Termy czy hammam

Wiele rzymskich instytucji budziło pożądanie germańskich najeźdźców, jednak łaźnie do nich z całą pewnością nie należały. Barbarzyńskim ideałem była kąpiel w zimnym strumieniu, nie mająca wiele wspólnego z higieną. Ze wszystkich relacji, które przetrwały z tamtych czasów wynika, że Germanie śmierdzieli, śmierdzieli odrażająco, zwłaszcza, że do fryzowania włosów z upodobaniem używali zjełczałego masła. Po upadku Rzymu termy, lekceważone przez germańskich zdobywców i potępiane przez chrześcijan, szybko więc popadły w ruinę i w końcu – przynajmniej w Europie Zachodniej – zostały całkowicie zapomniane. Przetrwały jedynie we wschodniej części Cesarstwa. Wiemy, że jeszcze w VI wieku Aleksandria wydawała niemal jedną trzecią swego rocznego budżetu na ich ogrzewanie. Natomiast w rejonach ścierania się wpływów chrześcijańskich, rzymskich i islamskich, termy przekształciły się w rzymsko-arabską hybrydę: znikł teren do ćwiczeń, a miejsce frigidarium zajęło pomieszczenie do towarzyskich spotkań, dając miejsce czemuś, co stanowiło skrzyżowanie szatni z salonem. I właśnie ta hybryda, zaadaptowana przez Turków, przybyszy z Azji Środkowej, którzy natrafili na nią w miastach bizantyjskich Azji Mniejszej oraz w Egipcie i Syrii, przekształciła się z wolna w hammam, okaleczoną wersję rzymskich term, z czasem zyskując w Europie dumne miano łaźni tureckiej. W świadomości większości Europejczyków do dzisiaj zresztą pokutuje błędne przekonanie, że to Turcy, najeźdźcy z  terenów położonych gdzieś między Morzem Kaspijskim na zachodzie a Chinami na wschodzie, z regionów suchych i bezleśnych stepów, obdarzyli nas dobrodziejstwem łaźni podczas, gdy jedyną ich zasługą było to, że zawłaszczyli starorzymskie termy. Ale mimo wszystko jest to zasługa, bowiem w ten nieco ironiczny sposób po stuleciach powróciła do Europy stara rzymska tradycja mycia się i higieny.

Erynie i wymiar sprawiedliwości

Mitologiczny matkobójca Orestes. Starożytna Grecja nie znała zbrodni bardziej ohydnej i niewybaczalnej niż matkobójstwo. Zgodnie z tradycją Orestes powinien był więc zostać zaszczuty na śmierć przez erynie, boginie zemsty i kary, zwane też z enigmatycznych powodów Eumenidami, czyli Życzliwymi. Ale w tym przypadku nic takiego nie ma jednak miejsca, jak wiemy, bowiem na wskutek ostrej interwencji Apolla, ministra olimpijskiej dyplomacji, Orestes został uniewinniony od tego przerażającego czynu i erynie, pokornie podkuliwszy swoje sucze ogony, posłusznie odstępują od wykonania zwykłych dla nich obowiązków. Jest to typowy przykład ingerencji w wymiar sprawiedliwości w wydaniu starożytnym, erynie zostają tym samym zlekceważone i zmanipulowane, zalecono im zastosowanie taryfy ulgowej wobec zbrodniarza, Apollo groźnie pokiwał wskazującym paluchem i zmarszczył brwi. Posłusznie wypełniły jego wolę, choć – dla zachowania pozorów – podaje się gdzieniegdzie, iż uczyniły to wyjątkowo niechętnie. Precedens został już jednak ustanowiony. Zakres naszej ludzkiej wolności powiększył się o możliwość bezkarnego mordowania własnych matek, gdy tylko wymagają tego względy polityczne. Dowiedzieliśmy się też, że nawet erynie są przekupne. Ot, boskie marionetki. Od tego incydentu zresztą te odziane na czarno staruchy o wężowych splotach na głowach, dzierżące w rękach pochodnie i bat, przestają być straszne, tracą cały autorytet i powoli rozpływają się w mitycznych mrokach.

Dla Rzymian ojcobójstwo lub matkobójstwo również było czynem niewiarygodnym i przerażającym, choć ich furie, wzorowane zresztą na greckich eryniach, nigdy nie miały aż takiego znaczenia. Rzymianie za takie czyny mieli inny rodzaj kary. Była to tzw. kara worka, poena cullei. Polegała ona na zaszyciu skazanego w skórzanym worku wraz ze zwierzętami (pies, kogut, małpa i wąż) i wrzuceniu worka do morza. Według Plutarcha w pierwszych sześciu wiekach istnienia Rzymu podobne zdarzenie nigdy jednak nie miało miejsca. Poena cullei było nie tyle może karą, co przede wszystkim aktem oczyszczenia, który miał uwolnić lokalną społeczność od skazy, jaką zabójca ściągnął na wszystkich swą zbrodnią. Nie była stosowana zbyt często i nawet niechętnie o tym mówiono, ale pamięć o tej karze jeszcze długo była żywa. Ciekawe zdarzenie miało miejsce po zamordowaniu przez Nerona swojej matki, Agryppiny. Mieszkańcy Rzymu dali wówczas wyraz swemu oburzeniu: tłum w nocy zarzucił worek na pomnik cesarza. Była to aż wyraźna aluzja do tego, jak powinien być ukarany.

