, ssaki z rodziny świniowatych, uchodzące za zwierzęta o skrajnie krótkiej, kilkusekundowej pamięci, przy Niemcach mogłyby uchodzić za wyjątkowo dobrze obdarzone w tym względzie. Szkoda, że Max-Planck-Gesellschaft zur Förderung der Wissenschaften jak dotychczas nie podjął żadnych badań na ten temat.

Inteligencja bez rodowodu

Zygmunt Mineyko, „Z tajgi pod Akropol”: Przed opuszczeniem kraju w 1860 r. znajdując się w ciągłym stosunku z ludem podczas przygotowań do powstania w tejże samej okolicy, gdzie obecnie dokonała się straszna zbrodnia, liczyłem ja i inni współdziałacze ówcześni ze mną, że nie tylko chłopi tutejsi sympatyzować będą powstaniu, ale że czynny udział w nim wezmą. Dla tej racji byłem pewny, że niebezpieczeństwo mnie nie zagraża i że zbrodnia, gwałcąca jednocześnie przepisy nienaruszalne gościnności, jest niemożliwa.”

Zbrodnia” o której mowa powyżej to zdrada. Mineyko został podstępem schwytany przez polskich chłopów ze wsi Rosoliszki i za kilka rubli nagrody wydany carskim oprawcom. Opisuje tę scenę z oburzeniem i niedowierzaniem. Nadzieje powstańców, w tym i jego, nie sprawdziły się. Chłopi nie wzięli czynnego udziału w tym „narodowym” zrywie. Nie wzięli udziału ani w tym, ani w poprzednich. Wszystkie polskie powstania okupione były głównie krwią szlachty. Tysiące poległych w walce, tysiące rozstrzelanych i powieszonych, dziesiątki tysięcy zesłanych na Syberię, inni wcieleni do rosyjskich batalionów karnych. Pozbywaliśmy się naszych najlepszych, najzdolniejszych i najwierniejszych w zaskakująco równych interwałach – przez powstanie kościuszkowskie, epokę napoleońską, powstanie listopadowe, aż po powstanie styczniowe. Eksterminacja polskiej inteligencji trwała przez cały XIX wiek – potem przyszły pierwsza i druga wojna światowa, z listami proskrypcyjnymi starannie i skrupulatnie przygotowanymi przez Niemców i Rosjan, które dopełniły dzieła zniszczenia. Inteligencja przestała istnieć. Bolesne tego skutki odczuwamy do dzisiaj. Współczesna polska inteligencja nie ma rodowodu.

Zygmunt Mineyko jest powstańcem styczniowym, ale trzydzieści lat wcześniej, w powstaniu listopadowym, chłopi także nie brali udziału. To prawda, że nie bardzo mieli o co walczyć, a pojęcie ojczyzny w takim sensie jak rozumiemy je dzisiaj, było im absolutnie obce. Ojczyznę stanowiła co wyżej ojcowizna, a ta nie rozciągała się przecież dalej niż poza miedzę. Owszem, w powstaniu styczniowym pojawiają się już oddziały chłopskie, ale i tym razem nie tyle może, aby walczyć o ojczyznę, co zwabieni obietnicą Rządu Narodowego o uwłaszczeniu. Problem polegał jednak na tym, że powstańcze obietnice przedstawiały się jako dość mgliste i odległe, a taka sama propozycja ze strony Rosjan była już konkretna i ostatecznie to ona przesądziła sprawę. Jak wiadomo, koszula jest bliższa ciału, chłopi dostali, czego chcieli, szybko wycofali się z walki, bez większych skrupułów oddając powstańców w łapy Rosjan za parę kopiejek. I to właśnie spotkało Mineykę. Tudzież setki innych powstańców.

Czarni łowcy niewolników

Ostatnio Unia Afrykańska coraz głośniej domaga się reparacji za dawny handel niewolnikami i wszystkie kolonialne krzywdyKomisja Reparacyjna wyliczyła straty na astronomiczną sumę 1,37 biliarda dolarów. Ich żądania dotyczą głównie rekompensaty finansowej, ale też formalnego uznania nadużyć i reformy w międzynarodowych instytucjach, przez co należy rozumieć znacznie większej ilości miejsc dla przedstawicieli Afryki w ONZ. Czy słusznie?

Wbrew temu, co sądzą i głoszą zacietrzewieni hunwejbini europejskiego prezentyzmu niewolnictwo u swoich początków nie posiadało żadnych konotacji rasowych czy etnicznych. Niewolnikiem mógł stać się każdy, kto popadł w niewolę. Konotacje rasowe związane z tym zjawiskiem pojawiają się dopiero w epoce nowożytnej, prawdopodobnie wraz z rozwojem transatlantyckiego handlu ludźmi, a więc mniej więcej od XVI wieku. Wiemy również, że niewolnictwo afrykańskie nigdy nie zdołałoby przybrać tak olbrzymich rozmiarów, gdyby nie entuzjastyczny wręcz współudział niektórych afrykańskich plemion, zwłaszcza ludu Ashanti z dzisiejszej Ghany czy Yoruba z Nigerii. Plemiona Imbangala z Angoli i Nyamwezi z Tanzanii specjalizowały się w wywoływaniu lokalnych wojen i konfliktów, bo to dostarczało im okazji do chwytania ludzi i sprzedawania ich jako niewolników. Brytyjscy historycy John Thornton i Linda Heywood udowodnili, że 90 procent ludzi wysłanych przez Atlantyk do Ameryki zostało schwytanych przez ich czarnoskórych pobratymców. Wyprawy łowców niewolników były organizowane również przez afrykańskie królestwa Kongo, Futa Toro, Koya, Khasso, Kaabu, konfederacje Fante i wyżej wspomnianych Ashanti – bez ich kolaboracji z arabskimi i europejskimi handlarzami chwytanie i wysyłanie niewolników do Nowego Świata byłoby prawie niemożliwe.

W zachodniej Afryce już w średniowieczu funkcjonowały wielkie targowiska niewolników w Aodaghost, Dżenne, Gao i Timbuktu. Karawany z żywym towarem wędrowały stamtąd przez Saharę w kierunku Marrakeszu, Algieru, Tunisu i Kairu. Jeden ze szlaków kończył się w Sawakin nad Morzem Czerwonym i w Zeili w sułtanacie Adal, skąd niewolnicy byli transportowani do Dżuddy i Adenu na Półwyspie Arabskim oraz do Zatoki Perskiej. Porty ze wschodniego wybrzeża, Mogadiszu, Malindi, Kilwa czy Zanzibar, zajmowały się wysyłaniem niewolników m.in. do Indii. Wśród handlarzy niewolnikami wyjątkowo ponurą sławę zyskał czarnoskóry Hamad bin Muhammad, wśród rdzennych mieszkańców Afryki Wschodniej znany lepiej jako Tippu Tib, który w szczytowym okresie jego kariery był właścicielem 10 tys. niewolników. Jego matka, Bint Habib bin Bushir, była Arabką z Maskatu, natomiast jego ojciec i dziadek ze strony ojca byli nadmorskimi Suahili.

