Faks z III wieku

12 kwietnia 1204 roku uczestnicy IV wyprawy krzyżowej, zręcznie podburzani przez chciwych Wenecjan, zamiast walczyć z muzułmanami, co miało być ich celem, zdobyli i splądrowali Konstantynopol – rabunek i rzeź mieszkańców trwały aż do zmroku. Na gruzach imperium powstało kadłubowe cesarstwo łacińskie. W spustoszonym i ograbionym Konstantynopolu zapanowała nędza, ludzie światli i uczeni albo zginęli albo rozproszyli się po świecie. 25 lat później pewien prawosławny mnich postanowił sporządzić modlitewnik, wykorzystując do tego dawne rękopisy. Nie miał innego wyjścia; pergamin, do produkcji którego służyły koźle skóry, był bardzo kosztowny. Użył więc do tego siedem traktatów Archimedesa oraz dzieła innych twórców, strony porozcinał na dwoje, przy użyciu kwasku cytrynowego i pumeksu uważnie zeskrobał dawne teksty, a następnie tak odzyskany pergamin wypełnił tekstami modlitw. Na jednej ze stronic umieścił nawet datę: 13 kwietnia 1229 r. W ten sposób powstała księga, którą przechowywano przez pewien czas w klasztorze św. Saby niedaleko Betlejem, a potem w Konstantynopolu. W latach dwudziestych XX wieku fałszerze, licząc na wyższe zyski ze sprzedaży księgi, „wzbogacili” pergamin w złociste wizerunki ewangelistów. 

Skryba, który w X w. kopiował dzieła Archimedesa, użyte dwa wieki później jako materiał na modlitewnik, maczał pióro w atramencie zawierającym znaczne ilości żelaza i atomy tego metalu szczęśliwie przetrwały na koźlej skórze. Niedawno, bombardowane cienkimi jak ludzki włos snopami radiacji, cząsteczki żelaza zaświeciły fluorescencyjnym blaskiem. Ten świetlny obraz przeniesiono na monitor komputera i było to tak, jakbyśmy otrzymali faks z III w. p.n.e., jak to trafnie określił ktoś zaangażowany w ten projekt. Okazało się, że modlitewnik zawiera jedyną grecką wersję traktatu „O ciałach pływających” geniusza z Syrakuz, jego pracę o kombinatoryce „Stomachion” i „Metodę twierdzeń mechanicznych”. Treść tych prac wprawiła znawców w zdumienie i podziw. Okazało się, że Archimedes w dowodzeniu twierdzeń stosował pojęcie nieskończoności w sposób bliższy Newtonowi i Leibnizowi, którzy stworzyli rachunek różniczkowy i całkowy, niż filozofom i myślicielom antyku.

Idole Bizancjum

Sławni, podziwiani, popularni i bogaci. Herosi hipodromu w Konstantynopolu. Norman Baynes, brytyjski bizantynolog, uważał, iż społeczeństwo bizantyńskie miało tylko dwu bohaterów: zwycięskiego woźnicę i świętego ascetę. Chrześcijaństwo zlikwidowało walki gladiatorów. Od końca IV wieku naszej ery to hipodromy i teatry stały się dostarczycielami masowej rozrywki.