Szwedzkie drzwi

Drzwi pełnią rolę ruchomej przegrody, służą najogólniej rzecz biorąc do oddzielenia jednego pomieszczenia od drugiego, do wpuszczania do środka świeżego powietrza, a niekiedy do ochrony nas przed powietrzem niezbyt świeżym. Tautologia? Z całą pewnością, ale kiedy myślę o drzwiach w toaletach szwedzkich mieszkań, wydają mi się one być czymś absolutnie zbytecznym i równie staromodnym jak na przykład getry. Entuzjaści szwedzkich filmów zapewne wielokrotnie podziwiali sceny z kimś siedzącym na sedesie, w trakcie defekacji, przy szeroko otwartych drzwiach, zwykle w swobodnej konwersacji z pozostałymi domownikami, i to bez względu na to, czy jest to ktoś obcy czy domownik. Szwedzi mają iście starorzymskie obyczaje toaletowe, choć zarozumiale skłonni są przypisywać tę zasługę wyłącznie sobie.

Niesłusznie. Już starożytni rzymscy użytkownicy latryn prowadzili w tym miejscu intensywne życie towarzyskie. W dawnym Rzymie miejsca te nie zapewniały ani odrobiny prywatności, nie dzieliło je najmniejsze nawet przepierzenie, ich użytkownicy siedzieli tuż obok siebie, niemal ramię przy ramieniu. Korzystanie z toalety domowej też niczego nie zmieniało. Zwykle uplasowane były w kuchni, a więc i tu należało liczyć się z obecnością wielu innych osób, które w danym momencie pracowały w niej albo spożywały posiłek. O najmniejszym odosobnieniu nie było nawet mowy. Rzymianom nie przeszkadzało to zresztą, ich nosy były uodpornione na smród czy mało przyjemne zapachy. Nad dumnym i potężnym Rzymem, stolicą ówczesnego świata, nieustannie unosił się skondensowany smród tysiąca wszechobecnych szamb, śmietników, kadzi z moczem i porażający nozdrza odór z kanałów odprowadzających do rzeki nieczystości z domów i ulic. Słynna rzymska Cloaca Maxima w pierwszych stuleciach biegła dokładnie przez centrum miasta, w tym przez środek słynnego Forum, i aż do II wieku p. n. e. pozostawała całkowicie otwarta.

Navigare necesse est

Navigare necesse est, vivere non est necesse. Znalazłem tę myśl przed wiekami i, wyrwana z kontekstu, zachwyciła mnie swoją enigmatycznością. Żeglowanie jest koniecznością, życie koniecznością nie jest. Można tę myśl interpretować na wiele sposobów, ale jej historyczna zawartość nie kryje żadnej tajemnicy. Według Plutarcha zdanie to wygłosił Pompejusz. Gdy w Rzymie zapanował dokuczliwy głód, Pompejusz został mianowany na 5 lat praefectus annonae, czyli naczelnikiem urzędu, którego zadaniem było zaopatrywanie Rzymu w zboże. Popłynął wtedy do Libii, na Sardynię i Sycylię. Zgromadziwszy tam odpowiednie ilości zboża, zamierzał jak najszybciej wyruszyć do Rzymu. Tymczasem nadciągnęła straszliwa nawałnica i sternicy, w obawie o życie swoich załóg, próbowali odwlec moment opuszczenia portu. Wtedy Pompejusz, wkroczywszy na pokład jako pierwszy, wydając rozkaz podniesienia kotwicy, miał zawołać: „Żeglowanie jest koniecznością, życie koniecznością nie jest!”. W łacinie brzmi to zdanie znacznie bardziej dostojnie: Navigare necesse est, vivere non est necesse. I znacznie bardziej kategorycznie: Navigare necesse est.

Europa

Europa przez ponad dwa tysiące lat zajmowała się budowaniem cywilizacji, a dzisiaj gorliwie zajmuje się jej demontażem. Nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo z zewnątrz, jak to miało miejsce w przypadku Rzymu, żadne dzikie plemiona, żadne bandy prymitywnych Germanów i Hunów nie stoją u jej wrót, a nawet gdyby stały, Europa byłaby zdolna rozwiązać ten problem bez szczególnego wysiłku. Nie, Europie nic podobnego nie zagraża, a jednak postanowiła z jakichś powodów popełnić samobójstwo i zajmuje się tym z konsekwencją i uporem. Może jednak wyjaśnienie jest banalnie proste: może Europejczycy wyczerpali się duchowo? Może czują już, że dojrzeli do zniknięcia i tęsknią za tym? Może nie mogą już unieść ciężaru swojej kultury? A może, po prostu, nie mają już żadnej wizji ani samych siebie ani swego świata? Cywilizacja jest żywa, dopóki marzy o tym, by wznosić katedry. Bowiem katedra to nie tylko kamień i cegła. Katedra to idea. To myśl. My nie wznosimy już katedr. Utraciliśmy płodny dar marzeń. Dzisiaj, dokładnie jak w proroczym wierszu pewnego aleksandryjskiego poety, znów z utęsknieniem wyglądamy barbarzyńców, przywołujemy ich nawet, radośnie wybiegamy im naprzeciw. Ale, jak mądrze zauważył Emil Cioran, tęsknota za barbarzyństwem jest zawsze ostatnim słowem cywilizacji.

