ALBERT EUGENE

Prawdopodobieństwo jest grzecznością losu, jak punktualność jest grzecznością królów. Życie niczym bricoleur gromadzi wszystko, a potem składa z tego najbardziej nieprawdopodobne zdarzenia, losy i przedmioty. Na początku XVIII wieku stworzyło fortepian, porcelanę z kaolinu, Samuela Richardsona, powieść, termometr rtęciowy, wodę sodową, Henry Fieldinga, pióro do pisania i Alberta Eugene`a. Każdy z tych wątków, poza ostatnim, rozwinął się następnie w tysiące innych, które nakładają się na siebie albo tworzą jakieś nowe, fantazyjne konstalacje. O Albercie Eugene niewielu słyszało, los nie okazał mu grzeczności. Jego nazwisko nie figuruje w żadnym leksykonie, nie ma go w encyklopediach, zbieranie informacji o nim to uciążliwa i mozolna kwerenda. W dziesięciotomowym dziele The Lives of the English Poets z 1781 roku wspomina o nim Samuel Johnson – bardzo zdawkowo i nie bez tonu pewnego zażeniowania. Wzmianka dotyczy epigramu Damagetosa, podobno przez Eugene`a przełożonego z greki, choć Johnson poddaje w wątpliwość jego autorstwo. Kilka mało znaczących linijek tekstu poświęca mu również William Makepeace Thackeray w The Book of Snobs, wydanym w 1846 roku. Nieco więcej informacji zawiera dopiero Dictionnaire des assassins, solidna, XIX-wieczna praca wznowiona w 1986 roku przez Èditions Denoel.

Kim był Albert Eugene? Urodził się w 1704 roku w Knarsborough w hrabstwie Yorkshire i podobno od dzieciństwa przejawiał niesłychane zdolności językowe. Wszystkie źródła zgodnie podają, że już mając dwadzieścia lat posługiwał się perfekcyjnie nie tylko francuskim, niemieckim i hiszpańskim, ale również greką, hebrajskim i łaciną. Jego talent i zamiłowanie do języków szły podobno w parze z ogromną pasją i pracowitością. Nigdy nie dowiemy się, w co mogła rozwinąć się opowieść „Albert Eugene” i jakie mogła przybrać formy, bowiem w wieku mniej więcej dwudziestu dwóch lat dopadła go wysoce pospolita i banalna, acz bardzo uciążliwa przypadłość, którą Josè Ortega z Gasset w swoich „Szkicach o miłości” określa jako „przejściowy imbecylizm i psychiczną anginę” – Albert zakochał się. Zakochał się z wzajemnością w pewnej ładnej, młodszej od niego o trzy lata panience z sąsiedztwa. Nie wiemy o niej nic ponad to, że szybko zgodziła się zostać jego żoną, a następnie, rok po roku, przez cztery lata, rodziła dzieci, dwie dziewczynki i dwóch chłopców. Albert, początkowo szczęśliwy, szybko poczuł się pojmany w zastawioną przez samego siebie pułapkę i z przerażeniem obserwował, jak jego przeznaczenie, jego prawdziwa miłość, języki, schodzi na coraz dalszy plan i powoli, acz nieubłagalnie znika. Cały swój wolny czas zmuszony jest poświęcać na nudne zajęcia związane z utrzymaniem wciąż powiększającej się rodziny. Rozpacz, gorycz, bezsilność, złość, rozczarowanie – możemy tylko domyślać się uczuć, które nim targały.

W roku 1730 przychodzi nagła i nieoczekiwana odmiana. Albert zyskuje znaczną sumę pieniędzy (mowa o dwustu czy nawet czterystu funtach), natychmiast porzuca rodzinę, osiedla się najpierw w Nottingham, a w jakiś czas potem przenosi się do Londynu i teraz już bez przeszkód całkowicie oddaje się swojej pasji. Opanowuje kolejne języki, arabski i chaladejski. W 1735 roku otrzymuje posadę guwernera w King`s Lynn w Norfolku, portowym mieście na wschodnim wybrzeżu, w tamtym okresie sennym i spokojnym, bowiem wszystkie morskie szlaki przeniosły się na wybrzeże zachodnie. W tym zaciszu spędza wiele lat, wgryzając się cierpliwie w zawiłości egzotycznych lub zapomnianych języków, pisząc na ten temat rozprawy i studiując naturę, jako że botanika stała się z czasem jego drugą życiową pasją.

Eugene`a próżno także szukać w angielskich słownikach pisarzy i może nic w tym dziwnego, bowiem jest autorem tylko jednej noweli, a raczej rozwiniętego opowiadania „The snuff-box”, wydanego w 1745 roku przez Worcester & Son „House of Books”. Eugene był poliglotą i być może w tej dziedzinie nie miał sobie równych w tamtych czasach, ale pisarzem był miernym. „The snuff-box” jest napisane językiem ornitologa, który bez cienia emocji, pedantycznie i uważnie relacjonuje wygląd, zachowania i rytuały ptaków. Należałoby wybaczyć mu to opowiadanie i przemilczeć je dyskretnie, gdyby nie to, że „The snuff-box” jest czymś więcej niż opowiadaniem.