Jednym z najbardziej widowiskowych sportów starożytności były wyścigi kwadryg, rydwanów zaprzężonych w cztery konie. Zdarzało się, że rozpędzone zaprzęgi wpadały na siebie w ferworze walki, powodując spektakularne, ale i tragiczne wypadki, bowiem aurigowie, aby nie wypuścić lejców, obwiązywali się nimi kilkakrotnie niczym pasem. Pozwalało im to co prawda lepiej kierować końmi, bo łatwiej mogli wykorzystać masę swego ciała, by zależnie od potrzeby przenosić ciężar ciała w prawo lub w lewo, trochę niczym żeglarz, który balansując, wychyla się za burtę. Miało to jednak i negatywne skutki. W razie wypadku i rozbicia się rydwanu konie wyrywały woźnicę z jego miejsca i wlekły za sobą po torze, chyba że zdołał dostatecznie szybko przeciąć lejce nożem, noszonym zawsze w kamizelce. Co udawało się niekiedy, ale nie było regułą. Zwycięzcą zostawał ten, kto pierwszy dotarł do mety po siedmiu okrążeniach. Nasz współczesny obraz tych wyścigów, serwowany hojnie przez kiepskie malarstwo historyczne i równie kiepskie historyczne filmy, jest z gruntu fałszywy. Alberto Angela, w świetnej pracy Imperium, wyjaśnia to następująco: Wozy, które widzimy na arenie Circus Maximus, bardzo różnią się od wyobrażeń, jakie mamy na ten temat. Rydwany pokazywane w filmie Ben Hur i w wielu innych produkcjach kinowych nigdy nie mogłyby brać udziału w wyścigu. Dlaczego? Ponieważ byłyby zbyt ciężkie. Te filmowe są zawsze masywne, z wysoką platformą, nadają się idealnie do triumfalnych pochodów, ale byłyby bezużyteczne w prawdziwych gonitwach. To błąd Hollywood. To tak, jakby nasi potomkowie, za 2000 lat, wyobrazili sobie, że w wyścigach Formuły 1 jeździły takie same modele Ferrari, jak na ulicach. Są to wprawdzie szybkie samochody, ale nie mają nic wspólnego z bolidami biorącymi udział w Grand Prix: te są bardzo lekkie, o odpowiednio wyprofilowanym, bardzo niskim nadwoziu, projektowane tak, by zaoszczędzić w czasie wyścigu każdą setną sekundy. Platforma znajduje się bardzo nisko, sięga woźnicy do połowy uda. Ma solidną, drewnianą poręcz, do której przywiązywano malowaną i dekorowaną osłonę ze skóry. Koła są zaskakująco małe, mają średnicę tacy, nie większą. I nie umieszczono ich w połowie długości wozu, jak w filmie Ben Hur, ale znacznie przesunięto do tyłu, w taki sposób, że wóz pochyla się do przodu: to sztuczka pozwalająca obniżyć środek ciężkości, by rydwan lepiej trzymał się podłoża na zakrętach. Kolejnym zaskoczeniem są konie – niewysokie, często nie przekraczają półtora metra, nam raczej przypominałyby kuce. Ale starożytne rumaki tak wyglądają; konie są niskie, nawet te używane przez legionistów.

Wyścigi dostarczały takiej porcji emocji, że w przerwach między gonitwami trzeba było zapewnić tłumom chwile wytchnienia – zamiast dzisiejszych mdłych popisów cheerleaderek pojawiali się tancerze na linie, występowali artyści mimiczni, poskramiacze dzikich zwierząt, atleci. Wszystko w tym celu, by choć na chwilę rozładować ogromne napięcie towarzyszące wyścigom. Aurigowie powozili rydwanami różnych stronnictw, z których najpopularniejsze były stronnictwa Niebieskich i Zielonych. Najlepsi z zawodników szybko stawali się idolami i gwiazdorami, zdobywając niejednokrotnie okazałą fortunę i uwielbienie kobiet. Tak było w przypadku woźnicy o imieniu Porfyrios, który okazał się zawodnikiem na tyle wybitnym, że rywalizował w wyścigach jeszcze jako pięćdziesięcioletni mężczyzna. W hipodromie w Konstantynopolu postawiono mu siedem pomników, a pierwszy za triumf w wieku… siedemnastu lat. Miano woźnicy wszechczasów zdobył jednak Gajusz Apulejusz Diokles, żyjący w II wieku. Startował w barwach Białych, potem Zielonych, by w końcu, na ostatnie 15 lat swojej długiej kariery, przenieść się do Czerwonych. Uznaje się go za najbogatszego sportowca wszech czasów – łączna suma jego honorariów wystarczyłaby na to, by przez rok zaopatrywać wszystkich mieszkańców Rzymu w zboże.