Grecja i Rzym

Idea polis nieodwołalnie zdefiniowała myślenie Greków. Wszystkie ich wizje, może poza tą, którą próbował wprowadzić w życie Aleksander Macedoński, nie wychodzą poza ten stereotyp. Jeżeli pojawiają się jakieś odstępstwa i różnice, to są one czysto ilościowe. Jakość tych wizji nie ulega zmianie, zawsze chodzi o polis, tylko w różnych formach. Nawet w epoce hellenistycznej, gdy diadochowie brutalnie wydzierają ze spuścizny po Aleksandrze swoje królestwa, są to w gruncie rzeczy tylko polis, z nimi, jako tyranami, w tradycyjnym, greckim tego słowa znaczeniu, na czele. Przyglądając się temu odnosi się nieodparte wrażenie, że Rzymianie z ich etosem byli logiczną alternatywą dziejów – tylko oni byli w stanie stworzyć cywilizację. Bez wątpienia Grecja to kultura, ale cywilizacja to Rzym. Kultura to sztuka, książki, systemy religijne i filozoficzne, cywilizacja to prawa i bezpieczne drogi, czystość miejskich ulic i latarnie, które rozjaśniają nam noc, to porządek i ład społeczny, to skuteczne mechanizmy, przeciwdziałające niesprawiedliwości i zastraszeniu. Cywilizacja otwiera na innych, łagodzi napięcia i różnice, kultura natomiast akcentuje głównie odrębność i partykularne osiągnięcia danej wspólnoty. Paradygmatem cywilizacji jest i będzie dla mnie Rzym.

Starożytna EllaOne

Czy starożytność miała swoją własną tabletkę antykoncepcyjną typu dzień po, jak Escapelle lub EllaOne? Tak, była nią pewna zagadkowa roślinka, która obraziła się na ludzkość i znikła – sylfion, silphium. Nie potrafimy dziś powiedzieć, czym właściwie był sylfion. Z bardzo nielicznych zachowanych opisów i przedstawień można ewentualnie wnioskować, że należał do rodziny baldaszkowatych (Apiaceae), w więc tej samej, do której należy marchew, pietruszka czy koper, ale Grecy wierzyli, że było darem od boga Apollona. Pojawił się podobno tuż po intensywnych opadach czarnego deszczu, które nawiedziły ten rejon w 617 r. p.n.e. Teofrast opisuje sylfion jako krzyżówkę kopru włoskiego i selera, o burakowatej główce, skąd odrastały grube korzenie, długie na około łokieć, liść zaś, nazywany maspeton, podobny do selera. Sylfion uznawany był za panaceum – miał leczyć trąd, zatrucia, bóle gardła i kaszel, bóle reumatyczne, stymulować porost włosów, usuwać kurzajki i brodawki, pomagać na migrenę i tysiąc innych przypadłości, ale przede wszystkim ceniono go jako nadzwyczajnie skuteczny środek antykoncepcyjny i wczesnoporonny. Na tym zastosowania tej tajemniczej rośliny nie kończą się zresztą, bo była również poszukiwaną i cenioną przyprawą. Podobno nadawała potrawom wykwintny smak i w arystokratycznej rzymskiej kuchni stosowaną ją powszechnie; jej zielone części wykorzystywano jako warzywo. Sylfion był szalenie drogi, a szczególnie tak zwane laserpitium – stężały sok otrzymywany z korzeni, który posiadał właściwości odkażające i przeciwzapalne. To powodowało także, że był znakomitym środkiem lokowania kapitału, równym wartością złotu i srebru. W całym basenie Morza Śródziemnego wręcz pożądano tej cudownej rośliny. W Rzymie jej zapasy przechowywano w publicznym skarbcu, odnawiając je każdego roku. W sztuce Tragarze Hermippos wymienia zbiór towarów, które drogą morską docierały do Aten w V wieku p. n. e. i na pierwszym miejscu umieszcza właśnie sylfion. Silphium było endemitem, tzn. występowało jedynie na małym obszarze geograficznym i poza nim nigdzie indziej na świecie. Tym miejscem była starożytna grecka kolonia Cyrenajka – kraina zajmująca tereny obecnego wybrzeża Libii. Gospodarka Cyrenajki była więc związana z eksportem sylfionu, a handel nią był z oczywistych względów objęty monopolem państwowym i podlegał ścisłej kontroli.

