Epitafium dla tanga

Widziałem tango w wykonaniu pary młodych mężczyzn. Była w tym tańcu proporcja, miara i dynamika, ale nie było w tym tanga. Tango w wykonaniu dwóch mężczyzn przypomina to, co w językoznawstwie określa się słowem pleonazm, to masło maślane. Tango bowiem to coś nieporównywalnie więcej niż tylko myśl, którą się tańczy. Tango to spotkanie dwóch różnych płci, dwóch odmiennych światów, dwóch obcych kosmosów, to spotkanie in i jang, dnia i nocy, ciepła i chłodu, bieli i czerni, które – godząc sprzeczności, ale nigdy ich nie zacierając – pragną uwięzić ogień i wodę w jednym geście. I musi to być miłosny gest. Tango to próba pochwycenia cienia, tragiczna opowieść o nieosiągalnym. Tango jest tragiczne, tak jak i życie jest tragiczne. I tak samo jak życie składa się z przeciwieństw.  

W tangu zawsze prowadzi tylko jedna osoba. Tango wymaga więc, by bezgranicznie zaufać i podporządkować się partnerowi. Mężczyzna – silny, wyprostowany, pewny siebie – inicjuje gest, otwierając przed kobietą przestrzeń, którą ona dopełnia i przyozdabia. I nie potrzebuje ona otwierać oczu, bowiem jej ciało bezbłędnie słyszy, dokąd zdążają. Tango zachwyca nie tylko pięknem i harmonią, ale i jawną, prowokującą zmysłowością, tą nieodpartą, pierwotną siłą, której nie mogą oprzeć się tańczący i która więzi i zachwyca widzów. Maria Nieves Rego, jedna z najsłynniejszych tancerek tanga, powiedziała kiedyś, że w tangu do mężczyzny należy myślenie o każdym kroku, a ona może – pewna siebie i swobodna – „roztopić się w zmysłach i marzeniu.” Tancerze tanga to kochankowie, którzy pochodzą z różnych światów.

Tango w wykonaniu dwóch mężczyzn może być tańcem, ale nigdy nie uzyska żarliwości i siły, które rodzi jedynie niestała jedność przeciwieństw.

Syndrom berserków

Właściwie wiemy o tym od dawna, może nawet od zawsze, ale obecnie uzyskaliśmy naukowe dowody na to, że nasz mózg nie jest żadną racjonalną maszyną. Ostatnie badania przy użyciu rezonansu magnetycznego potwierdziły, że w stanie tzw. zakochania nasza kora czołowa – odpowiedzialna między innymi za logiczne myślenie i ocenianie innych – jest kompletnie nieaktywna, śpi, strajkuje, wyjeżdża na urlop, uprawia zenistyczną medytację i nie życzy sobie, by jej przeszkadzać. Potwierdza się więc mocno już wyświechtane powiedzenie, że miłość jest ślepa, ślepa niczym kret, a może nawet bardziej, bo kret odróżnia jednak światło od ciemności. W każdym bądź razie wobec tych, których obdarzamy uczuciami, jesteśmy zdecydowanie mniej surowi i krytyczni. Badania potwierdziły również, że stan zakochania deaktywuje, a nawet całkowicie wyłącza te obszary w mózgu, które odpowiadają za kontrolę emocji negatywnych, choćby takich jak strach, co powoduje, że zakochani potrafią być odważni do szaleństwa. W stanie zakochania przypominamy więc dawnych skandynawskich berserków: idealne bezmózgowie wspomagane szaleńczą odwagą. Jak nam udaje się to przeżyć?! A przynajmniej niektórym z nas.