W XIX wieku brytyjska dyplomacja podjęła w Afryce Wschodniej działania, by stopniowo znieść handel niewolnikami. W wyniku nacisków na islamskich władców tego regionu udało się zawrzeć trzy traktaty. Były to: porozumienie Moresby’ego z 1822 r., porozumienie Hamertona z 1845 r. i wreszcie porozumienie z 5 czerwca 1873 r., podpisane przez brytyjskiego konsula w Zanzibarze Johna Kirka i sułtana Zanzibaru Bargasza, które uczyniło handel niewolnikami nielegalnym. Do 1889 r. wszyscy byli niewolnicy stali się ludźmi wolnymi, a w 1907 r. status niewolnika został całkowicie zniesiony w Brytyjskiej Afryce Wschodniej. Nie wszyscy europejscy koloniści postępowali w ten sposób. Niechlubny wyjątek stanowili, jak zwykle, Niemcy. W rządzonej przez nich Tanganice niewolnictwo zostało oficjalnie zniesione dopiero w 1922 r. wraz z objęciem tego kraju protektoratem brytyjskim.

Warto tu przypomnieć, że niewolnictwo nie było zjawiskiem, które obejmowało wyłącznie czarnych. Mieliśmy w historii bardzo długie okresy, kiedy to Afrykanie porywali ludzi z Europy i handlowali nimi jako niewolnikami. Tak postępowali, i to przez wiele stuleci, czyli mniej więcej od XI do początków XIX wieku, berberyjscy piraci. Z baz w portach Maroka, Algieru, Tunisu czy Trypolisu niemal regularnie dokonywali napadów na nadmorskie miejscowości na północno-zachodnim wybrzeżu Atlantyku i południowo-zachodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego. Celem była grabież i, przede wszystkim, pojmanie jak największej liczby chrześcijańskich niewolników, którymi handlowano następnie na licznych targowiskach północnej Afryki, głównie w Marrakesz, Fez Trypolis i Salè. Bandyci z Afryki Północnej atakowali również, i to przez setki lat, wybrzeże południowo-zachodniej Anglii, portowe miasteczka Irlandii, Szkocji, Devonu i Kornwalii. Istnieją poszlaki, że docierali aż do Islandii. Nie istnieją żadne udokumentowane statystyki, ale wylicza się, że między XVI a XIX wiekiem Berberowie uprowadzili i sprzedali na targowiskach Afryki Północnej i w innych regionach imperium osmańskiego około półtora miliona Europejczyków.

Komisja Reparacyjna Unii Afrykańskiej domaga się więc niemal kosmicznego odszkodowania za doznane krzywdy, ale czy cała ta kwestia jest rzeczywiście tak oczywista, jak próbują to przedstawić?

Niemieckie capriccios

Ernst Jünger, niemiecki pisarz, nacjonalista, w czasie II wojny światowej oficer Wehrmachtu, stacjonował głównie w Paryżu, obracając się wśród paryskich sfer intelektualnych, ale pilnie odnotowywał również relacje swoich przyjaciół z ich przeżyć na froncie wschodnim. W jednej z nich (określa je, a jakże, eleganckim słowem capriccios) opisuje zimę na wschodnim froncie: „Na drogach dowozu widzi się trupy, po których przejechały tysiące czołgów, zgniatając je w końcu na cienką blachę. Maszeruje się po nich jak po kalkomanii albo po sylwetkach, których odbicie widać w lśniącej, lodowatej głębi nawierzchni”.

Nie jest to metafora. Przed wielu laty, czytając zapiski jakiegoś anonimowego niemieckiego żołnierza, wynotowałem zdanie: „zlodowaciałe drogi pokryte gdzieniegdzie lekką warstewką śniegu, spod którego przebijały spłaszczone, zwalcowane przez gąsienice ciężkich pojazdów sylwetki ludzi, niczym pokracznie zdeformowane owady uwięzione w mroźnym bursztynie”.

Kim jesteśmy, jeżeli ujrzawszy takie „capriccios” możemy jeszcze potem żyć, pić wino, wierzyć w Boga, płodzić dzieci? Czy nie ma takiego doświadczenia, które nas unicestwia ostatecznie i nieodwołalnie? Czy nie ma takiej granicy poza którą nie istnieje już nie tylko normalne, ale jakiekolwiek życie?

Zawsze nieświadomi

Spośród wszystkich wysokich rangą Niemców, którzy stanęli przed międzynarodowym trybunałem w Norymberdze oskarżeni o zbrodnie wojenne, tylko 12 zostało skazanych na śmierć, 7 innych, w tym były zastępca Hitlera Rudolf Hess, otrzymało wyroki więzienia od 10 lat do dożywocia, ale trzech zostało nawet uniewinnionych. Robert Jackson był oskarżycielem ze strony delegacji amerykańskiej w czasie tego procesu. Prywatnie nie ukrywał, że „nie ma nic przeciwko karze śmierci dla wszystkich Niemców sądzonych w Norymberdze”, ale błędem jest udawanie, że proces ten ma coś wspólnego z sądem. Fragment jego znakomitej mowy końcowej, która demaskuje mechanizm nie tylko tej, ale każdej zbrodni, niezależnie od epoki czy szerokości geograficznej: Jeżeli zestawimy ze sobą tylko historie z pierwszego rzędu ławy oskarżonych, to ukaże się absurdalnie skomplikowany obraz rządu Hitlera. W jego skład wchodzili: człowiek nr 2, który nie wiedział nic o ekscesach stworzonego przez siebie gestapo i nigdy nie domyślał się istnienia programu eksterminacji Żydów, choć był sygnatariuszem niezliczonej liczby dekretów, które wprowadzały prześladowania tej rasy; człowiek nr 3, po prostu jakiś niewinny pośrednik, przekazujący rozkazy Hitlera bez ich przeczytania, niczym listonosz albo goniec; minister spraw zagranicznych, który niewiele wiedział o sprawach zagranicznych, a nic nie wiedział o polityce zagranicznej; feldmarszałek, który wydawał rozkazy siłom zbrojnym, ale nie miał żadnego pojęcia o ich rezultatach; szef służby bezpieczeństwa, który miał wrażenie, że policyjne funkcje gestapo i SS były czymś w rodzaju kierowania ruchem ulicznym; filozof partyjny, który interesował się badaniami historycznymi, ale nie miał żadnego pojęcia o przemocy, do której jego filozofia podżegała w XX wieku; generalny gubernator Polski, który panował, ale nie rządził; gauleiter Frankonii, którego zajęciem było rozpowszechnianie rynsztokowej literatury antyżydowskiej, ale który nie miał pojęcia, że nikt tego nie czyta; minister spraw wewnętrznych, który nie wiedział nawet o tym, co się działo w jego własnym biurze, jeszcze mniej o tym, co się działo w jego ministerstwie, a już najmniej o tym, co się działo w Niemczech; prezes Reichsbanku, który całkowicie ignorował to, co wpływało i wypływało ze skarbca jego banku; oraz pełnomocnik do spraw gospodarki wojennej, który potajemnie przestawił całą gospodarkę na zbrojenia, ale nie miał najmniejszego pojęcia, że miało to coś wspólnego z wojną … Jeżeli mielibyście powiedzieć o tych ludziach, że nie są winni, to byłoby to tak samo prawdziwe jak powiedzieć, że nie było żadnej wojny, żadnych zabitych, żadnych zbrodni.

Gebbels i inni

Na Facebooku Andrzej Koraszewski odnosi się do wypowiedzi na Twitterze byłego premiera Mateusza Morawieckiego, który stwierdził, że Żydzi, którzy przeżyli hekatombę niemieckiej okupacji, przeżyli ją dzięki Polakom. Poznałem p. Koraszewskiego jeszcze w czasach, gdy pomieszkiwał w Szwecji i wysoko ceniłem za umiar i rozsądek. Tym bardziej zaskoczyły mnie jego słowa o tym, że Polacy są współodpowiedzialni za śmierć Żydów nie mniej niż Niemcy, a (w domyśle) może nawet bardziej, bowiem zawsze Żydów nienawidzili i – korzystając z historycznej okazji – chętnie pomagali Niemcom w dziele eksterminacji. Bo tylko tak można jego słowa odczytać.