Powodem tego, że akurat Cyrenajka czerpała ogromne zyski z eksportu sylfionu było to, że rośliny tej nie dało się uprawiać. Cały zbiór pochodził z naturalnych stanowisk, położonych jedynie na obszarze prowincji. Cyrenejczycy dbali o swój skarb, zbierali sylfion umiejętnie, aby dobrze się odnawiał i stale była dostępna odpowiednia jego ilość. Roślina zniknęła z powierzchni ziemi około 2 tysiące lat temu, a przyczyną tego według wielu historyków mogła być jedna kiepska decyzja administracyjna. Od kiedy status Cyrenajki w Imperium Rzymskim zmienił się z prowincji cesarskiej na senatorską, odtąd namiestnik Cyrenajki panował bardzo krótko, często tylko rok, a jego przychody zależały głównie od wypracowanego zysku. W takiej sytuacji namiestnicy kładli nacisk na rabunkową, intensywną eksploatację sylfionu. Po kilkudziesięciu latach na świecie został tylko jeden okaz sylfionu, który został posłany jako dar cesarzowi Neronowi. Nie wiemy, co z nim zrobił. Zapewne nic mądrego, ale od tego czasu świat starożytny musiał nauczyć się żyć bez tabletki dzień po.

Drzwi

Drzwi, które otwierają się na zewnątrz domu czy mieszkania wydawały mi się zawsze w jakiś sposób antypatyczne i nieprzyjazne. Być może przez efekt odpychania, niechęci i nieufności – otwierają się na nas, zmuszają nas, abyśmy cofnęli się zanim pozwolą nam przekroczyć próg. Takie drzwi nie sprawiają wrażenia życzliwych i zapraszających. W dawnym Rzymie drzwi otwierały się zawsze do wnętrza domu, a my przyjęliśmy to po nich, jak zresztą setki innych zwyczajów i tradycji. Tymczasem rzymskie drzwi nie bez powodu otwierały się do wnętrza. Otwierając je na ulicę, wykorzystywałoby się jakąś cząstkę gruntów publicznych do prywatnych celów, a to w starożytnym Rzymie było obłożone podatkiem tak wysokim, że tylko wyjątkowo bogaci ludzie mogli sobie na to pozwolić. I zasada ta przetrwała do naszych czasów. Zmodyfikowały ją dopiero współczesne przepisy związane z kwestiami bezpieczeństwa – drzwi, zwłaszcza w budynkach publicznych i lokalach, otwierają się na zewnątrz, by umożliwić szybkie i sprawne opuszczenie wnętrza. Tradycyjne drzwi, rzymskie drzwi, otwierające się do wnętrza, były przyczyną wielu tragedii, gdyż ogarnięty paniką tłum, na przykład w wypadku pożaru, napierając na drzwi, miał małe szanse, by je otworzyć. Wolę jednak drzwi rzymskie – są hojne i wielkoduszne.

Termy

Naukowcy obliczają, że same tylko termy Karakalli w starożytnym Rzymie (a pewnie i termy Trajana) potrzebowały nie mniej niż 10 ton drewna dziennie. Podziemia term Karakalli mogły pomieścić 2000 ton drewna, co stanowiło zapas na siedem miesięcy. Wielkich term było w Rzymie aż 11, pomniejszych około 800. A teraz spróbujmy pomnożyć to przez każde miasto i miasteczko Imperium Romanum, bo termy, większe czy mniejsze, były wszędzie. Skutek: wylesienie olbrzymich obszarów w Europie i basenie Morza Śródziemnego. Cywilizacja to szalenie kosztowne przedsięwzięcie. Barbarzyństwo jest tańsze, ale też i zdecydowanie mniej atrakcyjne.

Cioran o Rzymie

Emil Cioran, w wywiadzie Sylvie Jaudeau: Weźmy Rzym: jeśli przyjęcie chrystianizmu było objawem przedśmiertnym, to dlatego, że w parze z wyczerpaniem się wierzeń szła postępująca anemia tubylców. Większość mieszkańców stolicy była imigrantami. Triumf chrześcijaństwa był ich zasługą. W końcu zawsze górę biorą służący. To, że później nowa religia oczarowała z kolei rzymską inteligencję, jest już mniej zrozumiałe. Można to przypuszczalnie złożyć na karb skrajnego znużenia. Chrystianizm narzucili „rozłożeni” duchowo Rzymianie i kipiący witalnością cudzoziemcy. Kusząca byłaby tu paralela z aktualnym Zachodem, również znużonym własnymi tradycjami.

Paralela jest aż nadto oczywista. Także i tym razem, nie łamiąc dziejowych zasad, górą będą służący.

Fikcja

Goci, Wandalowie, Gallowie, Frankowie, Wizygoci, Celtowie, którzy napłynęli do Rzymu u schyłku imperium, gdy formowała się nowa rzeczywistość, nie stali się Rzymianami, mimo przyznawanych im praw i przywilejów. Nie żywili wobec Rzymu żadnych sentymentów, nie czuli Rzymu i nie rozumieli rzymskich praw. Dopóki władza państwowa i armia były jeszcze względnie silne, częściowa romanizacja była jednak w jakimś stopniu możliwa, ale gdy nadszedł kryzys struktur politycznych i militarnych, gdy rozpoczął się rozkład społeczny, szybko okazało się, że ta integracja jest czystą fikcją. Integracja jest fikcją wszędzie i zawsze.