Thomas Coryat

Ciekawa, zapomniana postać. Thomas Coryat, urodzony w drugiej połowie 16-go wieku, w Crewkerne, Somerset. W 1608 udał się w pięciomiesięczną podróż edukacyjną po zachodniej Europie, odwiedzając tereny dzisiejszej Francji, Włoch, Niemiec, Holandii i Szwajcarii. Swoje wspomnienia spisał następnie w Coryat’s Crudities: Hastily gobled up in Five Moneth’s Travels. Zawarł w tej pracy sporo bystrych obserwacji o działalności tzw. szkoły weneckiej, jednego z najbardziej postępowych ruchów muzycznych w ówczesnej Europie, ale także o zwyczaju używania widelca w czasie jedzenia, zaobserwowanym we Włoszech, dokładny opis parasola i pełną historię Wilhelma Tella, dotychczas w Anglii nieznaną. Wyprawę odbył w większej części pieszo, a po powrocie swoje obuwie powiesił w kościele w Odcombe, gdzie pastorem był jego ojciec. Podczas kolejnej podróży zwiedził Palestynę, Grecję, Turcję z Konstantynopolem, Mezopotamię i Persję, docierając w końcu do Indii Wielkich Mongołów. Zmarł na dyzenterię w Suracie w 1617 roku.

Coryat był protoplastą słynnych Grand Tour, podróży w jakie wyruszali młodzi arystokraci i intelektualiści europejscy, by dokształcić się, zdobyć wiedzy o świecie i kulturze, poszerzyć swoje horyzonty myślowe, wyrobić gust artystyczny i nabrać dobrych manier. Grand Tour stał się potem niemal podstawą edukacji młodych Anglików z wyższych klas aż po schyłek XIX wieku.

Chryzafiusz i inni

Bizancjum. Czasy Teodozjusza Wielkiego. Postacią wszechpotężną w owym okresie był główny minister cesarza, eunuch Chryzafiusz. Przez łapówki zgromadził ogromną fortunę, otwarcie spiskował przeciwko rodzinie cesarza, i w końcu osiągnął, co zamierzał – żona i siostra cesarza, niechętne mu, zostały usunięte z dworu. Od tego momentu stał się faktycznym władcą imperium. W grudniu 447 r. watahy Hunów pod wodzą Attyli pojawiły się pod murami Konstantynopola. Chryzafiusz jak zwykle preferował politykę ustępstw i, zamiast walczyć, złożył Attyli wiernopoddańczy hołd oraz wypłacił gigantyczne „odszkodowanie” – za fakt, że ten łaskawie zechciał wraz ze swoją hordą pofatygować się aż pod mury Konstantynopola. Ten upokarzający haracz ostatecznie kosztował imperium znacznie więcej złota niż jakakolwiek kampania wojskowa. Filobarbarzyńska polityka dzisiejszej Europy przypomina czasy Teodozjusza Wielkiego. Obecni władcy Europy, wzorem ich mistrza Chryzafiusza, składają barbarzyńcom kolejne hołdy i wypłacają kolejne „odszkodowania”. Heglowskie powiedzenie, że historia uczy, że ludzkość niczego się z niej nie nauczyła jest i najwyraźniej zawsze pozostanie aktualne. Świat jest pełen eunuchów, wszelkiej maści Chryzafiuszy, kunktatorów, histeryków, asekurantów i tchórzy. I Hunowie zawsze mogą na nich liczyć.

Łaźnia „turecka”

Między nami „Europejczykami”. Rozmowa w saunie. Dwóch mężczyzn w średnim wieku. Jeden z nich mówi o zaletach łaźni tureckiej. Powstaje dyskusja na ten temat. Wyjaśniam, że Turcy zapoznali się ze zjawiskiem łaźni dopiero po zdobyciu Konstantynopola, i że była to jedna z niewielu grecko-rzymskich tradycji, które włączyli do swojej kultury. Jeden z moich rozmówców wyraźnie zaskoczony i skonfundowany. „Właśnie! – woła – Konstantynopol. Było przecież takie miasto! Co się z nim stało?”. Jego kolega przychodzi mu w sukurs: „Czy nie leży ono blisko Istambułu?”. Idę wskoczyć do zimnej wody. Ma dzisiaj pięć stopni. Bardzo potrzebuję porcji endorfiny.

Hagia Sophia

Hagia Sophia, kościół Mądrości Bożej w Konstantynopolu, została ponownie zamieniona w meczet. Erdogan ogłosił swoją decyzję w piątek, tuż po tym jak turecki sąd oficjalnie unieważnił dokumenty z 1934 roku, na mocy których przekształcono Hagię Sophie w muzeum. Lewicujący papież Franciszek oświadczył jedynie, że jest „bardzo zasmucony” tą decyzją. Całkiem tak jakby zdechł jego ulubiony kot.