A. Koraszewski utrzymuje, że decyzja o eksterminacji Żydów w krajach okupowanych przez nazistowskie Niemcy została podjęta po starannych badaniach, że narody podbite nie będą specjalnie protestować. Nie bardzo rozumiem o jakich formach „protestu” p. Koraszewski mówi w tym kontekście (strajk „okupacyjny” czy może coś w rodzaju marszu równości z aktywistami LGBT na czele?) i nie bardzo również pojmuję na czym miałyby polegać owe „staranne badania” oraz do czego byłyby Niemcom potrzebne, skoro i bez badań doskonale wiedzieli, że w zdecydowanej większości krajów Zachodu nikt Żydów nie będzie ani ukrywał ani ratował. I nie pomylili się zresztą. Znajduję też wysoce dziwnym, że A. Koraszewski, doskonale z historią obeznany, przeoczył znamienny fakt, że kara śmierci za pomaganie Żydom została wprowadzona przez Niemców zaledwie w kilku krajach – w Polsce, ZSRR i krajach bałkańskich. W pozostałych okupowanych krajach było to całkowicie zbyteczne: chętnie pomagały w wysyłaniu Żydów do komór gazowych, mimo że w krajach tych za pomoc Żydom groziły co wyżej konfiskata majątku lub więzienie. Jest szalona różnica między pomaganiem innym ludziom, gdy nie grozi ci utrata życia, a sytuacją w której nie jest to żadna groźba, lecz pewna śmierć. A mimo tego wśród 28 tysięcy osób, którym Państwo Izrael, państwo żydowskie, przyznało tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata, najwięcej, bo aż 7232 osoby pochodzą z Polski. Na drugim miejscu tej listy znajdują się Holendrzy, 5982 mieszkańców tego kraju, którzy pomagali Żydom ryzykując … konfiskatę majątku. Istotnie, A. Koraszewski ma rację, gdy pisze, że proporcje tych, którzy popierali nazistowskie zbrodnie, do tych, którzy narażali własne życie w obronie bliźnich mówią same za siebie, choć rozumie to, niestety, opacznie.  

To przykre, ale mój szacunek dla p. Koraszewskiego kurczy się w miarę zapoznawania się z jego tekstem. Nie tylko używa zwodniczych, tendencyjnych i nieadekwatnych zwrotów typu zbrodnie nazizmu, nazistowskie Niemcy, ale idzie jeszcze dalej i utrzymuje, że za zbrodnie nazizmu odpowiada cała Europa. Chciałoby się rzec: Drogi p. Andrzeju, odpuść Pan sobie, bowiem za moment prześcignie Pan nawet Gebbelsa. Wojna jest straszna, wojenne wybory należą do najtrudniejszych przed jakimi człowiek staje, a Pan, na Pańskie szczęście, wie o tym niewiele albo zgoła nic i najstosowniej w tej sytuacji byłoby okazać choćby odrobinę pokory. Czego w imię dawnej przyjaźni szczerze Panu życzę.  

Lis w kurniku

Obecny szef polskiego MSZ, totalnie ubrudzony politycznie i skompromitowany Radosław Sikorski, powołał na stanowisko pełnomocnika ministra spraw zagranicznych ds. polsko-niemieckiej współpracy społecznej i przygranicznej prof. Krzysztofa Ruchniewicza. Tak, to szef Centrum im. Willy’ego Brandta i człowiek, który uważa, że „polscy podatnicy powinni sfinansować raport na temat prywatnego niemieckiego mienia przejętego przez Polskę”, człowiek, który twierdzi, że Polska nie tylko nie powinna otrzymać żadnego zadośćuczynienia, przysługującego jej za wymordowanie milionów jej obywateli, totalne zniszczenie kraju, zrabowanie majątku państwowego i prywatnego, ale rozliczyć się wreszcie z Niemcami z tego, co okupanci pozostawili w Polsce.

Jeżeli to tolerujemy, znaczy, że jesteśmy narodem tak głupim, że  należałoby stworzyć jakiś nowy epitet, który adekwatnie zobrazuje rozmiar naszej głupoty, bo te, które znajdziemy w Wielkim Słowniku Języka Polskiego, nie oddają jej nawet w przybliżeniu.  

Klitoridektomia

Klitoridektomia, ohydna praktyka wycinania kobietom łechtaczek, jest nielegalna w całej Europie. Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy uznało nawet, że okaleczanie żeńskich narządów płciowych stanowi pogwałcenie praw człowieka i zobowiązało rządy do surowego karania takich przypadków. W niczym to nie przeszkadza jednak, by setki tysięcy kobiet z rodzin islamskich zamieszkujących Europę wciąż poddawane były tej barbarzyńskiej praktyce. Tylko w Niemczech, według statystyk sprzed paru lat (aktualnych danych nie znalazłem), odnotowano ponad 60 tys. takich „zabiegów”. A mimo tego nie znamy do tej pory ani jednego (sic!) przypadku w Europie, by kogoś za to skazano. Nielegalne, karalne i … bezkarne.

Może należałoby wreszcie postawić sobie i szczerze odpowiedzieć na pytanie, czy Europa, która nie ośmiela się zmierzyć z czymś tak jednoznacznym i odrażającym jak okaleczanie kobiet, będzie kiedykolwiek w przyszłości zdolna do obrony swoich innych, a do tego znacznie subtelniejszych wartości?   

Kto wygrał II wojnę światową

Zawsze zastanawiałem się, dlaczego Niemcy, którzy przegrali II wojnę światową … wygrali tę wojnę. Dzisiaj myślę, że złożyło się na to kilka istotnych czynników. Jednym z nich, ważnym, ale wcale nie najważniejszym, był na pewno potencjał gospodarczy, a wbrew powszechnemu przekonaniu o zniszczeniach wojennych Niemiec, był on wcale niemały – na niemieckie potrzeby wojenne przez wiele lat harowała przecież cała Europa. Rabunki, praca przymusowa, rekwizycje, konfiskaty i wszelkiego rodzaju kradzieże, dokonywane w czasie wojny nie tylko przez państwo, ale i osoby prywatne, bardzo wzbogaciły ich majątek. Innym aspektem była wyjątkowo bezczelna i sprytna polityka historyczna – już w latach 50-tych zainicjowali oni program zastępowania terminów „Niemcy” i „niemieckie” na „nazistów” i „nazistowskie”. Było to realizowane konsekwentnie i bez względu na przynależność do stronnictw politycznych. Nie miało żadnego znaczenia, kto w danym momencie steruje krajem. Polityka historyczna pozostawała bez zmian. Bez odstępstw i bez skrupułów. W konsekwencji jeszcze i dzisiaj większość Europejczyków i świata nie ma wątpliwości, że Niemcy są dobrzy, źli byli tylko naziści, ale ich już nie ma, natomiast obozy koncentracyjne i zagłada Żydów jest dziełem Polaków. Innym, równie ważnym elementem tej szarady sukcesu, były media. Niemieckie media, jak w większości normalnych krajów, reprezentują przede wszystkim interesy państwa. Ani dla ich właścicieli ani dla pracowników nie było żadną tajemnicą, że kształtowanie opinii zarówno ich własnych obywateli, jak i opinii na zewnątrz, jest niezbędne dla formowania pozycji ich kraju na zewnątrz i właściwej postawy ich własnych obywateli wobec państwa. W przeciwieństwie do zidiocenia, które obserwujemy w Polsce, w Niemczech zawsze doskonale rozumiano, że sytuacja, gdy większość rynku medialnego znajduje się w rękach kapitału zagranicznego jest czynnikiem destabilizującym państwo, czynnikiem chaosu politycznego, strukturalnym wynaturzeniem, które niczego dobrego nie rokuje. Sądzę, że obserwując to, co obecnie dzieje się w tej kwestii w Polsce, której poprzednie rządy bezmyślnie zaszczepiły tego wyjątkowo złośliwego wirusa, muszą mieć dużo satysfakcji. Dla polityków niemieckich, bez względu na przynależność partyjną, naczelnym interesem był i wciąż jest interes i dobro Niemiec. Ich służbom wpojono, że niezależnie od tego, jaka partia w danym momencie rządzi, oni zawsze pracują dla Niemiec. Dotyczyło to również niemieckich przedsiębiorców, którzy rozumieli, że prowadzone przez nich interesy mają nie tylko pomnażać ich prywatne majątki, ale i wzmacniać siłę gospodarczą ich kraju. Gospodarka jest przecież jednym z narzędzi ekspansji każdego państwa, czyż nie?