Bazylika

Internetowy sajt o Bazylice św. Piotra w Rzymie. Zdjęcia znakomite, ogrom bazyliki i jej wystrój imponujące. Potęga, bogactwo, imperialny rozmach. Nie trzeba być na miejscu, by wpaść w zachwyt. A jednak nie czuję nic. Ta wspaniała budowla wymaga ode mnie, abym padł na kolana i pogrążył się w bezgranicznym podziwie i zachwyceniu. Mogę ją podziwiać, ale nie mogę w niej uczestniczyć. Podziw skazuje nas na zewnętrzność.

Duszność maciczna

Histeria, zwana dusznością maciczną, przypisywana była w dawnych czasach głównie kobietom. Wiemy już jednak, że to zjawisko nie czyni płciowych rozróżnień. Histeryk jak dziś wiadomo odczuwa lęk, któremu mogą towarzyszyć dziesiątki symptomów: bóle brzucha, kołatanie serca, wzmożona potliwość, uczucie duszności, a w stanach bardziej zaawansowanych także uporczywa czkawka, nudności i wymioty, zawroty głowy, wysypka na ciele, zaburzenia oddawania moczu, zanik wrażliwości czucia. Nierzadkie są drgawki przypominające atak epilepsji, zaburzenia koordynacji ruchowej, problemy z chodzeniem, utrata wzroku, słuchu i mowy, płacz, lęk, krzyk, agresja. Histeria objawia się także skrajną emocjonalnością i nadpobudliwością, łatwo przeskakuje od euforii do rozpaczy. Nastroje te mogą być demonstrowane otoczeniu w szalenie ekspresywnej, przesadnej i teatralnej formie. Co gorsza, ataki histerii skutecznie eliminują zdolność do logicznego myślenia; pojawia się za to skłonność do szybkich i nieprzemyślanych reakcji. Histeryk jest skoncentrowany na samym sobie w sposób na określenie którego właściwie brakuje odpowiedniego słowa, bowiem słowa takie jak egoizm lub egocentryzm tylko częściowo oddają istotę tego zjawiska.

Cała Europa, cały zachodni świat cierpi dzisiaj na podobną duszność maciczną. I reaguje niemal dokładnie tak samo jak pojedynczy człowiek w takim stanie. Ostatnie dekady, przez nieustanne „uwrażliwianie” nas przez oszołomów liberalnej demokracji na nasze prawa, przywileje, możliwości, uprawnienia, specjalne względy, priorytety, korzyści, pierwszeństwa, uprzywilejowanie, roszczenia, pomoc spowodowały, że staliśmy się histerycznie wyczuleni na punkcie nas samych oraz naszych urojonych prerogatyw i swobód. W tym ogłupionym świecie nie tylko zresztą zwyczajni i porządni obywatele mają pakiet praw, który pęcznieje niemal z dnia na dzień, obejmując już nawet i to, co jest pogwałceniem podstawowych praw innego człowieka. Ten pakiet praw przysługuje w identycznym wymiarze także wszelkiej maści zboczeńcom, terrorystom, przestępcom, defraudantom, zbrodniarzom, etc. Wszyscy oni mają takie same prawa jak ci, którzy utrzymują ich pracując i płacąc podatki. Im też należy się więc prawo do życia, do pracy, prawo do szczęścia, do wykształcenia, do przyzwoitego mieszkania, do wypoczynku, opieki zdrowotnej, do zabezpieczenia finansowego, do adwokatów, odszkodowań, odzieży, urlopu w każdej egzotycznej części świata, rozrywki, programów sportowych w tv czy zasiłków. Prawa są dla wszystkich bez wyjątku. Amerykańscy twórcy Konstytucji bardzo rozsądnie sformułowali niegdyś prawo obywateli do poszukiwania szczęścia, nie zaś prawo do szczęścia. Zapomniała o tym i Ameryka i cały Zachodni świat. Człowiek ma bowiem prawo jedynie do tego, by podejmować takie działania, które mogą mu pomóc osiągnąć szczęście. Jednak w żadnym wypadku nie jest to równoznaczne z tym, że inni są zobligowani do tego, by go uszczęśliwiać. Ale dzisiaj nawet dawne i podstawowe prawo do życia, pomyślane jako prawo do utrzymania się z własnej pracy, interpretuje się jako gwarancję, że inni muszę łożyć na nasze utrzymanie.

Nagle pojawił się wirus, nasz prastary, choć nie zawsze pożądany znajomy, i okazało się, że nie mamy właściwie żadnych praw i cała ta liberalna paplanina, zapewniająca nas, że jesteśmy obywatelami świata i wszyscy mamy prawo do szczęścia i do „wszystkiego”, jest być może najbezczelniejszym blefem w naszej historii. Okazało się, że nie jesteśmy wcale i nigdy nie byliśmy „globalistyczni”, „panseksualni” i „wszechmocni”, i że potrzebujemy nie tylko ponownego wprowadzenia granic, ale przede wszystkim odzyskania szacunku dla naszych własnych ograniczeń, bo – o dziwo! – jednak takowe mamy. Wodzowie w dawnym Rzymie mieli zwyczaj odbywania triumfów, które były wyrazem uznania dla ich zwycięskich kampanii. Triumfator przemierzał miasto w rydwanie, a stojący za nimi niewolnik, trzymając złoty wieniec nad głową wodza, przez cały czas szeptał mu do ucha pewne słowa. Prawdopodobnie były to słowa Hominem te memento (Pamiętaj, że jesteś tylko człowiekiem) lub Memento mori (Pamiętaj, że umrzesz). Kto wie, może właśnie te słowa szepcze nam dzisiaj na ucho nasz stary znajomy, Covid 19?

