Joachim Christoph Friedrich Schulz, w pracy Podróże Inflantczyka, przedstawia obraz Warszawy z okresu końca osiemnastego wieku (1791-93). Nie brakuje tam pikantnych spostrzeżeń o kobietach i dziewczętach płochego życia, których nigdzie może nie ma tyle co w Warszawie”. Jego zdaniem pod tym względem polska stolica bije Paryż, Wiedeń, a nawet i Neapol: „świętość małżeńskich związków jest tu zupełnie lekceważona”. Po uwagach o metresach, utrzymankach, które się zaprzedają za mieszkanie, ubranie, wyżywienie i pensję”, przechodzi Schulz do innej kategorii panien, które „mieszkają o własnym koszcie i rachują na znajomych i odwiedziny”. Te okupują lokale na Krakowskim Przedmieściu, w najbardziej ożywionej jego części, pomiędzy pocztą, a wejściem do pałacu Saskiego. Są tu domy niektóre i piętra całe po domach, które od lat wielu dla tego rodzaju mieszkanek wyłącznie zdają się przeznaczone. Tu się przychodzi jak gdzie indziej do kawiarni. Mężczyźni nie wahają się pokazywać w oknach razem z tymi paniami… Nawet w dzień obchodu konstytucji, gdy Krakowskim Przedmieściem kroczył uroczysty pochód z królem na czele, wszystkie okna tych panien pełne były oficerów i różnych ich znajomych. Trzecia klasa dziewcząt publicznych pozostaje zwykle pod opieką tzw. „gospodyń”. Bez zezwolenia swojej pani nie mogą ani przyjmować ani odwiedzać mężczyzn. Dla zachowania pozoru przyzwoitszego podobna rodzina wywiesza zwykle szyld kapeluszniczy, modniarski, kawiarni lub winiarni. Według Schulza czwarta klasa dziewcząt składa się ze sług w licznych szynkach, szczególnie przy ulicach Trębackiej, Żabiej, Świętojerskiej i Wałowej. „Na parterze przy Trębackiej we wszystkich niemal domach mieszczą się szynki i domy publiczne”, są to gniazda „najobrzydliwszego plugastwa i najstraszniejszych chorób …” Natomiast dla „nieszczęśliwych, uciśnionych kochanków” za miejsce schadzek służyły publiczne łazienki nad Wisłą, gdzie kąpiel kosztowała cztery złote i gdzie „się nikt nie sprzeciwia, jeśli dwie osoby płci różnej do jednego wchodzą gabinetu”. Prawdopodobnie o tym „zamtuzie łaziebnym” mowa też w „Diogenesie w kontuszu” Wacława Berenta. Właścicielem jego, „panem na lupanarze warszawskim”, był kasztelan łukowski Jacek Jezierski, wyjątkowo paskudna figura, krewny publicysty Franciszka Salezego Jezierskiego (który pisywał pod pseudonimem Jarosława Kutasińskiego), głośny mówca sejmowy, który zasłynął także i z tego, że jako pierwszy przekroczył leżącego w drzwiach Rejtana. Ów zamtuz, „założony z rozmachem iście pańskim, a z polska szerokim, zajmował olbrzymi czworobok, w którym mogłoby się i dziś pobudować osiedle całe”, między Dobrą, Bednarską i Wisłą. Satyra nie oszczędzała Jezierskiego. Pisano o nim: „Przy wiślanym moście gospodarz jedyny częstuje francą przybyłe Litwiny”, a Zabłocki wyrażał mu wdzięczność: tę wdzięczność/którą z całym narodem rad dzielę/ ilekroć widzą wielkie twe dzieła: burdele.