Miłość

Miłość, uciekinier z puszki Pandory, dyskretnie podrzucony przegranym i biedakom. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby się na to narażać? Zwłaszcza, iż od dawna wiadomo, że nie jest to pojedynek do wygrania. Miłość „łamie golenie”, jak ongiś mawiano, miłość jest destrukcyjna, nie respektuje niczego i nie dba o nic. Niegdyś ludzie pobierali się powodując się rozsądkiem i potem żyli ze sobą wiele lat, przeważnie całe życie. Rozsądek jest bardzo zręcznym dyplomatą, a wspólne życie właśnie tego wymaga. Dzisiaj wszyscy chcą być namaszczeni przez miłość i rzadko potem wytrzymują ze sobą dłużej niż od wiosny do zimy.

Paradoks tygrysa

Żeby zrozumieć, czym jest prawdziwa miłość, spróbuj wyobrazić sobie dwoje ludzi, którzy trzymają na arkanach głodnego tygrysa. Są bezpieczni tylko wówczas, gdy stoją naprzeciwko siebie, każde po swojej stronie, i napinają linę z jednakową siłą. Znajdujący się między nimi głodny tygrys dzieli ich, ale i łączy. I nie mogą ani poluźnić ani upuścić liny, bo wtedy tygrys ich zje.

Znak i znaczenie

Wszyscy wiemy, że w dawnych czasach do oświetlania teatrów w czasie spektaklu używano świec, to wiemy, ale nie wiemy o tym, że pociągało to za sobą cały szereg następstw: choćby to na przykład, że czas spalania się świec decydował o długości spektaklu, że do ich przycinania w trakcie przedstawienia zatrudniano specjalne osoby, że wymieniano je w antraktach, gdy wietrzono sale, bo teatry ówczesne nie posiadały systemów wentylacyjnych, etc.

Cała nasza „wiedza” o przeszłości jest równie płytka, powierzchowna i zwodnicza. Znamy nazwy, pojęcia i wyrażenia, używamy takich słów jak hipodrom, Juliusz Cezar, sankiuloci, sztuka minojska, termy, Mozart, i przyjmujemy, że to, co o tym wiemy, jest zgodne z tym, czym to było. Ale słowa te są zaledwie bladym cieniem tego, co wyrażały kiedyś i właściwie nie mówią nic prawdziwego o hipodromie, termach, Cezarze czy sankiulotach. Możemy próbować wyobrazić sobie, ale nawet w naszym wyobrażeniu nigdy nie zdołamy zbliżyć się dostatecznie blisko do tego, czym w istocie był tamten teatr, teatr oświetlany świecami ze stearyny czy parafiny, pozbawiony wentylacji, przesycony wonią niezbyt świeżych sukien i ciał, brylantyny i naftaliny, pomady orzechowej, pudru, ateńskiej wody i silnych, piżmowych perfum. Znaki zmieniły znaczenia. Kiedyś sądziłem, że z tymi, którzy żyli przed nami, możemy dzielić się jedynie uczuciami, że tylko uczucia są nam wspólne i ponadczasowe, i że zawsze, niezależnie od miejsca i epoki, znaczyły to samo. Dzisiaj i tego nie jestem już pewien i nikogo nie usiłowałbym przekonać, że to, co łączyło Kleopatrę i Antoniusza było tym, co ja, żyjący ponad dwa tysiące lat po nich, nazywam miłością.   

Chamfort

Niezrównany Chamfort: Pytano pana N., czemu natura uczyniła miłość niezależną od rozumu. „Dlatego, że natura myśli jedynie o gatunku i dla utrwalenia go nie potrzebuje naszych głupstw. Jeśli, będąc pijany, zbliżę się do służącej w karczmie albo do ladacznicy, cel natury może być równie dobrze spełniony, co gdybym zdobył Klaryssę po dwóch latach starań; podczas gdy rozum ochroniłby mnie od pomywaczki, od ladacznicy, a nawet może od Klaryssy. Gdyby się radzić tylko rozumu, któryż człowiek chciałby być ojcem? Ciąża i gotować sobie tyle zgryzot na tak długo? Któraż kobieta dla parominutowego spazmu chciałaby się narazić na rok choroby? Odbierając nam rozum, natura lepiej utrwala swoje panowanie i oto czemu zrównała pod tym względem Zenobię i pomywaczkę, Marka Aureliusza i jego parobka”.

