Elie Wiesel: „Jerozolima jest ponad polityką. Jest wspomniana ponad sześćset razy w Piśmie Świętym – i ani razu w Koranie. Należy do narodu żydowskiego i jest czymś więcej niż miastem”. Słusznie. Żydowska historia Jerozolimy sięga 3 tysiąclecia przed naszą erą, podczas gdy islam zdobył Jerozolimę w roku 638, a meczet Omara wzniesiono dopiero w roku 691. Jerozolima jest islamska mniej więcej w taki sam sposób jak Warszawa jest rosyjska.
Tag: Warszawa
Podróże Inflantczyka
Joachim Christoph Friedrich Schulz, w pracy Podróże Inflantczyka, przedstawia obraz Warszawy z okresu końca osiemnastego wieku (1791-93). Nie brakuje tam pikantnych spostrzeżeń o kobietach i dziewczętach płochego życia, których nigdzie może nie ma tyle co w Warszawie”. Jego zdaniem pod tym względem polska stolica bije Paryż, Wiedeń, a nawet i Neapol: „świętość małżeńskich związków jest tu zupełnie lekceważona”. Po uwagach o metresach, utrzymankach, które się zaprzedają za mieszkanie, ubranie, wyżywienie i pensję”, przechodzi Schulz do innej kategorii panien, które „mieszkają o własnym koszcie i rachują na znajomych i odwiedziny”. Te okupują lokale na Krakowskim Przedmieściu, w najbardziej ożywionej jego części, pomiędzy pocztą, a wejściem do pałacu Saskiego. Są tu domy niektóre i piętra całe po domach, które od lat wielu dla tego rodzaju mieszkanek wyłącznie zdają się przeznaczone. Tu się przychodzi jak gdzie indziej do kawiarni. Mężczyźni nie wahają się pokazywać w oknach razem z tymi paniami… Nawet w dzień obchodu konstytucji, gdy Krakowskim Przedmieściem kroczył uroczysty pochód z królem na czele, wszystkie okna tych panien pełne były oficerów i różnych ich znajomych. Trzecia klasa dziewcząt publicznych pozostaje zwykle pod opieką tzw. „gospodyń”. Bez zezwolenia swojej pani nie mogą ani przyjmować ani odwiedzać mężczyzn. Dla zachowania pozoru przyzwoitszego podobna rodzina wywiesza zwykle szyld kapeluszniczy, modniarski, kawiarni lub winiarni. Według Schulza czwarta klasa dziewcząt składa się ze sług w licznych szynkach, szczególnie przy ulicach Trębackiej, Żabiej, Świętojerskiej i Wałowej. „Na parterze przy Trębackiej we wszystkich niemal domach mieszczą się szynki i domy publiczne”, są to gniazda „najobrzydliwszego plugastwa i najstraszniejszych chorób …” Natomiast dla „nieszczęśliwych, uciśnionych kochanków” za miejsce schadzek służyły publiczne łazienki nad Wisłą, gdzie kąpiel kosztowała cztery złote i gdzie „się nikt nie sprzeciwia, jeśli dwie osoby płci różnej do jednego wchodzą gabinetu”. Prawdopodobnie o tym „zamtuzie łaziebnym” mowa też w „Diogenesie w kontuszu” Wacława Berenta. Właścicielem jego, „panem na lupanarze warszawskim”, był kasztelan łukowski Jacek Jezierski, wyjątkowo paskudna figura, krewny publicysty Franciszka Salezego Jezierskiego (który pisywał pod pseudonimem Jarosława Kutasińskiego), głośny mówca sejmowy, który zasłynął także i z tego, że jako pierwszy przekroczył leżącego w drzwiach Rejtana. Ów zamtuz, „założony z rozmachem iście pańskim, a z polska szerokim, zajmował olbrzymi czworobok, w którym mogłoby się i dziś pobudować osiedle całe”, między Dobrą, Bednarską i Wisłą. Satyra nie oszczędzała Jezierskiego. Pisano o nim: „Przy wiślanym moście gospodarz jedyny częstuje francą przybyłe Litwiny”, a Zabłocki wyrażał mu wdzięczność: tę wdzięczność/którą z całym narodem rad dzielę/ ilekroć widzą wielkie twe dzieła: burdele.