Drang nach Osten

We wczesnych latach mojej młodości propaganda komunistyczna oskarżała Amerykanów o perfidną dywersję w postaci stonki ziemniaczanej zrzucanej na pegeerowskie pola. Nie było to w sumie nic nowego, bowiem już w czasie pierwszej wojny światowej Brytyjczycy, Francuzi i Niemcy oskarżali się o to wzajemnie. Stonka nie spadła jednak z samolotów alianckich, lecz niemieckich. Był to niemiecki eksperyment wojskowy, którego celem było sprawdzenie, czy bezkręgowce wytrzymają upadek z wysokości 8 tys. metrów. W październiku 1943 roku 14 tysięcy chrząszczy zrzucono na palatyńskie miasto Speyer. Odnaleziono podobno zaledwie 57 okazów, ale upadek przeżyły wszystkie. Tej broni biologicznej Niemcy nie zdążyli już jednak wykorzystać, ale w 1944 roku pohitlerowska stonka, po opanowaniu znacznej część Bawarii, przekroczyła Łabę i po wojnie szybko rozpoczęła swój własny Drang nach Osten, dokonując zbrodniczej eksterminacji polskiego kartofla. 

Dwa języki

Fragment z raportu niemieckiego generała SS Jűrgena Stroopa o zniszczeniu warszawskiego getta: Tylko dzięki bezustannej i niestrudzonej pracy wszystkich zaangażowanych odnieśliśmy sukces, chwytając ogółem pięćdziesiąt sześć tysięcy pięciu Żydów, których zniszczenie może być zapewnione. Do tych należy dodać liczbę Żydów, którzy stracili życie w eksplozjach i płomieniach.

Kiedy zastanawiam się, kto jeszcze – poza generałem niemieckim – mógłby sformułować swój raport w podobnie nieludzki, zwyrodniały i odrażający sposób, przychodzi mi na myśl jedynie generał rosyjski. Tylko w tych językach można użyć słowa „sukces” w kontekście zgładzenia  pięćdziesięciu sześciu tysięcy pięciu ludzi w warszawskim getcie lub zamordowania 22 tysięcy jeńców w Katyniu i nie pojawia się w nich jakikolwiek dysonans, i ich gramatyka nie krzyczy z przerażenia.  Na naszym kontynencie tylko te dwie nacje bezczelnie i bezkarnie posługują się taką stylistyką. Współczesna nauka utrzymuje, że słownictwo, narracja, oraz sposób wyrażania pojęć, kształtują nasze postrzeganie rzeczywistości i z całą pewnością sprawdza się to większości europejskich języków – poza niemieckim i rosyjskim. Do nich można zastosować raczej twierdzenie Wilhelma von Humboldta, zmarłego w drugiej połowie dziewiętnastego wieku niemieckiego polityka i filozofa, który uważał, że sposób postrzegania świata jest wynikiem emanacji ducha narodu (Volksgeist), który najpełniej przejawia się właśnie w języku. W ponurej językowej rzeczywistości niemieckiego i rosyjskiego zamordowanie dziesiątków tysięcy ludzi da się określić słowem „sukces” i w ich odczuciu nie brzmi to ani przerażająco ani nawet fałszywie. Co Rosjanie udowodniają obecnie na Ukrainie.

Robactwo

Jan Mohnhaupt „Zwierzęta w Trzeciej Rzeszy”: W październiku 1939 roku, krótko po ataku na Polskę, Ministerstwo propagandy Rzeszy poinformowało niemieckie gazety, że muszą „nawet ostatniej niemieckiej posługaczce od krów uświadomić, że polskość to tyle samo co podludzkość”. W artykułach powinno to być dawane do zrozumienia, oddziaływać podprogowo i występować „zawsze jako motyw przewodni”, poprzez banały takie jak „polska gospodarka” czy „polska demoralizacja”. I tak długo, aż „każdy w Niemczech podświadomie uzna każdego Polaka, czy to robotnika rolnego, czy intelektualistę, za robactwo”.

Zoo Buchenwald

Buchenwald to niemiecki obóz koncentracyjny, w pobliżu Weimaru, bardzo starej i kultowej miejscowości, gdzie cała plejada germańskich geniuszy typu von Goethe, Schiller i Gropius wytrwale budowała prawdziwy bauhaus niemieckiej kultury. Chcę wierzyć, że zbyteczne są jakiekolwiek dodatkowe wyjaśnienia, czym było to miejsce od 1937 do 1945 roku. Określenie niemiecki obóz koncentracyjny w umyśle każdego Europejczyka powinno wywoływać ten sam przerażający obraz. Jeżeli już tego nie czyni, jeżeli przeobraziło się w mniej czy bardziej pusty, pozbawiony jakichkolwiek odniesień denotat najwyższy czas, by uznać, że przestaliśmy być Europejczykami. Liczę jednak na to, że ty wiesz, iż była to rzeźnia, gdzie naród bachów i beethovenów, z właściwą im metodycznością i precyzją, wymordował dziesiątki tysięcy ludzi, bezbronnych i niewinnych.

Możesz natomiast nie wiedzieć – i o tym chciałem ci opowiedzieć – że w odległości nie większej niż rzut kamieniem od tego ponurego miejsca znajdował się Ogród Zoologiczny Buchenwald, wybudowany oczywiście rękoma więźniów obozu, a zwierzęta pochodziły z ogrodu zoologicznego w Lipsku, zakupione z żebraczych wynagrodzeń, jakie więźniowie otrzymywali za przymusową pracę w okolicznych fabrykach i kamieniołomach. Mam cichą nadzieję, że nie przyszła ci do głowy szalona myśl, iż w takim razie zoo było przeznaczone czy dostępne dla więźniów. Korzystać z niego, ciesząc się widokiem dobrze odżywionych zwierząt, mogli wyłącznie wartownicy i cywilni pracownicy obozu Buchenwald. Było ono „oczkiem w głowie” Karla Kocha, komendanta tego obozu, i jego żony, Ilse Koch, głównej nadzorczyni obozu kobiecego, która przez sadyzm i patologiczne okrucieństwo zyskała przydomek Suki z Buchenwaldu. Nie był to zresztą jedyny jej przydomek. Nazywano ją także Ilsa Abażur, a to z tego „niewinnego” powodu, że uwielbiała abażury wykonywane z ludzkiej skóry i namiętnie je kolekcjonowała. Jak wspomniałem, niewielka odległość dzieliła zoo od obozu zagłady – od krematorium do wybiegu dla niedźwiedzi było co wyżej kilkanaście metrów. Pomiędzy nimi wysokie na trzy metry i długie na trzy kilometry ogrodzenie pod napięciem elektrycznym. Po jednej stronie niekończące się rzędy drewnianych baraków i krematoria, po drugiej prywatne zoo pary zboczeńców. Po jednej stronie niemiecki pan stworzenia i jego ukochane zwierzęta, o które dbał czule i troskliwie, po drugiej podludzie, którym nie przysługiwał nawet status zwierząt. Światy te rozdzielał podłączony do prądu płot.  