Maria Morska

Wyobraźmy sobie banalny trójkąt – ona, jej mąż, jej kochanek. Nic takiego o czym warto pisać, motyw trójkąta miłosnego był w literaturze światowej wykorzystywany często i skwapliwie i ten też można byłoby spokojnie pominąć milczeniem, gdyby nie to, że wymyśliło go życie, świetny pisarz, choć szalony i tak bardzo przekonany o swojej genialności, że nigdy nie dba o takie drobiazgi jak prawdopodobieństwo. A więc trójkąt: ona, jej mąż i kochanek. Czas akcji: Druga Wojna Światowa. Miejsce: ówczesna Polska. Brzmi to mniej banalnie? Zapewne tak, ale czy już wystarczająco, by o tym opowiadać? Chyba nie, banał wciąż jeszcze ma się dobrze. Dołóżmy więc do tego, że dramatis personae są pochodzenia żydowskiego, a tego, co to znaczy w tej sytuacji chyba nikomu jeszcze objaśniać nie trzeba. Teraz jest lepiej i już może budzić naszą ciekawość. Kim są więc postacie tego ménage à trois?

Ona to Maria Morska.  Pojawia się na kartach powieści zwanej życiem tuż przed końcem XIX wieku w Kaliszu. Wtedy nazywa się Maria Frenkiel. Wczesne lata w szkole w Broadstairs w Anglii, po powrocie do Polski kariera sceniczna najpierw w teatrze w Krakowie, następnie w Lublinie. Po przeprowadzce do Warszawy związuje się ze Skamandrytami i szybko staje się ich muzą. Kilka lat przed wybuchem wojny pojawia się w jej życiu lekarz Herman Rubinraut. Ich romans, mniej czy bardziej banalny, jak większość romansów, przebierze całkiem inną postać wraz z wybuchem wojny. Po inwazji niemieckiej we wrześniu 1938 roku, Maria z doktorem Rubinrautem ucieka do Lwowa. Przebywa tam również jej mąż, Bronisław Knaster, wybitny matematyk, związany z tamtejszym uniwersytetem. Wszyscy są zagrożeni – mają pochodzenie żydowskie, muszą się ukrywać. Maria z kochankiem znajduje schronienie w domu swojej znajomej. Kryjówka ich – według opisu Ireny Krzywickiej – mieściła się w spiżarni przy kuchni i była rodzajem alkowy „bez okna, nawet dość obszernej, do której wejście dało się całkowicie zastawić czterodrzwiową szafą tak, że nikt by się nie domyślił, że za nią znajduje się wolna przestrzeń”.  

Po kilku tygodniach w mieszkaniu znajomej, pytając o żonę, pojawia się Bronisław Knaster. Gospodyni z początku nie zamierza wyjawić prawdy, ale poruszona wynędzniałym wyglądem matematyka w końcu prowadzi go do kuchni i wystukuje na drzwiach szafy umówiony znak. Morska wyszła, szlochając, uścisnęła męża, a gospodyni zgodziła się, by i on zamieszkał w kryjówce. Krzywicka tak opisuje fragment ich wspólnego życia: „W ciasnym pokoiku, bez okna, dwa łóżka. Na jednym mąż, na drugim żona z kochankiem. Albo może przeciwnie. Skazani na siebie bez możliwości ucieczki. Mąż kochał żonę, żona kochała obu mężczyzn, kochanek nienawidził obojga”.