Niccolo Barbo

Teraz, kiedy Konstantynopol upadł, a ponieważ nie było już nic, na co można było liczyć, nasz lud przygotował się na ocalenie siebie i naszej floty, wszystkich statków, i wydostanie ich z portu. Więc Aluvixe Diedo, oficer dowodzący portem widząc, że cały Konstantynopol został już opanowany przez Turków, natychmiast zszedł na ląd w Pera, udał się do Podesty w Pera i omówił z nim, co należy zrobić z naszą flotą, czy ma uciec, czy przygotować się do bitwy ze wszystkimi swoimi statkami i galerami. A kiedy Aluvixe Diedo zapytał o radę Podesty Pery, Podesta powiedział: „Kapitanie, poczekaj tutaj w Pera, poślę ambasadora do sułtana i przekonamy się, czy my, Genueńczycy i Wenecjanie, będziemy mieć z nim wojnę czy pokój.” Ale gdy trwała ta dyskusja, Podesta zamknął bramy swojego miasta i zamknął w środku kapitana, z Bartolo Fiurianem z galery Tana i Nicoldem Barbaro, chirurgiem. Wtedy zdali sobie sprawę, że jesteśmy w poważnej sytuacji: Genueńczycy zrobili to, aby oddać nasze galery i naszą własność w ręce Turków i nie wysłano żadnego ambasadora.

Pisał o upadku Konstantynopola biskup genueński Leonard z Chios, bizantyjski minister George Sphrantzes, Tursun Bey, oficjalny historyk turecki, Kritovoulos, pisali inni, ale nie miałem pojęcia o tym, że istnieje też bezpośrednia relacja człowieka, który prowadził notatki tylko dla siebie, niczego nie wybielając, niczego nie przemilczając, z takich czy innych powodów, i nie prezentując w nich niczyich interesów. Istnieje i jest fascynująca. Monumenta Hungariae Historica zawiera, między innymi, dziennik prowadzony w oblężonym przez Turków Konstantynopolu, dzień po dniu, przez Niccolo Barbo, chirurga na statku weneckim. Powyższe kilka zdań pochodzi z jego zapisków.

Konstantynopol

Z upadkiem Konstantynopola wiążemy zwykle upadek Bizancjum. To nieporozumienie. Gdy upadł Konstantynopol, Bizancjum już nie istniało. Z dawnego Bizancjum pozostał wówczas tylko niewielki skrawek ziemi, położony na pagórkowatym półwyspie, od południa oblany przez morze, a od północy wodami zatoki Złoty Róg, ściśnięty w obręczy potężnych murów – miasto. I nazwa, silniejsza nawet niż mit. Bizancjum, na długo przed upadkiem Konstantynopola, rozszarpane zostało przez nienawiść i chciwość wschodnich i zachodnich barbarzyńców. Ale Konstantynopol umarł z godnością. Walcząc do końca.

Wyobraźmy sobie

Wyobraźmy sobie hordy krzyżowców z Polski, Czech, Litwy, Ukrainy, Słowenii, Rumunii, Łotwy, i kilku innych krajów Europy Wschodniej, zdążające powiedzmy do Madrytu czy Kadyksu, okupowanych przez muzułmanów. Nie powinno to być aż tak trudne. Znamy to z historii. Wschodni krzyżowcy pokonują więc kolejne państwa, góry, rzeki i granice i pewnego dnia docierają do Paryża. I już nie posuwają się dalej. Podstępem zdobywają Paryż, dokonują rzezi jego mieszkańców, przez kilka dni grabią i rabują wszystko, co może przedstawiać jakąś wartość, a resztę niszczą i wydają na pastwę płomieni. Płonie Luwr, z obrazu Mona Liza pozostaje tylko rama ziejącą pustką, na posadzce leżą resztki strzaskanej Wenus z Milo, płonie paryska Biblioteka Narodowa i miliony jej bezcennych woluminów. Naoczny świadek tych scen, jakiś paryski Choniates, w swojej zapiskach z tych dni określi tych wschodnich barbarzyńców mianem „heroldów Antychrysta”. Inny, wzorem Mikołaja Mesaritesa, przedstawi ich jako bestie opętane żądzą wojny, bestie z wyrazem mordu i chciwości w oczach, odmaluje przejmujące sceny gwałtów i tortur, mordowania kobiet i noworodków. A potem zdobywcy, na ruinach Paryża, powołają do życia Cesarstwo Paryskie.