Romiosini

Bizancjum. Jaki był mieszkaniec Konstantynopola epoki krucjat? Otóż, był to całkiem dobrze wykształcony chrześcijanin, zafascynowany starożytną literaturą grecką i dobrze z nią obeznany. Mówił po grecku, jak w całym Bizancjum, miał greckie poczucie humoru. Łaciny nie znał albo znał słabo, ale do niczego nie była mu potrzebna. Mimo to nazywał siebie Rzymianinem i co ważniejsze czuł się Rzymianinem. Sprzeczność tę dobrze oddaje słowo „ρωμιοσύνη” (romiosini), wyrażające zarazem „rzymskość” i „greckość”. Pojęcie to wywodzi się z bizantyjskiej idei, że Grecy są prawdziwymi Romioi, czyli spadkobiercami Cesarstwa Rzymskiego. W setki lat po upadku Bizancjum, pod okupacją turecką płomień romiosini żył w kodeksach honoru, lojalności, odwagi, miłości do ziemi, kultu religijnego i patriotyzmu. Dla greckiego poety Yiannisa Ritsosa jeszcze greccy partyzanci w czasie drugiej wojnie światowej byli heroicznymi spadkobiercami romiosini górskich klephtes.

Islam raz jeszcze

Czy muzułmanie mogą przyjąć cywilizację łacińską? Nie wydaje się to być możliwe i zapewne nigdy nie będzie. Hedonistyczna Europa, mająca infantylne problemy z tożsamością, od długiego czasu spychająca swą łacińską tradycję na drugi plan, nie jest już dla nikogo wystarczająco atrakcyjnym modelem, nawet dla samych Europejczyków. Dzisiejsza Europa, podobnie jak schyłkowy Rzym, weszła w etap symulakry, znaków pustych i bezużytecznych, i wydaje się beztrosko wróżyć z nich o wiecznotrwałości swojej cywilizacji.

Imperia upadają. Rzym także upadł, ale Rzym walczył i do końca marzył o odbudowaniu własnej potęgi. Tymczasem nasza zjednoczona Europa, zaślepiona wpojoną jej ideologią poczucia winy, opluwania własnych tradycji i swojej historii, uniżenie tudzież pokornie zaprasza swoich oprawców. Europa nie uznaje ani swoich tradycji ani własnej kultury za dobro wyższe. Wstydzi się ich. Rezygnuje z nich w imię karykaturalnie pojętej tolerancji. W sytuacji, gdy w zamachach giną jej obywatele, woli usprawiedliwiać przestępców niż karać ich czyny. Europa jest słaba i, co gorsza, bezmyślnie szczyci się swoją słabością. O ile w przypadku Rzymu barbarzyńcy musieli walczyć o swoje łupy, o tyle my przynosimy je sami, w zębach, bez walki. Co więcej: cieszymy się, że barbarzyńcy napływają, a ich gwałty, rozboje, zamachy, a także obyczaje, w sposób oczywisty stojące w sprzeczności ze wszystkim, czym jest Europa, uważamy za nasze kulturowe zwycięstwo.

Islamska kolonizacja, której jesteśmy świadkami, to wstęp do bezpardonowej anihilacji tego wszystkiego, czym jest nasza Europa. W dawnym Rzymie procesy barbaryzacji i romanizacji uzupełniały się, przynajmniej do pewnego stopnia. Armia rzymska ulegała barbaryzacji, ale również ci barbarzyńcy, którzy stanęli w jej szeregach poddawali się świadomie lub mniej świadomie romanizacji. Uczyli się dyscypliny i taktyki, nabywali umiejętności operacyjnych i taktycznych. Zjawiskiem bardziej rzucającym się w oczy była jednak zdecydowanie barbaryzacja, która zaważyła nie tylko na stanie armii, ale całego państwa i jego losach ostatecznie. Czy islamskie hordy, wdzierające się obecnie do Europy, mają podobny stosunek do naszej kultury? Nie miejmy złudzeń: napływający do Europy muzułmanie nienawidzą wszystkiego, co europejskie, a zwłaszcza wszystkiego co – chrześcijańskie. Islam to stan umysłu, cywilizacja oparta na określonym systemie wartości, a także totalny system prawny. Jego wyznawcy nie chcą i nie mogą mieć żadnych względów dla tego, co zastaną: ich jedyną opcją jest wymazanie dziedzictwa ziem, które zasiedlają i wprowadzenie własnych rozwiązań, uznawanych za jedyne słuszne i jedyne możliwe. Plemiona barbarzyńskie, które najechały Imperium Rzymskie, podziwiały je. Kopiowały rozwiązania polityczne i administracyjne, które tam zastały, uważając je za lepsze, niemal wzorcowe. Napływający do nas muzułmanie ignorują nasze prawa, domagają się własnych praw, żądają szariatu. Czy ci, którzy wysadzili w powietrze posągi Buddy w Afganistanie lub Palmyrę długo będą wahać się, co zrobić z posągami Grecji czy arcydziełami zgromadzonymi w naszych muzeach i świątyniach? Dla muzułmanów istnieje tylko dar al-islam (ziemia islamu) albo dar al-harb (ziemia wojny). Już dziś tańczą na naszych pogrzebach. Jutro będą tańczyć na naszych grobach.