Protagonistą „The snuff-box” jest William, mężczyzna w średnim wieku, który przybywa do pewnej niewielkiej miejscowości, położonej gdzieś na zachodnim wybrzeżu Anglii. Cel tej wizyty pozostaje niejasny, za to następują wyczerpujące opisy miasteczka, karczmy w której zatrzymał się, ludzi, a głównie przyrody, opisywanej z ogromnym i nużącym znawstwem. Dopiero po kilku stronach zaczynamy podejrzewać, że jego misja nie jest całkiem niewinna, że kryje się za nią jakaś tajemnica. Wkrótce dowiadujemy się, że jej celem jest odzyskanie tabakiery, the snuff-box. Nie wiemy, dlaczego jest to tak ważne, ale William wydaje się być tą myślą tak opętany, jakby od tego zależało jego życie. Piękna tabakiera wykonana z drewna korzenia wrzośca, której wieczko przedstawia Wenus w otoczeniu grupy rozbawionych erosów, wynurzającą się z morskiej piany. Opis tabakiery zajmuje sporo miejsca i jest nieskończenie nudny.

Trzeba mieć wiele cierpliwości, by śledzić ten tekst, kolejne poczyniania Williama, ludzi, których spotyka, samotne wyprawy, które podejmuje codziennie i z których dokładnie nic nie wynika. Jedynym momentem, który wiąże jego zdawałoby się bezsensowne poczynania, jest motyw tajemniczej tabakiery. W końcu zaczynamy pojmować, że stracił ją kiedyś właśnie w tym miejscu i musi ją odzyskać, bowiem ona może stanowić dowód jego winy. Nie wiemy jednak, jakiej winy. Większa część tej noweli jest statyczna i opisowa. Dopiero zakończenie przyśpiesza niepokojem i akcją. Czas upływa, Williamowi zaczyna brakować pieniędzy, tabakiera pozostaje wciąż nieosiągalna jak św. Graal. Wtedy właśnie, w czasie powrotu z jakiejś kolejnej wyprawy spotyka na bezludziu i pustkowiu kilkunastoletnią dziewczynę. Rozpoznaje ją bez trudu. Widywał ją kilkakrotnie w miasteczku w towarzystwie jej ojca, bardzo bogatego kupca. Wykorzystuje szansę. Zwabia dziewczynę do groty, którą odkrył nieco wcześniej, obezwładnia i więzi. Jego celem jest okup. Kolejne strony „The snuff-box” przynoszą opisy zabiegów, by zdobyć okup. Zdobywa go w końcu, ale ani myśli wywiązywać się z umowy – dziewczyna widziała jego twarz, rozpozna go bez wątpienia, musi więc umrzeć. William zrzuca ją ze skały do morza. Po powrocie do karczmy, w pokoju przelicza zdobyte pieniądze raz po raz, i choć powinno być czterysta funtów, za każdym razem wychodzi mu inna suma. Jest zdenerwowany, pot zalewa mu czoło, czuje się oszukany i wściekły, i wtedy sięga do kieszeni i odkrywa, że nie ma w niej tabakiery, pięknej tabakiery wykonanej z drewna korzenia wrzośca, z motywem Wenus na wieczku. Ogarnia go przerażenie, zdaje sobie sprawę, że musi wrócić do groty lub na skałę, bo tylko tam, w czasie szamotaniny ze stawiającą opór dziewczyną, mógł ją zgubić. W tym samym momencie drzwi do jego pokoju rozwierają się z hukiem i w progu widzi przedstawicieli prawa. Na tym kończy się „The snuff-box”, jedyne opowiadanie Alberta Eugene.

Nie kończy się na tym prywatna opowieść Alberta Eugene.  Nie wiemy, czy ta nowela przyniosła mu rozgłos, nie wiemy w jaki sposób kilka jej egzemplarzy zdołało przetrwać do naszych czasów, nie wiemy, czy stworzyły ją jego wyrzuty sumienia czy ich brak. Wiemy natomiast, że w 1748 roku, a więc w 3 lata później zapoznał się z nią sędzia Edward Bulwer-Lytton i nowela ta przypomniała mu sprawę porwania i zamordowania córki bogatego kupca, zdarzenie, które miało miejsce w roku 1730. Porywacza i mordercy nie schwytano nigdy, ale na miejscu zbrodni znaleziono … tabakierę, tabakierę dokładnie opisaną w noweli Alberta Eugene`a. Sędzia Bulwer-Lytton podjął raz jeszcze tę dawno zapomnianą sprawę i zdołał udowodnić, że sprawcą porwania, pobrania okupu i zamordowania dziewczyny był Albert Eugene. 17 kwietnia 1749 roku Alberta powieszono w mieście York, a jego prace i rękopisy spalono. „The snuff-box” jest jedynym śladem po wątku, które życie zaczęło składać w 1704 roku w Knarsborough w hrabstwie Yorkshire.