Umysły pospolite i banalne uznają a priori (a przekonanie to staje się obecnie niemal powszechne), że zdolność do miłości obejmuje wszystko i często głoszą, że ten, kto nie kocha zwierząt nie szanuje też i nie kocha ludzi. Nie przychodzi im do głowy, że miłość do zwierząt nie tylko nie jest jednoznaczna z miłością do ludzi, a wręcz przeciwnie – może być wyrazem w najlepszym razie niechęci, a w najgorszym nienawiści do ludzi. I obawiam się, że ten drugi wariant jest znacznie powszechniejszy niż pierwszy.

Europejska solidarność

Europejska solidarność w kwestii sankcji wobec Rosji? Niemcy, Francja, Hiszpania, Włochy i Belgia domagają się, aby na szczeblu krajowym była możliwość odmrożenia zamrożonych aktywów osób z list sankcyjnych, jeżeli te osoby mają udziały w branży rolniczej, czyli proponują wykreślenie z list sankcyjnych ponad 1,5 tys. osób i podmiotów, oligarchów i zbrodniarzy. Część krajów zaprotestowała przeciwko tej jawnej zdradzie, ale Grecja, Szwecja i Węgry jednoznacznie stoją po stronie sowieckich bandytów. Z listy objętych sankcjami surowców energetycznych, na prośbę Grecji, wykreślony został sprężony gaz ziemny, gaz powstający w procesie przetwórstwa ropy naftowej, który odpowiada on za jedną czwartą wolumenu gazu, który jest objęty zakazem importu z Rosji. Węgrzy wnieśli na ostatnim unijnym spotkaniu o wykreślenie z listy sankcyjnej trzech członków rosyjskiego rządu, w tym ministra energii Rosji. Tradycyjnie dwulicowa Szwecja, powołując się na konieczność ochrony wolności mediów (sic!), jakby w Szwecji istniała jakakolwiek wolność mediów, wykreśliła z listy sankcyjnej Federalną Służbę ds. Nadzoru w Sferze Łączności, Technologii Informacyjnych i Komunikacji Masowej, tzw. Roskomnadzor. Żeby wszystko było jasne – jest to rosyjski federalny organ wykonawczy odpowiedzialny za monitorowanie, kontrolowanie i … uwaga, cenzurowanie rosyjskich środków masowego przekazu. „Ukraińska Prawda” ujawniła dziś, że wielu osób z rosyjskich elit oficjalnie pomieszkuje w Wiedniu, w żywe oczy kpiąc z zachodnich sankcji. Wśród spacerowiczów po wiedeńskich ulicach, w obstawie goryli, jest między innymi Wiktor Zubkow, były premier Rosji, a na otwarcie sezonu w mediolańskiej La Scali wystawiono dzieło Musorgskiego „Borys Godunow” z Ildarem Abdrazakovem w roli głównej, odznaczonym przez Putina tytułem „Czczony Artysta Federacji Rosyjskiej”. Europejska solidarność umacnia się z dnia na dzień.

L’Humanité?

25 czerwca 1940 r., w dzień po zawarciu zawieszenia broni, francuska Partia Komunistyczna złożyła do Gestapo podanie o … pozwolenie na wydawanie ich dziennika „L’Humanité”. Uzasadniano to następująco: „Pozwolimy sobie przypomnieć, że my, komuniści, jedyni występowaliśmy przeciwko wojnie i domagaliśmy się pokoju wtedy, kiedy wiązało się to dla nas ze znacznym ryzykiem…

Komuniści zapewniali w podaniu, że L’Humanité” będzie stawiała sobie za główne zadanie demaskowanie machinacji agentów brytyjskiego imperializmu. I tak było do 22 czerwca 1941. Dopiero po napaści niemieckiej na Rosję, czyli od czerwca 1941 roku, zmieniło się wszystko: Anglia przestała być imperialistyczna, wojna stała się wyzwoleńcza. Niemcy przeobraziły się hitlerowskie, de Gaulle awansował nagle do miana bohatera, a Francję uznano za ukochaną ojczyznę. Wszystko to dokonało się w ciągu jednego dnia: 22 czerwca 1941. Nie zmieniło się tylko jedno: francuska partia komunistyczna tak jak i przedtem pozostała ślepym narzędziem rządu sowieckiego.

Troskliwi sąsiedzi

W lutym 1772 roku został zawarty układ rozbiorczy prusko – rosyjski. Rokowania trzech zaborców sfinalizowano traktatami podpisanymi 5 sierpnia 1772 r. w Petersburgu, które we wstępie zawierały następujące uzasadnienie pierwszego rozbioru Polski: W imię Trójcy Przenajświętszej, Duch stronniczy podtrzymujący anarchię w Polsce, każe obawiać się zupełnego rozkładu tego państwa, co mogłoby zaszkodzić interesom sąsiadów tej Rzeczypospolitej, naruszyć dobre stosunki między nimi i wzniecić ogólną wojnę. Więc Austria, Prusy i Rosja, mając zresztą względem Polski pretensje o prawa równie dawne jak słuszne, postanowiły wystąpić z nimi, przywrócić porządek wewnątrz Polski i nadać temu państwu stan polityczny więcej zgodny z interesami jego sąsiadów… 

Historia to recykling, jak pisałem wcześniej. Także i dzisiaj nasi, ci sami zresztą sąsiedzi, są tak samo zatroskani naszym rozkładem i chętnie nadaliby Polsce „stan polityczny więcej zgodny” z ich interesami.

Europejczycy

Do 23 lutego tego roku można było jeszcze żyć w mniej czy bardziej wątłym przekonaniu, a jednak przekonaniu, że „my, Europejczycy” to nie tylko Francuzi, Niemcy czy Włosi, ale również Polacy, Litwini, Estończycy, Łotysze, Słowacy, czyli cała ta nowa i odzyskana część Europy, którą w Jałcie beztrosko sprzedano ruskim chanom. Od 23-go lutego tylko idiota może jeszcze żywić nadzieję, że jesteśmy niepodzielną, równą Europą i że Polak jest równie dobrym Europejczykiem jak Niemiec.  

Dziennik Gilberta

„Dziennik norymberski”. G. M. Gilbert pyta Rudolfa Hössa, komendanta obozu koncentracyjnego w Auschwitz, jak zabicie dwóch i pół miliona ludzi było możliwe pod względem technicznym. Höss wyjaśnia rzeczowo, że eksterminacja nawet wielkich liczb ludzi nie była trudna, że za podstawę obliczeń przyjmowali dobę, bowiem obliczyli, że w tym czasie można było zlikwidować ponad dziesięć tysięcy ludzi. Było to możliwe za sprawą sześciu komór gazowych – dwie większe mieściły po dwa tysiące ludzi każda, a cztery mniejsze powyżej tysiąca pięciuset, w sumie osiągając dobową wydolność dziesięciu tysięcy. „Samo zabijanie zabierało najmniej czasu. Można było pozbyć się dwóch tysięcy ludzi w ciągu pół godziny, ale palenie zwłok zabierało cały pozostały czas. Zabijanie było proste; nie potrzeba było nawet strażników, aby skierować ich do komór; po prostu wchodzili, spodziewając się, że idą po prysznic, ale zamiast wody puszczaliśmy gaz. Cała sprawa posuwała się bardzo szybko”. Höss opowiadał to wszystko spokojnym, apatycznym, rzeczowym głosem. Opisał też w późniejszym oficjalnym przesłuchaniu, że „dzieci ukryte przez matki po ubraniami, aby uszły uwagi, wyrywano matkom i odsyłano do komór gazowych. Złote zęby i złote obrączki były usuwane ze zwłok po zagazowaniu, a przetopione złoto wysyłano do Ministerstwa Gospodarki. Włosy kobiet pakowano w bele z przeznaczeniem na cele handlowe”.