Jeśli wierzyć Krzywickiej, między mężczyznami często dochodziło do bójek, ale ponieważ bali się denuncjacji sąsiadów, więc bili się w milczeniu. W takich chwilach Morska „broniła własnym ciałem bardziej zagrożonego i z kolei gryzła i kopała napastnika. Potem następowały okresy przygnębienia i spokoju”. Życie w zamknięciu, ciągłym stresie i poczuciu zagrożenia wyniszczało ich psychikę. Knaster „przestał sypiać. Całymi nocami chodził tam i z powrotem po ciasnej klitce, mówiąc coś niezrozumiałego do siebie. Wedle Krzywickiej Morska starała się spędzać czas na podłodze. Rubinraut postanowił przetrwać do końca wojny za wszelką cenę, ale jako najmłodszemu ciążyła mu wstrzemięźliwość seksualna. Kiedy go „nachodziło”, domagał się brutalnie miłości, groził awanturą, tym,  że wymknie się z domu, pójdzie na gestapo, doniesie, a w zamian za donos uratują mu życie. Udało mu się czasem, ku przerażeniu pozostałych, wymknąć z domu o zmierzchu i zdobyć gdzieś wódkę albo bimber. Pił wtedy, awanturował się, groził jeszcze bardziej. Trzeba go było wspólnymi siłami obezwładnić, niemal kneblować usta, czasem przywiązywać do łóżka. By udobruchać kochanka, Morska unikała intymnych kontaktów z mężem, który starał się godnie znaleźć w sytuacji w której godność nie miała prawa istnienia. Chcąc nie chcąc, musiał jednak znosić nie tylko ataki furii Rubinrauta, ale również widok żony w ramionach innego mężczyzny. I zdarzało się wtedy, jak pisze Krzywicka, że Knaster szalał, groził, że udusi oboje i sam zagłodzi się na śmierć lub podetnie sobie żyły.

Na dodatek jeszcze w Morskiej kochała się gospodyni mieszkania i żądała, by w ciągu dnia opuszczała kryjówkę i spędzała z nią czas. Nie była to pierwsza miłosna relacja z kobietą w życiu Morskiej. W 1925 r. podczas wyjazdu na południe Francji pomiędzy nią a Anną Iwaszkiewiczową, żoną Jarosława, wybuchło, jak się zdaje, dość namiętne uczucie. Nic nie wiadomo o innych damsko-damskich związkach Morskiej, natomiast Krzywicka sugeruje wyraźnie, że właścicielka lwowskiego mieszkania była dawną kochanką Morskiej. I zgodziła się ją przyjąć pod swój dach (nawet razem z jej kochankiem i mężem) w nadziei na obudzenie dawnej namiętności. Współczuła Morskiej koszmaru stałego przebywania z kochankiem i mężem, ale jednocześnie nie była wolna od uczucia triumfu. Maria, pisze Krzywicka, łatwiej teraz znosiła jej pieszczoty niż pieszczoty któregokolwiek z mężczyzn. Więcej też nocy spędzała w łóżku przyjaciółki, aby uciec od piekielnej atmosfery panującej w alkowie. To, co się liczyło, to tylko chwilowa bodaj ucieczka od zatęchłego schowka, gdzie jeszcze – na domiar upokorzenia – trzeba było postawić nocnik, służący wszystkim trojgu. Niepodobna było zbyt często odsuwać szafy. Tego rodzaju wielokrotne odsuwanie mogło wzbudzić podejrzenia któregokolwiek z sąsiadów.

