Sławni, podziwiani, popularni i bogaci. Herosi hipodromu w Konstantynopolu. Norman Baynes, brytyjski bizantynolog, uważał, iż społeczeństwo bizantyńskie miało tylko dwu bohaterów: zwycięskiego woźnicę i świętego ascetę. Chrześcijaństwo zlikwidowało walki gladiatorów. Od końca IV wieku naszej ery to hipodromy i teatry stały się dostarczycielami masowej rozrywki.
Jednym z najbardziej widowiskowych sportów starożytności były wyścigi kwadryg, rydwanów zaprzężonych w cztery konie. Zdarzało się, że rozpędzone zaprzęgi wpadały na siebie w ferworze walki, powodując spektakularne, ale i tragiczne wypadki, bowiem aurigowie, aby nie wypuścić lejców, obwiązywali się nimi kilkakrotnie niczym pasem. Pozwalało im to co prawda lepiej kierować końmi, bo łatwiej mogli wykorzystać masę swego ciała, by zależnie od potrzeby przenosić ciężar ciała w prawo lub w lewo, trochę niczym żeglarz, który balansując, wychyla się za burtę. Miało to jednak i negatywne skutki. W razie wypadku i rozbicia się rydwanu konie wyrywały woźnicę z jego miejsca i wlekły za sobą po torze, chyba że zdołał dostatecznie szybko przeciąć lejce nożem, noszonym zawsze w kamizelce. Co udawało się niekiedy, ale nie było regułą. Zwycięzcą zostawał ten, kto pierwszy dotarł do mety po siedmiu okrążeniach. Nasz współczesny obraz tych wyścigów, serwowany hojnie przez kiepskie malarstwo historyczne i równie kiepskie historyczne filmy, jest z gruntu fałszywy. Alberto Angela, w świetnej pracy Imperium, wyjaśnia to następująco: Wozy, które widzimy na arenie Circus Maximus, bardzo różnią się od wyobrażeń, jakie mamy na ten temat. Rydwany pokazywane w filmie Ben Hur i w wielu innych produkcjach kinowych nigdy nie mogłyby brać udziału w wyścigu. Dlaczego? Ponieważ byłyby zbyt ciężkie. Te filmowe są zawsze masywne, z wysoką platformą, nadają się idealnie do triumfalnych pochodów, ale byłyby bezużyteczne w prawdziwych gonitwach. To błąd Hollywood. To tak, jakby nasi potomkowie, za 2000 lat, wyobrazili sobie, że w wyścigach Formuły 1 jeździły takie same modele Ferrari, jak na ulicach. Są to wprawdzie szybkie samochody, ale nie mają nic wspólnego z bolidami biorącymi udział w Grand Prix: te są bardzo lekkie, o odpowiednio wyprofilowanym, bardzo niskim nadwoziu, projektowane tak, by zaoszczędzić w czasie wyścigu każdą setną sekundy. Platforma znajduje się bardzo nisko, sięga woźnicy do połowy uda. Ma solidną, drewnianą poręcz, do której przywiązywano malowaną i dekorowaną osłonę ze skóry. Koła są zaskakująco małe, mają średnicę tacy, nie większą. I nie umieszczono ich w połowie długości wozu, jak w filmie Ben Hur, ale znacznie przesunięto do tyłu, w taki sposób, że wóz pochyla się do przodu: to sztuczka pozwalająca obniżyć środek ciężkości, by rydwan lepiej trzymał się podłoża na zakrętach. Kolejnym zaskoczeniem są konie – niewysokie, często nie przekraczają półtora metra, nam raczej przypominałyby kuce. Ale starożytne rumaki tak wyglądają; konie są niskie, nawet te używane przez legionistów.
Wyścigi dostarczały takiej porcji emocji, że w przerwach między gonitwami trzeba było zapewnić tłumom chwile wytchnienia – zamiast dzisiejszych mdłych popisów cheerleaderek pojawiali się tancerze na linie, występowali artyści mimiczni, poskramiacze dzikich zwierząt, atleci. Wszystko w tym celu, by choć na chwilę rozładować ogromne napięcie towarzyszące wyścigom. Aurigowie powozili rydwanami różnych stronnictw, z których najpopularniejsze były stronnictwa Niebieskich i Zielonych. Najlepsi z zawodników szybko stawali się idolami i gwiazdorami, zdobywając niejednokrotnie okazałą fortunę i uwielbienie kobiet. Tak było w przypadku woźnicy o imieniu Porfyrios, który okazał się zawodnikiem na tyle wybitnym, że rywalizował w wyścigach jeszcze jako pięćdziesięcioletni mężczyzna. W hipodromie w Konstantynopolu postawiono mu siedem pomników, a pierwszy za triumf w wieku… siedemnastu lat. Miano woźnicy wszechczasów zdobył jednak Gajusz Apulejusz Diokles, żyjący w II wieku. Startował w barwach Białych, potem Zielonych, by w końcu, na ostatnie 15 lat swojej długiej kariery, przenieść się do Czerwonych. Uznaje się go za najbogatszego sportowca wszech czasów – łączna suma jego honorariów wystarczyłaby na to, by przez rok zaopatrywać wszystkich mieszkańców Rzymu w zboże.