                                                                 ***

Nikt nie chciał i nie zamierzał walczyć, gdy Niemcy napadli na Polskę. Francuzi ani na krok nie ruszyli się ze swoich okopów, Anglicy wykonali kilka gestów bez znaczenia. W czasie rozprawy norymberskiej generał niemiecki Albert Jodl wyraził zdumienie faktem, że w czasie, gdy Niemcy były zajęte aneksją Polski, Francja i Anglia, jej sojusznicy, pozostawały na linii Maginota ze stu dziesięcioma dywizjami przeciwko dwudziestu trzem dywizjom niemieckim. Keitel, niemiecki feldmarszałek, potwierdził to również. Poinformował, że bezpośrednio przed napaścią na Polskę niemiecka armia posiadała tak skromne zapasy amunicji, że ledwo wystarczyłyby na sześć tygodni walk. Po tym czasie musieliby przerwać działania wojenne, ale na ich szczęście Zachód tchórzliwie nie podjął takich działań. Błędem Hitlera było więc to, że przeniósł wojnę na Zachód. Gdyby wyruszył tylko na Wschód, anektując Polskę, a potem Rosję, byłby zapewne zwycięzcą, a Zachód szybko uwierzytelniłby jego podboje. Zachód nigdy nie zamierzał umierać za Wschód i bez wielkich ceregieli oddałby Hitlerowi całą środkową i wschodnią Europę. Na nasze szczęście Hitler był megalomańskim pajacem.

Dziennik norymberski

Opis naocznego świadka masowej egzekucji dokonanej przez jedną z Himmlerowskich Einsatzgruppen, cytowany w pracy G. M. Gilberta „Dziennik norymberski”: Ci ludzie rozebrali się bez krzyku i płaczu, stali dookoła rodzinami w grupach, całując się nawzajem, żegnając się i oczekując na znak innego esesmana, który stał blisko wykopu, również z pejczem w ręku. Piętnaście minut tak stałem blisko, nie słyszałem lamentów ani próśb o litość. Obserwowałem ośmioosobową rodzinę, mężczyznę i kobietę, oboje około pięćdziesiątki, z dziećmi około roku, ośmiu i dziesięciu lat – oraz dwoma dorosłymi córkami, około dwudziestu, dwudziestu czterech lat. Starsza kobieta o siwych włosach trzymała w ramionach roczne dziecko, śpiewając mu i zabawiając je. Dziecko gaworzyło z zadowolenia. Małżeństwo miało łzy w oczach. Ojciec trzymał za rękę mniej więcej dziesięcioletniego chłopca i mówił do niego łagodnie; chłopiec walczył ze łzami. Ojciec wskazywał na niebo, potrząsał głową i zdawał się coś chłopcu tłumaczyć. W tym momencie esesman przy wykopie zawołał coś do swojego kolegi. Ten odliczył dwadzieścia osób i polecił im podejść do sterty ziemi. Wśród nich była rodzina, o której wspomniałem. Dobrze zapamiętałem dziewczynę, szczupłą i ciemnowłosą, która przechodząc obok mnie, wskazała na siebie i powiedziała: „Dwadzieścia trzy lata”. Przeszedłem koło ziemnego nasypu i znalazłem się przed olbrzymim grobem. Ludzie byli ciasno ściśnięci razem i leżeli jedni na drugich, tak że były widoczne tylko ich głowy. Prawie wszystkim krew z głów ściekała na ramiona. Niektórzy, postrzeleni, wciąż się poruszali. Kilku uniosło ręce i kręciło głowami, aby pokazać, że wciąż są żywi. Wykop był już wypełniony w dwóch trzecich. Oceniałem, że już zawierał około tysiąca osób. Rozejrzałem się za mężczyzną, który strzelał. Był to esesman – siedział na wąskiej krawędzi wykopu, ze stopami wiszącymi nad dołem. Miał na kolanach karabin maszynowy i palił papierosa. Kompletnie nadzy ludzie zeszli w dół po kilku schodkach wyciętych w gliniastej ścianie wykopu i gramolili się przez głowy ludzi tam leżących, do miejsca wskazanego przez esesmana. Kładli się na zabitych i rannych; niektórzy gładzili tych wciąż żywych, mówiąc do nich po cichu. Wtedy usłyszałem serię wystrzałów. Spojrzałem do wykopu i zobaczyłem, że ich ciała drgały albo leżały bez ruchu na ciałach pod nimi. Krew płynęła na ich ramiona.

Przez całe wieki wszelkiej maści ideolodzy oraz twórcy próbowali stworzyć przekonywującą i sugestywną wizję Piekła. Religijne (chrześcijaństwo), literackie (Dante), plastyczne (Bosch) wizje Piekła okazały się być żałośnie śmieszne w porównaniu z Piekłem stworzonym w czasie 2 wojny światowej przez zwykłych Niemców tu, na Ziemi. Dzisiaj Niemcy są znów niekwestionowanymi przywódcami Europy i dzięki naszej niewyobrażalnej głupocie cierpliwie budują IV Rzeszę. Co ja mówię? Już zbudowali.

Goethe

W 1790 roku Goethe odbył podróż po Polsce. Odniósł podobno „niekorzystne wrażenie”, jak wynika z notek z tej podróży, opublikowanych dopiero w 1884. Co do uwag o miejscowej ludności Goethe zalecał wprowadzenie języka niemieckiego w Polsce celem podniesienia kultury klas niższych. Jakby język niemiecki, ta gra raszplem na zardzewiałej pile, mógł „podnieść”  jakąkolwiek kulturę i dyskretnie przemilczając konsekwencje „podnoszenia kultury” przez Niemców. Innata Teutonica superbia, czyli wrodzona pycha niemiecka, jak zawsze, jak zwykle.

Umizgi

Czytając komentarze polskiej prasy dotyczące jakichś ważnych decyzji politycznych, a zwłaszcza tych kontrowersyjnych i niepopularnych, idących pod prąd powszechnym trendom, odnoszę wrażenie, że jesteśmy narodem, który za wszelką cenę pragnie przypodobać się wszystkim. Ileż ubolewania, że z tego czy innego powodu nie będą nas lubić Niemcy, jak niekorzystnie piszą o nas Francuzi, co o nas pomyślą Belgowie, jak źle oceniają nas Szwedzi, jak bardzo zawiedliśmy Włochów i ileż przykrości sprawiliśmy naszymi decyzjami zawsze nam życzliwych Amerykanów. Obawiam się, że to właśnie ta maniera przymilania się do wszystkich, te umizgi sprawiają, że wszyscy nami gardzą. Jesteśmy narodem bez dumy.

Prawdziwi mężczyźni

Szef spraw zagranicznych Niemiec, Heiko Maasa, zamieścił na Twitterze w miniony piątek, 20 listopada, wpis następującej treści: „Dokładnie 75 lat temu rozpoczął się proces norymberski. Przed sądem stanęli mężczyźni (podk. moje) odpowiedzialni za najohydniejsze zbrodnie w historii”. A więc już nie zbrodniarze Trzeciej Rzeszy, najwyżsi przywódcy Niemiec, lecz po prostu mężczyźni, jacykolwiek mężczyźni. Czy mamy rozumieć, że chodzi może o prawdziwych mężczyzn?

