Drzwi pełnią rolę ruchomej przegrody, służą najogólniej rzecz biorąc do oddzielenia jednego pomieszczenia od drugiego, do wpuszczania do środka świeżego powietrza, a niekiedy do ochrony nas przed powietrzem niezbyt świeżym. Tautologia? Z całą pewnością, ale kiedy myślę o drzwiach w toaletach szwedzkich mieszkań, wydają mi się one być czymś absolutnie zbytecznym i równie staromodnym jak na przykład getry. Entuzjaści szwedzkich filmów zapewne wielokrotnie podziwiali sceny z kimś siedzącym na sedesie, w trakcie defekacji, przy szeroko otwartych drzwiach, zwykle w swobodnej konwersacji z pozostałymi domownikami, i to bez względu na to, czy jest to ktoś obcy czy domownik. Szwedzi mają iście starorzymskie obyczaje toaletowe, choć zarozumiale skłonni są przypisywać tę zasługę wyłącznie sobie.
Niesłusznie. Już starożytni rzymscy użytkownicy latryn prowadzili w tym miejscu intensywne życie towarzyskie. W dawnym Rzymie miejsca te nie zapewniały ani odrobiny prywatności, nie dzieliło je najmniejsze nawet przepierzenie, ich użytkownicy siedzieli tuż obok siebie, niemal ramię przy ramieniu. Korzystanie z toalety domowej też niczego nie zmieniało. Zwykle uplasowane były w kuchni, a więc i tu należało liczyć się z obecnością wielu innych osób, które w danym momencie pracowały w niej albo spożywały posiłek. O najmniejszym odosobnieniu nie było nawet mowy. Rzymianom nie przeszkadzało to zresztą, ich nosy były uodpornione na smród czy mało przyjemne zapachy. Nad dumnym i potężnym Rzymem, stolicą ówczesnego świata, nieustannie unosił się skondensowany smród tysiąca wszechobecnych szamb, śmietników, kadzi z moczem i porażający nozdrza odór z kanałów odprowadzających do rzeki nieczystości z domów i ulic. Słynna rzymska Cloaca Maxima w pierwszych stuleciach biegła dokładnie przez centrum miasta, w tym przez środek słynnego Forum, i aż do II wieku p. n. e. pozostawała całkowicie otwarta.