 

Podzwonne dla Rzymu

Dwa cytaty z Henry Bergasse „Podzwonne dla Rzymu”:

Nazywano Konstantyna współtowarzyszem Słońca (Solis comes), już nie bogiem – nie chciał tego – ale uświęconym władcą, istotą nadprzyrodzoną, obdarzoną boskim posłannictwem. Był wcieleniem najwyższej władzy, tak że z chwilą śmierci w roku 337, kiedy jego syn Konstancjusz, przypuszczalny dziedzic tronu, znajdował się na wyprawie przeciw Persom, bardzo daleko od Konstantynopola – przez 4 miesiące zabalsamowany zewłok zmarłego monarchy przewodniczył radzie ministrów, wysłuchiwał życzeń senatu, raportów legatów. Przez te cztery miesiące cesarstwem rządził trup.

                                                                          ***

W ciągu pierwszych stuleci w samym tylko Rzymie 200 000 ludzi karmiono codziennie za darmo. Panem et circenses – oto formuła uświęcona przez Juwenala. Igrzyska cyrkowe, które miały dostarczać rozrywki temu ruchliwemu plebsowi, za republiki zajmowały rocznie 65 dni świątecznych, a w dwieście lat później aż 175. Tak więc co drugi dzień spędzano na zabawach, których koszty pokrywała publiczna hojność.

Bergasse

Henry Bergasse „Podzwonne dla Rzymu”: Mieszkali w zbytkownych willach, wzniesionych na łonie natury, wyposażonych w termy, posągi, biblioteki, cieszyli się towarzystwem sąsiadów wybitnych i wykształconych. Te oazy spokoju i kultury, ostatnie schronienie hellenizującego pogaństwa, długo jeszcze przetrwają po najazdach barbarzyńców. Wysepki ocalałe z katastrofy, żyjące własnym życiem, z własnych zasobów, posiadające przedstawicieli wszystkich zawodów, stają się zarodkiem villae z epoki Merowingów oraz zamków panów feudalnych.

To bezczynne życie toczyło się beztrosko w niewielkim gronie przyjaciół, wśród uczt, roztrząsania najsubtelniejszych problemów i estetycznego rozkoszowania się urokami przyrody. Z gimnastyką myśli łączyło się uprawianie sportów: polowanie, jazda konna, łucznictwo, pływanie. (Czyż Sydoniusz nie chwalił się swoją pływalnią zawierającą 170 000 litrów przejrzystej, perfumowanej wody?). Zimne i gorące kąpiele, przejażdżki po rzekach, wycieczki po opieką strażników chroniących przed włóczęgami, miłe wizyty u sąsiadów – wszystko to z ogromnym bogactwem szczegółów opisuje poeta Sydoniusz Apollinaris. Ludzie czynu – jak Ammianus Marcellinus – potępiali bez ogródek lenistwo tych wyrafinowanych i dumnych patrycjuszy, „pyszniących się liczbą niewolników, wielkością powozów, elegancją postawy” i „kupujących spokój fiskalny dzięki potajemnym transakcjom finansowym”. Troszczyli się jedynie o odsunięcie się od teraźniejszości, o zamknięcie się w towarzyskim kręgu, bez kontaktu z nędzą ludu, z pobliskimi ruinami, z wrzawą barbarzyńskiego żołdactwa o natłuszczonych czuprynach, „woniejącego zjełczałą oliwą”.

Banca del Pensiero

Banca del Pensiero, wspominane przez Herlinga-Grudzińskiego w jego Dziennikach 1957-1958. Bank Myśli, gdzie za opłatą „sprzedawało się na każdy temat mądre i zdrowe myśli”. Pomysł rzeczywiście wart noweli. Istniał naprawdę, choć krótko, w Rzymie.

Henry Bergasse

Henry Bergasse „Podzwonne dla Rzymu”: W owym czasie ludzie troszczą się głównie o to, by pozostać na uboczu walk, by być „zapomnianym” przez ogólne nieszczęścia. Mieszkańcy miast dbają przede wszystkim o to, by zapomnieć o niepokojach i lękach, szukają od nich ucieczki w igrzyskach, we wszelkich rodzajach widowisk, mniej lub bardziej obscenicznych farsach z udziałem mimów czy histrionów, którzy nawet cezara nie oszczędzali. Potrzeba rozrywki, obsesyjne szukanie oszołomienia stały się tak nieodparte, że w chwili, gdy Trewir leżał w gruzach, zrujnowany najazdem, możni miasta upraszali cezara, by wznowił igrzyska, zanim nawet poddźwignie mury. 