Andrzej Bobkowski

Curaçao, wyspa należącą do archipelagu Małych Antyli, położona w południowej części Morza Karaibskiego. A. Bobkowski dotarł tam na statku „Jagiełło” bodaj w lipcu 1950 roku. Gdy statek zacumował w porcie, władze holenderskie zezwoliły na zejście na ląd wszystkim z wyjątkiem Niemców. Było to zarządzenie „odwetowe” – odwet za rajdy niemieckich łodzi podwodnych, które podpływały tam w czasie wojny i bombardowały z morza bezbronne miasto. „Sądzę, że na całym świecie powinno się jeszcze przez długi czas przypominać im takimi drobnymi zarządzonkami, czym byli. Żeby za wcześnie nie wyobrazili sobie, że wszystko jest w porządku, darowane i przebaczone. Albo, co gorsza, aby z tego okresu nie urobili sobie bohaterskiej legendy, wspaniałego zrywu Niemiec. Bo już i do tego zaczynają przejawiać pewne skłonności. A. Bobkowski pisze te słowa w roku 1950, a dzisiaj „bohaterska legenda” Niemców jest już faktem – na fotografii pamiątkowej z ostatnich odchodów D-Day, w pierwszym rzędzie, wśród przywódców państw alianckich siedzi dumna i uśmiechnięta … Angela Merkel. Chwilę wcześniej serdecznie ściskała dłoń brytyjskiej królowej, Elżbiety II. Niemcy już nam wybaczyli wszystko, co nam zrobili – nie ma się o co gniewać. Jak ironicznie zauważa Bobkowski.

Przypadek Polski

Austriacka pisarka, Marie von Ebner-Eschenbach, powiedziała kiedyś, że najniżej upadło społeczeństwo, które w milczeniu wysłuchuje, jak jawni dranie prawią mu kazania o moralności. Przypadek Polski. Pozwalamy się pouczać o moralności, praworządności czy demokracji Niemcom, którzy nie mają żadnego moralnego prawa, by kogokolwiek pouczać o czymkolwiek. Naród, który nie czyni rozróżnienia między człowiekiem a mydłem, nic nie wie o ludzkich wartościach.

Książkobójstwo

Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej” nadmienia, że po drugim rozbiorze Polski Biblioteka Załuskich, od roku 1780 funkcjonująca jako Biblioteka Narodowa, jedna z największych bibliotek świata drugiej połowy XVIII wieku i jedna z pierwszych w Europie, została zagrabiona przez Rosjan, wywieziona do Petersburga i wcielona do biblioteki cesarskiej, liczącej zaledwie śmieszne 20 000 tomów. „Przy pośpiesznem pakowaniu, dużo książek zostało uszkodzonych, a potem na złych litewskich drogach około Grodna porozbijało się wiele pak, tak, że potem w Grodnie korcami księgi te sprzedawano. Według pierwszego sprawozdania, drukowanego w r. 1809 przez Olenina, bibljoteka ta po przywiezieniu obejmowała 262 640 woluminów, 24 573 rycin i przeszło 10 000 rękopisów”. Antonowski, który uczestniczył w pracy porządkowania biblioteki po przywiezieniu jej z Warszawy, wspomina w swoich pamiętnikach, że było tam znacznie więcej pozycji niż przyznawano oficjalnie. Według jego obliczeń wszystkich pozycji razem było 395 045. Część stracono też w czasie samego transportu. Generał Suworow, odpowiedzialny za dostarczenie zbiorów, z uwagi na to, że zima była bardzo surowa tamtego roku, polecił transport saniami. Z Warszawy wyruszyło więc około 600 sań z woluminami zapakowanymi w drewniane skrzynie. Podróż książek, utrudniona przez odwilż, trwała dwa miesiące. Po drodze, w Grodnie lub Kownie, skrzynie przełożono z sań na wozy, wiele skrzyń rozsypało się, wiele cennych prac uległo zniszczeniu.

Skradziony księgozbiór umieszczono w pawilonach ogrodowych pałacu Aniczków w Petersburgu. Wartościowsze książki włączono do gabinetu cesarskiego, inne rozdano do bibliotek seminariów duchownych i różnych instytucji publicznych. Mniej więcej w tym samym czasie rozpoczęto także budowę gmachu dla Biblioteki Cesarskiej. Skrzynie z polskimi zbiorami czekały więc na otwarcie prawie 20 lat. W roku 1814 trafiły one wreszcie na półki Cesarskiej Biblioteki w Petersburgu. Warto zwrócić uwagę na to, że za rok jej założenia przyjęto 1795, czyli dokładną datę rabunku Biblioteki Załuskich.

Szansa odzyskania zbiorów pojawiła się dopiero po zwycięskiej wojnie polsko-bolszewickiej. Niestety, nigdy nie wykorzystano jej jak należy. Do kraju powróciło około 11 tysięcy rękopisów oraz prawie 50 tysięcy starych druków, z czego Załusciana stanowiły zaledwie połowę. Stało się tak z powodu zaniedbań w zapisach Traktatu Ryskiego w tej sprawie oraz – jak zwykle – sabotażu ze strony Sowietów. Dzieła zniszczenia dopełnili zachodni Mongołowie, chore dziecko zachodniej cywilizacji, czyli Niemcy, którzy po upadku Powstania Warszawskiego, mimo umów i porozumień, podpalili zbiory odrodzonej Biblioteki Narodowej. Tak opisał to prof. Bohdan Korzeniewski: „Zejście do podziemi nie było zawalone gruzami. Dotarłem więc do lochu. Przy pierwszym spojrzeniu można było doznać oszałamiającej radości. Ależ – chciało się zawołać – zbiory ocalały! Leżały w grubych, różnych warstwach. Uderzał nawet jakiś porządek, którego nie zostawiliśmy maskując schron. Nie było ani blach, ani worków z piaskiem. Zwracał także uwagę znacznie niższy poziom pokładów. Woluminy nie przylegały już tak ciasno do sklepienia, jak wówczas, kiedyśmy je układali. Bliższe podejście odkrywało sekret tych zmian. Był ohydny. Przy dotknięciu warstwy równo ułożonych egzemplarzy już nawet nie rozpadały się, ale znikały. Zbiory zetlały doszczętnie w ogniu, który musiał je trawić wolno przez wiele dni. I nie było nawet trudno domyślić się, jak je zniszczono. Członkowie Brennkommando czy Vernichtungskommando albo jak tam jeszcze nazywano te organizacje państwa zbirów posiadali niewątpliwie rozległe doświadczenie fachowe. Nie zabrakło im również w pokonanej Warszawie czasu na wykonanie roboty. Wygarnęli książki spod stropu, oblali je benzyną i podpalili. Już ze stopą na gardle wypełniali wyrok zagłady wydany na sąsiedni naród. Mieściło się w nich obok ludobójstwa również książkobójstwo”. I za żaden z tych czynów nigdy nie ponieśli żadnej odpowiedzialności. Nie przeszkadza im to jednak, by dzisiaj pouczać nas o demokracji, prawach człowieka i wolności oraz przyznawać polskiej szefowej Sądu Najwyższego nagród za „niezłomność i odwagę cywilną, z którą broni nieodzownych warunków demokracji”. Nie to jest jednak w tym wszystkim obrzydliwe, że zbrodniarze rozdają nagrody, bo zbrodniarze czynili to zawsze, lecz to, że zawsze jest też ktoś, kto chętnie je przyjmuje.