Niemożliwe? Trudno to sobie wyobrazić? A właściwie dlaczego? Właśnie to wydarzyło się w Konstantynopolu 12 kwietnia 1204 roku. Miasto zostało zdobyte podstępem przez hordy krzyżowców i przez kilka dni przeżywało orgię morderstw i rabunku. W jego dziewięćsetletniej historii wielokrotnie było oblegane przez pogan, ale tamtego dnia, kwietniowego dnia wpadło nie w ręce pogan, nie w ręce Turków czy Hunów, lecz współwyznawców, ludzi, którzy ślubowali wyzwolić z rąk muzułmanów Jerozolimę, ale zamiast udać się do Ziemi Świętej „wyzwolili” chrześcijańskie miasto nad Bosforem. Ot, drobiazg, niewinne przeoczenie. Po zajęciu Konstantynopola i wyniszczeniu Cesarstwa Wschodniego utworzono na jego miejscu Cesarstwo Łacińskie. Wielowiekowy dorobek kultury materialnej Cesarstwa, pamiątki i dzieła czasów starożytnych, wręcz mityczne skarby tego miasta zasiliły tabory i sakiewki rabusiów bądź po prostu uległy zniszczeniu.

Ponurą konsekwencją IV krucjaty był podział ziem cesarstwa między Bizantyńczyków i łacinników. Grecy utrzymali Epir, cesarstwo nicejskie i cesarstwo Trapezuntu. Łacinnicy zajęli Macedonię z Tesalonikami, Konstantynopol, Trację, Tesalię, Attykę, Peloponez, co ważniejsze wyspy Morza Egejskiego oraz północno-zachodnią część Azji Mniejszej. Michał VIII Paleolog, zdolny polityk, strateg i dyplomata, zdołał w roku 1261 przywrócić panowanie Bizantyńczyków w Konstantynopolu, ale z dawnego imperium pozostały już tylko szczątki. Bez mała cały Peloponez, księstwo Aten oraz wiele wysp pozostawało w rękach łacinników. Zachód, a przede wszystkim te rody feudalne, które zyskały fortuny na Wschodzie dzięki IV „krucjacie”, wcale nie zamierzały zresztą pogodzić się z utratą Konstantynopola. Groźba rekonkwisty bizantyńskiej, której głównym propagatorem był Karol Andegaweński, władca Sycylii, była bardziej niż realna. Cesarz, zagrożony więc od zachodu przez nową krucjatę i nieustannie atakowany od wschodu przez Turków, nie miał ani możliwości ani sił, by działać na dwa fronty. Musiał skupić się na zmaganiach z Zachodem, bo – paradoksalnie – był to przeciwnik nieporównywalnie groźniejszy w tamtym momencie. Efektem tego była tzw. unia lyońska, którą pozyskiwał papiestwo i neutralizował agresję łacinników. Owa unia zdołała ocalić Konstantynopol od kolejnej krucjaty, ale skłóciła i podzieliła wewnętrznie świat bizantyński. Los Cesarstwa był już przesądzony. Imperium Osmanów rosło tymczasem w siłę.

Tak, to Turcy zdobyli Konstantynopol. To prawda. Ale to nie oni zniszczyli Cesarstwo. Turcy, zdobywając Konstantynopol 29 maja 1453, zadali jedynie coup de grâce, cios łaski. Był to akt prawdziwego miłosierdzia, który pozwolił Cesarstwu odejść z desek dziejowej sceny z dumą i honorem. Miasto, opuszczone przez wszystkich, skazane tylko na siebie, walczyło i broniło się jeszcze przez pięćdziesiąt trzy dni, całą wieczność. Ostatni cesarz Bizancjum, Konstantyn XI, zginął w ulicznych walkach, a jego ciała nigdy nie odnaleziono.