Morska, choć emocjonalnie silniejsza od ukrywających się wraz z nią mężczyzn, w takich warunkach często doznawała zapaści psychicznych. Czuła się jednak odpowiedzialna za ich życie, z fałszywymi papierami wychodziła na miasto i załatwiała jedzenie; potrafiła iść piechotą osiem kilometrów na wieś, by odwiedzić ukrywających się tam przyjaciół męża. Tleniła im też włosy, by również mogli wychodzić na spacery. Knaster – w przeciwieństwie do Rubinrauta – wychodził chyba często, skoro przez niemal trzyletni okres okupacji niemieckiej Lwowa zapisany był jako karmiciel wszy potrzebnych do badań laboratoryjnych w Instytucie Przeciwtyfusowym prof. Rudolfa Weigla. Miał zatem wiele okazji, by opuścić wspólną kryjówkę, w której gnieździł się z żoną i Rubinrautem, a jednak tego nie zrobił. Być może uważał, że legitymacja wydana przez prof. Weigla – żółty ausweis z niebieskim paskiem i pieczątką Institut für Fleckfieber – nie gwarantuje mu pełnego bezpieczeństwa.
Obijali się więc wszyscy troje – pisała Krzywicka – o ściany alkowy jak dzikie zwierzęta o kraty klatki. Właściwie było wyjście, wymknąć się któregoś wieczora, pójść za miasto, odebrać sobie życie w jakimś rowie i niech sobie Niemcy szukają tożsamości trupów. Morska wielokrotnie prosiła gospodynię o załatwienie trucizny, ale ta za każdym razem odmawiała. Wszystko więc współistniało razem: picie, bójki, przyjaźń, nienawiść, mówienie od rzeczy i do rzeczy, milczenie, miłość… Miłość okazała się najmniej trwała.
Życie nie tylko stwarza losy. Czasem je wymyśla. I czyni to jakby od niechcenia.

Ivo Andrić

Ivo Andrić „Przydrożne znaki”: Ludzie, którzy kochają w sposób czysty i bezgraniczny, z trudem godzą się z myślą, że wokół nich cokolwiek się zmienia, zwłaszcza zaś przedmiot ich miłości. Tacy ludzie miarami wieczności mierzą przemijające i zmienne zjawiska wokół siebie. Śmiałość ich zostaje jednak nagrodzona, bo wszystko dookoła nich wydaje się im wieczne i nie podlegające zmianie; z tym cudownym złudzeniem są w stanie przepędzić i zakończyć swoje ziemskie bytowanie, wyzwoleni od największego ludzkiego zła, grozy przemijania. 

Casus Agnieszka Holland

To straszne, ile nieszczęść może spaść na jedną jedyną osobę. Panią Agnieszkę Holland, sumienie intelektualnej słowiańszczyzny, nie tak dawno temu zawiedli Polacy, głosując w wyborach zdecydowanie nie tak, jak ona sobie tego życzyła. Teraz kolejna miłość Agnieszki Holland, Anglicy, brutalnie zignorowali jej uczuciowe deklaracje i umizgi, bezmyślnie oddając swoją rękę „niechlujnemu narcyzowi”, jak go, doprowadzona do rozpaczy, Agnieszka określiła w swoim pożegnalnym manifeście opublikowanym na łamach „Guardiana” – w nocy z 31 styczna na 1 lutego definitywnie wzięli rozwód z Unią Europejską, perfidnie pogrążając panią Holland w rozpaczy i łzach.

Swoją drogą trzeba mieć nie lada tupet, by sądzić, że posiadło się wyłączność na słuszne poglądy polityczne i monopol na prawdę. Z drugiej strony istnieją również okoliczności łagodzące i być może nie powinniśmy oceniać jednak pani Agnieszki zbyt surowo. Pani Agnieszka kocha Unię Europejską miłością wielką i żarliwą, a przecież powszechne już wiadomo, że kiedy jesteśmy zakochani kora mózgowa, a więc ta część mózgu, która jest odpowiedzialna za logiczne myślenie i ocenianie jest… nieaktywna. Tak, miłość jest po prostu ślepa, a miłość polityczna bywa także i głucha.

Kochać wszystkich

Kochać wszystkich to nie kochać nikogo. Miłość bez konkretnego oblicza nie jest możliwa. Kochać wszystkich jest jedynie przedłużeniem miłości własnej. Wiemy już od czasów Marata, Robespierre’a i kilku innych oprawców, że „przyjaciele rodzaju ludzkiego” zawsze byli w gruncie rzeczy jego najbardziej zawziętymi prześladowcami.  