Dwa cytaty z G. S. Pattona

George S. Patton, autobiografia: Potem w towarzystwie generała Walkera zwiedziłem obóz koncentracyjny w Buchenwaldzie. Znajdował się on w pobliżu fabryki produkującej w dużej mierze części do latającej bomby V-1 oraz jaszcze artyleryjskie. Fabryka ta jest pomnikiem świadczącym o precyzji bombardowania przez nasze siły powietrzne, które całkowicie ją zniszczyły, nie zrzuciwszy ani jednej bomby na przyległy obóz. W obozie tym oprócz robotników fabryki znajdowała się duża liczba więźniów politycznych. Ich dzienna racja żywnościowa zawierała 800 kalorii, toteż każdej nocy umierało ich około stu. Przeszedłem przez dwa baraki. W każdym znajdowały się po obu stronach czteropiętrowe prycze ustawione pod kątem prostym do przejścia; były one lekko pochylone w osi wzdłużnej, tak że wszelkie odchody i inne wydzieliny więźniów ściekały nad ich głowami na podłogę, która, gdy tamtędy przechodziłem, co najmniej na wysokości trzech cali pokryta była nieczystościami.

Więźniowie wyglądali jak z wolna poruszające się mumie i zdawali się wykazywać taki sam stopień inteligencji. Jeśli liczba zmarłych z głodu nie była dostateczna bądź, jeśli z innych powodów pożądane było, aby się więźniów pozbyć nie czekając na normalny bieg rzeczy zrzucano ich w coś w rodzaju koryta zrzutowego, do pomieszczenia z hakami w ścianach na wysokości około 8 stóp od podłogi – takimi, na jakich wiesza się mięso u rzeźnika. Z każdego haka zwisała lina, grubości sznura na bieliznę, z metalowym pierścieniem na obu końcach. Jeden pierścień przesuwano przez drugi, co tworzyło pętlę, którą zarzucano więźniowi na szyję, a wolny pierścień zawieszano na haku. I tak wisiał człowiek, dopóki się nie udusił. A kiedy trwało to zbyt długo, posługiwano się pałką – bardzo przypominającą wielki tłuczek do kartofli – którą rozbijano więźniowi głowę. Pałka ta musiała być często w użyciu, bo z jednej strony była obtłuczona.

                                                                                *

Dzień Bożego Narodzenia wstał bezchmurny i zimny; rozkoszna pogoda do zabijania Niemców, chociaż myśl ta zdawała się być nieco sprzeczna z duchem tego dnia.

Ohrdruf

Ohrdruf. Miejscowość o nazwie, która aż drapie w gardle. Od roku 1695, przez pięć lat, mieszkał tam geniusz niemieckiej muzyki Jan Sebastian Bach. W wieku dziewiętnastym miasteczko było znane z produkcji zabawek. W czasie 2 wojny światowej powstał tam obóz pracy przymusowej, Zwangsarbeitslager „Ohrdruf”, pierwszy z wyzwolonych przez wojska amerykańskie (31 marca 1945). Naczelny dowódca sił alianckich, generał Dwight D. Eisenhower, rozkazał wykonać jak najwięcej zdjęć, zebrać dokumentację możliwie jak najbogatszą oraz przymusowo zabrać do obozu niemiecką ludność z okolic, by stali się świadkami przerażającej zbrodni. Nakazał im nawet grzebanie zmarłych. Swoją decyzję wyjaśnił prosto i jednoznacznie:” Żeby zebrać jak najwięcej dowodów, filmów, zeznań świadków, ponieważ nadejdzie dzień, kiedy jakiś skurwysyn na pewno powie, że to się nigdy nie wydarzyło.” Miał rację. Wystarczyło zaledwie pół wieku, by świat zapomniał.

Fragment relacji generała George`a S. Pattona z obozu w Ohrdrufu: W pobliskiej szopie leżało czterdzieści kompletnie nagich trupów w ostatnim stadium wychudzenia. Ciała były lekko spryskane wapnem, widocznie nie w celu ich zniszczenia, lecz dla zabicia odoru. Wapno jest bardzo mało skutecznym środkiem, jeśli o to chodzi. Według moich obliczeń szopa mogła pomieścić około dwustu trupów. Powiedziano nam, że pozostawiano tam ciała, dopóki szopa się nie wypełniła, po czym je zabierano i grzebano; od 1 stycznia 1945 roku, jak powiadali więźniowie, zabrano z tej szopy i pogrzebano około 3000 ludzi. Kiedy nasze wojska zbliżały się do Ohrdrufu, Niemcy uznali, że lepiej będzie, jeśli usuną dowody swoich zbrodni. Kazali więc więźniom odkopać dopiero co pogrzebane ciała i zbudować coś w rodzaju gigantycznego rusztu z 60-centymetrowych szyn kolejowych ułożonych na fundamencie z cegły. Na rusztowaniu ułożono trupy usiłując je spalić. Ale to się nie udało. Chcąc nie chcąc nasuwała się myśl o jakimś gigantycznym obrządku pieczenia mięsa u ludożerców. Z dołu, częściowo wypełnionego zieloną wodą, wystawały ramiona, nogi i inne części ciał ludzkich.

Europa to Niemcy

Bliskie proroctwa słowa S. Màrai z „Dzienników 1957-1966”: Europa to Niemcy, i jeśli Niemcy uświadomią sobie, że Zachód (Ameryka) pozostawiła ich na łasce losu, będą się zbliżać do Rosjan, mówiąc, że skoro narodowy socjalizm nie wyszedł, to może wyjdzie zamiast niego narodowy bolszewizm.

Niemcy i Historia

Wywiad ze Stephanem Lehnstaedt, profesorem w prywatnej uczelni Touro College w Berlinie, który specjalizuje się w badaniach nad Holokaustem. Wspomina o mało znanej, dość rzadko wspominanej, ale znaczącej wpadce prezydenta Niemiec. Roman Herzog, w wywiadzie prasowym przed wizytą w Polsce, pomylił powstanie warszawskie z … powstaniem w getcie warszawskim. O powstaniu w getcie wiedział, natomiast nie miał najmniejszego pojęcia o powstaniu warszawskim. Nigdy o tym nie słyszał. I od tego czasu nie zmieniło się praktycznie nic. Holokaust jest obecny w niemieckiej historii, znajduje się w programie szkolnym. Inne ofiary niemieckiego barbarzyństwa i okrucieństwa są dyskretnie przemilczane. Lehnstaedt nie wyjaśnia powodów, ale wyjaśnia mechanizm – nauczyciele mają na narodowy socjalizm trzy tygodnie w klasie IX niemieckiej szkoły. Omawia się dojście Hitlera do władzy w 1933 r., antyżydowski pogrom w 1938 roku oraz Auschwitz. Inne tematy prawie nie istnieją. Powstanie Warszawskie też nie. Niemcy nie znają naszej historii. Niestety, nie znają też własnej. I nie chcą znać.

Rekord

Jak pisze na łamach czasopisma „Science Advances” prof. Levy Stone z uniwersytetu w Tel Awiwie, prawie jedna czwarta z 6 mln Żydów zamordowanych przez Niemców w latach 1939 – 1945 zgładzonych zostało w ciągu stu dni, tylko stu dni: od sierpnia do października 1942 r. I bodaj nikt nigdy nie zdołał pobić tego rekordu okrucieństwa. Nie mówcie mi o Bachu i Beethovenie – ich muzyka jest równie precyzyjna i efektywna.