Bizancjum

Cesarstwo Wschodniorzymskie, Cesarstwo Bizantyjskie, Bizancjum. Znamy te określenia, słyszeliśmy je zapewne wiele razy. Bardziej dociekliwi wiedzą nawet, że powstało w ramach podziału imperium rzymskiego, że istniał jakiś kodeks Justyniana, słyszeli coś o cesarzowej Teodorze, o upadku Konstantynopola, o bizantyjskim zbytku i przepychu, o bizantyjskiej przewrotności i obłudzie. Media również używają czasem, zwłaszcza gdy mowa o przywilejach władz, naładowanych pejoratywnie określeń typu „bizantyjskie zwyczaje”, „bizantyjska czołobitność”, „bizantyjska polityka”. Zwykle jednak gdzieś w tym miejscu, mniej więcej, kończy się nasza powszechna wiedza o Bizancjum. Czy nie wydaje się to być dziwne? W szkole nawet w moich, zamierzchłych już czasach, o Bizancjum ledwo wspominano, a podejrzewam, że w tej chwili jest jeszcze gorzej i nazwa ta wcale nie pojawia się na lekcjach historii. Spotkałem ludzi, którzy uważają, że Istambuł zawsze nazywał się Istambuł, a Konstantynopol to takie starożytne miasto, które już od dawna nie istnieje. Potrafimy, gdy zachodzi potrzeba, zadać gwałt naszej pamięci i wymienić kilka imion cesarzy rzymskich, powieści, filmy i telewizyjne seriale spopularyzowały co bardziej malownicze postacie, jak Kaligula, Klaudiusz, Cezar czy Neron, ale czy z równym powodzeniem udałoby się nam wymienić kilka imion z długiej listy cesarzy bizantyjskich? Z całą pewnością – nie. O Bizancjum wiemy mało. Zgoła nic. Przez tysiąc lat to wspaniałe, a tak słabo dziś znane państwo, walczyło o to, żeby Europa mogła być tym, czym jest obecnie. Stworzyło niezwykłą, barwną i twórczą cywilizację, która łącząc ortodoksyjne chrześcijaństwo z pogaństwem, klasyczne greckie wykształcenie z rzymską sprawnością administracyjną, zdołała przez tysiąc lat stawiać opór nawale islamu. A my prawie nic o tym nie wiemy. Bizancjum nie ma w naszej pamięci. Bizancjum nie jest częścią naszej historii. Jak to jest możliwe? Czy nie jest to wynikiem szkalującej i wrogiej propagandy ze strony uczestników zachodnich krucjat? Krucjat, które zamiast walczyć z islamem, zajmowały się rabunkiem bogatego Konstantynopola, jak „słynna” krucjata z roku 1204, gdy „bogobojni” krzyżowcy wdarli się do miasta, plądrując je przez trzy dnie i urządzając bezprzykładną rzeź jego chrześcijańskich mieszkańców? Ten moment to nie tylko zdobycie chrześcijańskiej stolicy przez innych chrześcijan, rabunek i zniszczenie bezcennych zabytków wspólnej kultury, ale również zniszczenie ciągłości Cesarstwa Bizantyjskiego. Może w naszej, europejskiej niechęci do mówienia, a już szczególnie mówienia o Bizancjum dobrze, leży coś więcej niż zwykły brak zainteresowania tym niby „orientalnym tematem”? Może nie chcemy pamiętać o tamtej zbrodni albo – jeżeli już nie da się jej ukryć – przynajmniej pomniejszyć jej rozmiary szkalując pokonanego? Stara, wypróbowana taktyka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że opinia o Bizancjum została ukształtowana przez zachodnioeuropejskich przywódców ruchu krucjatowego, że jest ich wątpliwym alibi, obrosłym w ciągu setek lat kłamliwymi mitami i stereotypami, alibi, które my wciąż bezmyślnie powtarzamy. No cóż, Bizancjum upadło, a historię – jak zawsze i wszędzie – pisali zwycięzcy.

