Maria Morska

Wyobraźmy sobie banalny trójkąt – ona, jej mąż, jej kochanek. Nic takiego o czym warto pisać, motyw trójkąta miłosnego był w literaturze światowej wykorzystywany często i skwapliwie i ten też można byłoby spokojnie pominąć milczeniem, gdyby nie to, że wymyśliło go życie, świetny pisarz, choć szalony i tak bardzo przekonany o swojej genialności, że nigdy nie dba o takie drobiazgi jak prawdopodobieństwo. A więc trójkąt: ona, jej mąż i kochanek. Czas akcji: Druga Wojna Światowa. Miejsce: ówczesna Polska. Brzmi to mniej banalnie? Zapewne tak, ale czy już wystarczająco, by o tym opowiadać? Chyba nie, banał wciąż jeszcze ma się dobrze. Dołóżmy więc do tego, że dramatis personae są pochodzenia żydowskiego, a tego, co to znaczy w tej sytuacji chyba nikomu jeszcze objaśniać nie trzeba. Teraz jest lepiej i już może budzić naszą ciekawość. Kim są więc postacie tego ménage à trois?

Ona to Maria Morska.  Pojawia się na kartach powieści zwanej życiem tuż przed końcem XIX wieku w Kaliszu. Wtedy nazywa się Maria Frenkiel. Wczesne lata w szkole w Broadstairs w Anglii, po powrocie do Polski kariera sceniczna najpierw w teatrze w Krakowie, następnie w Lublinie. Po przeprowadzce do Warszawy związuje się ze Skamandrytami i szybko staje się ich muzą. Kilka lat przed wybuchem wojny pojawia się w jej życiu lekarz Herman Rubinraut. Ich romans, mniej czy bardziej banalny, jak większość romansów, przebierze całkiem inną postać wraz z wybuchem wojny. Po inwazji niemieckiej we wrześniu 1938 roku, Maria z doktorem Rubinrautem ucieka do Lwowa. Przebywa tam również jej mąż, Bronisław Knaster, wybitny matematyk, związany z tamtejszym uniwersytetem. Wszyscy są zagrożeni – mają pochodzenie żydowskie, muszą się ukrywać. Maria z kochankiem znajduje schronienie w domu swojej znajomej. Kryjówka ich – według opisu Ireny Krzywickiej – mieściła się w spiżarni przy kuchni i była rodzajem alkowy „bez okna, nawet dość obszernej, do której wejście dało się całkowicie zastawić czterodrzwiową szafą tak, że nikt by się nie domyślił, że za nią znajduje się wolna przestrzeń”.  

Po kilku tygodniach w mieszkaniu znajomej, pytając o żonę, pojawia się Bronisław Knaster. Gospodyni z początku nie zamierza wyjawić prawdy, ale poruszona wynędzniałym wyglądem matematyka w końcu prowadzi go do kuchni i wystukuje na drzwiach szafy umówiony znak. Morska wyszła, szlochając, uścisnęła męża, a gospodyni zgodziła się, by i on zamieszkał w kryjówce. Krzywicka tak opisuje fragment ich wspólnego życia: „W ciasnym pokoiku, bez okna, dwa łóżka. Na jednym mąż, na drugim żona z kochankiem. Albo może przeciwnie. Skazani na siebie bez możliwości ucieczki. Mąż kochał żonę, żona kochała obu mężczyzn, kochanek nienawidził obojga”.

Jeśli wierzyć Krzywickiej, między mężczyznami często dochodziło do bójek, ale ponieważ bali się denuncjacji sąsiadów, więc bili się w milczeniu. W takich chwilach Morska „broniła własnym ciałem bardziej zagrożonego i z kolei gryzła i kopała napastnika. Potem następowały okresy przygnębienia i spokoju”. Życie w zamknięciu, ciągłym stresie i poczuciu zagrożenia wyniszczało ich psychikę. Knaster „przestał sypiać. Całymi nocami chodził tam i z powrotem po ciasnej klitce, mówiąc coś niezrozumiałego do siebie. Wedle Krzywickiej Morska starała się spędzać czas na podłodze. Rubinraut postanowił przetrwać do końca wojny za wszelką cenę, ale jako najmłodszemu ciążyła mu wstrzemięźliwość seksualna. Kiedy go „nachodziło”, domagał się brutalnie miłości, groził awanturą, tym,  że wymknie się z domu, pójdzie na gestapo, doniesie, a w zamian za donos uratują mu życie. Udało mu się czasem, ku przerażeniu pozostałych, wymknąć z domu o zmierzchu i zdobyć gdzieś wódkę albo bimber. Pił wtedy, awanturował się, groził jeszcze bardziej. Trzeba go było wspólnymi siłami obezwładnić, niemal kneblować usta, czasem przywiązywać do łóżka. By udobruchać kochanka, Morska unikała intymnych kontaktów z mężem, który starał się godnie znaleźć w sytuacji w której godność nie miała prawa istnienia. Chcąc nie chcąc, musiał jednak znosić nie tylko ataki furii Rubinrauta, ale również widok żony w ramionach innego mężczyzny. I zdarzało się wtedy, jak pisze Krzywicka, że Knaster szalał, groził, że udusi oboje i sam zagłodzi się na śmierć lub podetnie sobie żyły.