Fago

Fago – ciekawe słowo z języka plemienia Ifalik, zamieszkującego małą wyspę koralową wchodzącą w skład Wysp Karolińskich na Pacyfiku. Fago odzwierciedla uczucie, które pojawia się w chwilach, gdy nasza miłość do innego człowieka oraz przekonanie, że ten człowiek nas potrzebuje, staje się tak przytłaczające, że do oczu napływają łzy, a życie wydaje się być kruche i nietrwałe.

Nieodwzajemniona miłość

Francuski muzyk Julien Gauthier od dawna marzył o zwiedzeniu Północno-Zachodnich Terytoriów Kanady. Planował wyprawę niemal trzy lata. 44-letni kompozytor zamierzał nagrywać odgłosy dzikiej przyrody i wykorzystać to podczas tworzenia kolejnego dzieła.

Spełnił swoje marzenie, ale rankiem trzynastego dnia wyprawy zaskoczył go niedźwiedź drapieżnik. Gauthier, ledwo obudzony, nie zdołał uciec. Niedźwiedź zaciągnął go w głąb lasu i niedźwiedzim zwyczajem … rozszarpał.

Dyrektor Orchestre Symphonique de Bretagne, w której pracował Gauthier napisał, że muzyk przez swoją twórczość chciał przekazać słuchaczom swoją miłość i szacunek dla natury. Niestety, najwyraźniej nie wiedział albo zapomniał, że wszelka miłość do natury jest miłością nieodwzajemnioną. Natura nic nie wie ani o miłości ani o szacunku.

Kilka myśli

Krzyże, miecze, pająki, trupie czaszki, smoki, piszczele, motyle, nagie kobiety, płomienie, wilki, znaki chińskie i runiczne, ornamenty roślinne, poroża jeleni, gorejące róże. Między innymi. Tatuaże – to, co ludzie utrwalają na swojej skórze jest adekwatnym wyrazem tego, co noszą w swoim wnętrzu. Kicz i jarmark.

                                                                 ***

Zawsze chętniej wysłuchujemy tych, którzy mają pieniądze niż tych, którzy mają rozum.

                                                                 ***

Ma tak wysoki poziom egoizmu, że skacząc z niego mogłaby się zabić.

                                                                 ***

Są ludzie, którzy nie czytają książek z obawy, że mogłoby to poważnie zagrozić ich ignorancji.

                                                                 ***

Z miłością jest dokładnie jak z duchami – ukazuje się tylko tym, którzy w nią wierzą.

Miłość

Podobno, kiedy patrzymy na obraz zakochanego mózgu prześwietlonego skanerem fMRI, wygląda on jak pofałdowana szachownica. Obszary odpowiadające za namiętną miłość mieszczą się w 12 częściach mózgu, równomiernie rozłożonych po całej powierzchni. Miłość jako gra neuroprzekaźników rozgrywająca się w masie neuronów.

Habituacja

Jesteśmy istotami, które przestają wiedzieć to, na co patrzą, gdy patrzą na to długo. Tak samo reaguje nasz zmysł dotyku, węch, smak, nawet słuch. Jesteśmy ślepi na wszystko to, co nie jest nowością, jesteśmy na to nieczuli. Habituacja to proces utraty zainteresowania dla obiektów, które straciły walor nowości. W ten sposób więdnie, a z czasem całkiem znika ekscytacja naszym partnerem, w ten sposób butwieje miłość, tak rozkłada się uczucie. Habituacja.

 

Wiara

Ludzie, którzy nie są zdolni do prawdziwej miłości, mają do wyboru jedynie wiarę lub ideologię. I tak też wybierają – wiarę lub ideologię. W istocie jednak jest to wybór tylko pozorny, bowiem wiara zawsze staje się ideologią, a ideologie wynaturzają się prędzej czy później i stają się wiarą.