Sankcje

Sankcje. Embargo na broń. Zamrożenie aktywów. Obostrzenia gospodarcze. Sankcje wobec Kuby. Sankcje wobec Rosji, wobec Iranu. Sankcje wobec Korei Północnej. A mimo tego i Iran, i Korea sprowadzają potrzebne im towary, technologię i broń. Sankcje nie są niczym nowym. Nie zostały wymyślone przez nasz wiek. Mają bardzo stary rodowód. Już w XIV wieku handel bronią i materiałami wojennymi, które wykorzystywano potem do walki z chrześcijanami, stał się problemem tak poważnym, że w 1372 roku papież Grzegorz XI dodał do bulli „In Coena Domini” zakaz dostarczania ich „Saracenom i innym wrogom chrześcijaństwa”. Świat islamu zapoznał się z działaniem prochu mniej więcej w tym samym czasie co Europa, jednak to Europejczycy zdobyli zdecydowaną przewagę zarówno w produkcji, jak i umiejętności korzystania z broni palnej. Rycerzom zakonnym z Rodos, joannitom, przypadł obowiązek egzekwowania papieskich sankcji, lecz mimo ich starań zyskowna kontrabanda kwitła w najlepsze. Tak jak dzisiaj. Turcy ponadto płacili hojnie i nie tylko złotem. Nagradzali także korzystnymi koncesjami i przywilejami handlowymi. To przyniosło pożądane przez nich rezultaty: już w XVI wieku żadna armia nie mogła mierzyć się z nimi w ilości dział i poziomie wyszkolenia kanonierów. Było to smutną „zasługą” chrześcijańskich renegatów oraz (przede wszystkim) włoskich kupców, wyznających jedynie kult pełnej sakiewki.

Łamanie papieskich sankcji miało zresztą różne formy. Ewidentnym tego przykładem była, znana także z naszej historii, bitwa pod Warną, w której zginął Władysław III. W tamtym przypadku problemem Turków była kwestia przerzucenia wojsk na europejski brzeg cieśniny. Z rozkazu papieża cieśnina była skutecznie blokowana przez Wenecjan. Turcy łatwo poradzili sobie z tą drobną przeszkodą – zapłacili za przetransponowanie swojej armii na europejski brzeg … Genueńczykom i 10 listopada 1444 roku pokonali sprzymierzone wojska węgiersko-polskie.

Warna przypieczętowała los Konstantynopola. 9 lat później Turcy stanęli pod potężnymi murami stolicy Bizancjum. Siły obrońców były bardzo skromne – 5000 Greków, około 200 łacinników i mieszkańcy oblężonego miasta. Kontyngent zachodnioeuropejskich żołnierzy tworzył oddział złożony z 700 Genueńczyków. Strona turecka miała przewagę co najmniej dziesięciokrotną. Atutem obrońców było tylko wyjątkowe położenie miasta i jego potężne mury. Brzegi trójkątnego półwyspu obmywają od południa fale Morza Marmara, a od północy głębokie wody zatoki Złoty Róg. Oba wybrzeża nie wymagały wznoszenia szczególnie silnych obwarowań – lądowanie od strony morza praktycznie uniemożliwiał bardzo silny prąd, zaś wody zatoki zablokowano potężnym łańcuchem, pływającym na drewnianych tratwach i zawieszonym pomiędzy murami a wieżą w Galacie – ufortyfikowanym mieście po drugiej stronie zatoki. Wejście od strony lądu zamykał natomiast Mur Teodozjusza. Liczył on 6,5 kilometra długości, jego grubość u podstawy wynosiła około 4,5 metra, wysokość 12 metrów. Co 50 – 60 metrów wzniesiono dwukondygnacyjne wieże, wystające przed czoło muru na 5 do 10 metrów. Mur składał się z trzech linii – szerokiej na 20 i głębokiej na 10 metrów murowanej, częściowo zalanej wodą fosy, stojącego za nią przedmurza wysokiego na 7,5 metra, również wzmocnionego wieżami i linii głównej. Bizantyjscy budowniczowie, spadkobiercy greckiej i rzymskiej myśli wojskowej, stworzyli fortyfikacje, które nie miały sobie równych w całym ówczesnym świecie.