Salwian tak przedstawia hulanki ludzi, którzy nie zaprzestali bankietować, nawet wtedy, gdy wróg już wtargnął do miasta. „Nikt nie próbował opierać się deprawacji, pijaństwu i zboczeniom. Ludzie bawili się, pili, popełniali samobójstwa. Starzy urzędnicy oddawali się rozpuście, prawie niezdolni do życia, ale nadzwyczaj zdolni do pijatyki, za słabi do walki, ale dość silni, by używać, słaniający się przy chodzeniu, ale zwinni w tańcu”. 

Kiedy w 256 roku Persowie zajęli Antiochię, jej mieszkańcy, zgromadzeni w teatrze, wcale tego nie zauważyli. Dopiero jeden z aktorów rozpaczliwą gestykulacją zwrócił ich uwagę na łuczników sassanidzkich, którzy wdrapywali się już na najwyższe miejsca amfiteatru. 

Święty Augustyn nie waha się napiętnować uciekinierów z Rzymu, którzy po splądrowaniu miasta przez Alaryka dotarli do Kartaginy i tu rzucili się wszyscy do cyrków, aby o wszystkim zapomnieć: „Wszędzie w wielkich miastach panuje przerażenie i żałoba, a wy biegniecie do teatrów, ustawiacie się w szeregu, aby tam wejść, i tłumnie je wypełniacie”. Nawet w samym Rzymie na pozór zapomniano o klęsce. W 417 roku Namatianus, zatrzymany przez przeciwne wiatry w Ostii, słyszy w oddali głuchy gwar dobiegający z Miasta i mówi: „Nieraz moje ucho chwytało echo cyrkowych igrzysk – gromkie oklaski świadczyły o tym, że teatry są pełne.”

Rzymski kalendarz

Czy próbowałeś wyobrazić sobie tydzień bez dni wolnych? Gdy zacząłem przedzierać się mozolnie, ale i z fascynacją, przez rzeczywistość starożytnego Rzymu, zdumiewało mnie, że już w epoce wczesnego cesarstwa w rzymskim kalendarzu była tak szalona ilość dni świątecznych – naliczyłem ich co najmniej 160. Trzeba przyznać, że nasz „świąteczny” kalendarz nie prezentuje się przy tej cyfrze ani atrakcyjnie ani bogato. I, niestety, nie od razu odkryłem przyczynę tego stanu rzeczy, bo nie docierało do mojej świadomości, że Rzymianie nie mieli ani jednego dnia wolnego od pracy w ciągu całego tygodnia. Dzień wolny od pracy, niedziela, pojawia się przecież dopiero z chrześcijaństwem. W Rzymie starożytnym nie pracowano co prawda równie niewolniczo jak dziś, przez mordercze i długie osiem godzin. Ich dzień pracy zamykał się w trzech, może czterech godzinach, ale jednak bez żadnego, choćby jednego wolnego dnia w tygodniu. Ciekawe, że bez trudu potrafimy wyobrazić sobie stroje tamtych ludzi, wydaje nam się nawet, że jesteśmy w stanie zrozumieć, co czuli i jak myśleli, ale w innych sprawach zawsze stosujemy nasze miary i wagi.

Wespazjan

Ze wszystkich cesarzy rzymskich jedynie Wespazjan miał poczucie absurdu imperialnej pompy i potrafił patrzeć na to, co działo się wokół niego z ironią i przymrużeniem oka. Kiedyś, w czasie triumfu zorganizowanego na jego cześć, najspokojniej w świecie usnął. Uroczystości nie przerwano, naturalnie, ale prowadzono ją w ciszy, by go przypadkiem nie obudzić. Co za scena!

Jan Kott

Osobiście upadek Rzymu nigdy nie budził we mnie żalu, uczucie bezsilnej rozpaczy budziła we mnie zagłada Troi, ”która wiecznie płonie”. Cywilizacja do której przynależymy, zbudowana została i przez ludy, które Rzymianie nazywali barbarzyńcami – pisze w eseju „Listy Kassandry z ziemi berneńskiej” Jan Kott.

Dość pospolity przykład polskiego pozerstwa. „Uczucie bezsilnej rozpaczy” ogarnia Kotta na myśl o zagładzie Troi, pewnego małego azjatyckiego miasteczka, wyśnionego przez ślepego poetę, a upadek Rzymu jest mu całkowicie obojętny, chociaż Kott żył w świecie, w którym niemal wszystko – od ustawodawstwa poczynając i na planowaniu miast kończąc – było rzymskim dziedzictwem. Troja jest poezją, więc stajemy po jej stronie dyskretnie zapominając, że barbarzyńcy nie budowali cywilizacji z niczego i rzadko z tego, co porzucili, gdy od barbarzyństwa przeszli do cywilizacji.

Wolę słowa Marquerite Yourcenar z „Pamiętników Hadriana”: Rzym będzie trwał wiecznie w najmniejszej mieścinie, gdzie urzędnicy bedą się starali sprawdzać wagę kupców, czyścić i oświetlać ulice, przeciwstawiać się bałaganowi, niedbalstwu, zastraszeniu, niesprawiedliwości, dawać nową i rozumną wykładnię praw. Rzym zginie dopiero razem z ostatnim ludzkim osiedlem.