Na dodatek jeszcze w Morskiej kochała się gospodyni mieszkania i żądała, by w ciągu dnia opuszczała kryjówkę i spędzała z nią czas. Nie była to pierwsza miłosna relacja z kobietą w życiu Morskiej. W 1925 r. podczas wyjazdu na południe Francji pomiędzy nią a Anną Iwaszkiewiczową, żoną Jarosława, wybuchło, jak się zdaje, dość namiętne uczucie. Nic nie wiadomo o innych damsko-damskich związkach Morskiej, natomiast Krzywicka sugeruje wyraźnie, że właścicielka lwowskiego mieszkania była dawną kochanką Morskiej. I zgodziła się ją przyjąć pod swój dach (nawet razem z jej kochankiem i mężem) w nadziei na obudzenie dawnej namiętności. Współczuła Morskiej koszmaru stałego przebywania z kochankiem i mężem, ale jednocześnie nie była wolna od uczucia triumfu. Maria, pisze Krzywicka, łatwiej teraz znosiła jej pieszczoty niż pieszczoty któregokolwiek z mężczyzn. Więcej też nocy spędzała w łóżku przyjaciółki, aby uciec od piekielnej atmosfery panującej w alkowie. To, co się liczyło, to tylko chwilowa bodaj ucieczka od zatęchłego schowka, gdzie jeszcze – na domiar upokorzenia – trzeba było postawić nocnik, służący wszystkim trojgu. Niepodobna było zbyt często odsuwać szafy. Tego rodzaju wielokrotne odsuwanie mogło wzbudzić podejrzenia któregokolwiek z sąsiadów.

Morska, choć emocjonalnie silniejsza od ukrywających się wraz z nią mężczyzn, w takich warunkach często doznawała zapaści psychicznych. Czuła się jednak odpowiedzialna za ich życie, z fałszywymi papierami wychodziła na miasto i załatwiała jedzenie; potrafiła iść piechotą osiem kilometrów na wieś, by odwiedzić ukrywających się tam przyjaciół męża. Tleniła im też włosy, by również mogli wychodzić na spacery. Knaster – w przeciwieństwie do Rubinrauta – wychodził chyba często, skoro przez niemal trzyletni okres okupacji niemieckiej Lwowa zapisany był jako karmiciel wszy potrzebnych do badań laboratoryjnych w Instytucie Przeciwtyfusowym prof. Rudolfa Weigla. Miał zatem wiele okazji, by opuścić wspólną kryjówkę, w której gnieździł się z żoną i Rubinrautem, a jednak tego nie zrobił. Być może uważał, że legitymacja wydana przez prof. Weigla – żółty ausweis z niebieskim paskiem i pieczątką Institut für Fleckfieber – nie gwarantuje mu pełnego bezpieczeństwa.
Obijali się więc wszyscy troje – pisała Krzywicka – o ściany alkowy jak dzikie zwierzęta o kraty klatki. Właściwie było wyjście, wymknąć się któregoś wieczora, pójść za miasto, odebrać sobie życie w jakimś rowie i niech sobie Niemcy szukają tożsamości trupów. Morska wielokrotnie prosiła gospodynię o załatwienie trucizny, ale ta za każdym razem odmawiała. Wszystko więc współistniało razem: picie, bójki, przyjaźń, nienawiść, mówienie od rzeczy i do rzeczy, milczenie, miłość… Miłość okazała się najmniej trwała.
Życie nie tylko stwarza losy. Czasem je wymyśla. I czyni to jakby od niechcenia.