Turcy byli jednak tym razem doskonale przygotowani, a to, między innymi, „dzięki” życzliwej pomocy zachodnich puszkarzy, z których jeden miał odegrać szczególnie doniosłą i haniebną rolę w tym dramacie. Był nim ludwisarz i artylerzysta o imieniu Urban, opętany ideą budowy ogromnej bombardy. Przybył do Konstantynopola w 1451 roku, prawdopodobnie pochodził z Węgier, choć kronikarze nie są do końca zgodni, co do jego narodowości. Cesarz Konstantyn XI wyraził zainteresowanie jego usługami, ofiarował mu nawet skromna pensję, choć nie miał wystarczających środków, by zrealizować marzenie Urbana. Zniechęcony ludwisarz opuścił więc dwór Konstantyna i udał się do Edirne, ówczesnej tureckiej stolicy, i tam zaoferował swoje usługi. Przyjęto go z otwartymi ramionami, hojnie obdarowano, dostał też polecenie odlania dział, które byłyby zdolne zburzyć mury Konstantynopola. Urban ochoczo zabrał się do pracy. Największe z odlanych przez niego dział ważyło 19 ton, miało 8 metrów długości, kaliber 750 milimetrów i strzelało na odległość do 1,5 kilometra kamiennymi kulami o wadze ponad pół tony. Sześćdziesiąt wołów, dwustu ludzi oraz oddział specjalny, który wyrównywał drogę – tyle było potrzeba, by przetransportować kolosa pod mury miasta. To monstrualne działo nie było jedynym w sułtańskiej artylerii. W czasie przygotowań do oblężenia Urban odlał kilkadziesiąt innych bombard o różnych kalibrach – następna co do wielkości strzelała pociskami o wadze 360 kilogramów, reszta miotała kule ważące od 23 do 90 kilogramów. Cała artyleria turecka, zgromadzona pod Konstantynopolem, liczyła łącznie 69 dział, podzielonych w czasie oblężenia na 14 lub 15 baterii. Po siedmiu tygodniach oblężenia, nocą 29 maja 1453 roku, sułtan Mehmed II posłał swoich żołnierzy do szturmu ostatecznego właśnie tam, gdzie działa Urbana spowodowały największe spustoszenia. Przez kilka godzin obrońcy odpierali jeszcze kolejne fale atakujących, ale była to już agonia.

Po zdobyciu Konstantynopola potomkom koczowniczych plemion z głębi azjatyckich stepów Europa wyraźnie przypadła do gustu. Wielokrotnie jeszcze starali się powiększyć swoje włości, a ich państwo nadal znajduje się na jej terytorium.

Julian Apostata

Kiedy w roku 361 cesarz Julian wprowadził się do pałacu w Konstantynopolu i wezwał fryzjera, pojawił się przed nim mężczyzna w stroju tak bogatym, że Julian wziął go za ministra finansów. Na pytanie, ile zarabia, fryzjer odpowiedział, że ponad dwadzieścia racji żołnierskich, tyle samo dla koni, ponadto wynagrodzenie roczne w gotówce oraz inne zasiłki. Julian natychmiast zwolnił i jego i jemu podobnych. Libaniusz wspomina, że było to ponad tysiąc „trutni”.

Oikoumene

W 330 r. Konstantyn Wielki ogłosił za swoją nową siedzibę dawną grecką kolonię nad Bosforem – Byzantion. Miasto, od jego imienia, nazwano Konstantynopolem. Kiedy w 395 roku Teodozjusz Wielki podzielił imperium między swoich synów, starszy Arkadiusz miał rezydować w Konstantynopolu, a młodszy Honoriusz w Rzymie. Zachowywano pozory jedności, ale w rzeczywistości drogi dwóch części państwa coraz bardziej się rozchodziły. Mimo upadku Zachodu w 476 r. Wschodnie Cesarstwo przetrwało jeszcze tysiąc lat, czyli aż do podboju tureckiego w 1453 r. Rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że mieszkańcy cesarstwa zawsze uważali się za Rzymian, a swoje imperium uznawali za rzymskie. Nazwa Bizancjum, którą tak chętnie posługujemy się określając wschodnie obszary imperium, została po raz pierwszy użyta dopiero w 1557 r., a więc ponad sto lat po upadku Konstantynopola. Mieszkańcy „Bizancjum” określali swój kraj terminem Oikoumene, czyli świat cywilizowany.