Polskie łzy
Polki walczyły nie tylko na polach bitew. Jeszcze przed Powstaniem Styczniowym zdołały wyjątkowo skutecznie doprowadzić Rosjan do wściekłości. A pomysł był genialnie prosty: po tzw. „pogrzebie pięciu”, pięciu manifestantów, zabitych przez Rosjan 27 stycznia 1861 r. w Warszawie, kobiety zaczęły powszechnie nosić tylko czarne żałobne suknie i żadnej biżuterii. A jeżeli pojawiała się przy ich strojach biżuteria, to była ona wyłącznie w kolorze czarnym, a jej motywy musiały przypominać kajdany lub łańcuchy. Dziś wydawać się to może nieistotne, ale wtedy było to genialne posunięcie. Zwróciło oczy całej Europy na Polskę. I bardzo szybko już nie tylko Polki ubierały się na czarno – czarne suknie lub chociaż czarne kapelusze, na znak solidarności lub po prostu, bo stało się to modne, zaczęły nosić kobiety w wielu krajach Europy. Ozdoby z czarnych dżetów zyskały nawet w Hiszpanii nazwę „polskie łzy”. Nawiasem mówiąc, taki polski krzyżyk nosiła również córka Karola Marksa.
Czy na pewno „bracia polscy”
Arian polskich przedstawia się w naszej historii zwykle jako niewinne ofiary kontrreformacji i nasilających się prześladowań religijnych. Rzadziej wspomina się o tym, że byli oni wmieszani w polityczne rozgrywki, które mało miały wspólnego z religią, a w czasie „szwedzkiego potopu” stali się gorliwymi akolitami najeźdźców, współpracując między innymi przy traktacie z Radnot, pierwszej próby rozbioru Polski. Jak pisze Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej”: Gdy za Jana Kazimierza nastąpił najazd szwedzki, a Karol Gustav, król szwedzki, był jednym z głównych orędowników protestantyzmu w Europie, arjanie polscy popełnili ciężki błąd polityczny, stanąwszy po stronie najazdu i Karola, który, jak wszystkim było wiadomo, pracował nad planem rozbioru Rzplitej. Jenerał szwedzki Wirc, stojący załogą w Krakowie, miał głównych doradców z arjanów, którzy spełniali jego wszelkie tajemne zlecenia, wysyłani do Prus, Szląska i Węgier. Lubieniecki, Stegmon i Szlichtyng w pismach swoich dotykali Jana Kazimierza, który też, przystępując do odebrania Szwedom Warszawy, w czerwcu r. 1656 „ślub solenny uczynił wypędzenia arjanów z Polski”. Dziwić się więc należy nie temu, że zostali, jako zdrajcy i „piąta kolumna”, z Polski wypędzeni, ale temu, że odbyło się to w tak tolerancyjny sposób. Ciekawe, że ten sam nurt istnieje także i dzisiaj, gdy różni „bracia i siostry polskie” nawołują w Parlamencie Europejskim do karania swego kraju za to, że nie spełnia ich prywatnych oczekiwań oraz wymagań i najchętniej, jak M. Gretkowska, podzieliliby Polskę na Polskę A i Polskę B, czyli po wschodniej granicy pisowska dzicz, a po zachodniej oni, oświeceni liberałowie i intelektualiści.
List Ag
Ludzie wokół, taniec, podróże małe i duże. Cały listopad praktycznie byłam na walizkach, bo zaraz po Kubie wyjechałam na festiwal taneczny do Warszawy, a potem na delegację do Poczdamu.
Co do mojej podróży – chociaż było to coś zupełnie odmiennego niż się spodziewałam, nie żałuję, że zobaczyłam jak wygląda ta komunistyczna wyspa. Mam jednocześnie wrażenie, że tej części świata na razie mi wystarczy. Wróciłam pełna dość mieszanych odczuć, ale nadal … odczuć, co jest cenne. Tańczyłam salsę, piłam Cuba Libre, Mohito i Canchancharą, podziwiałam piękne, prastare amerykańskie Cadillaci i Chevrolety, kąpałam się w Morzu Karaibskim, paliłam cygara. Wiele mnie zaskoczyło: nie bez zdziwienia obserwowałam jak wiele radości jest w Kubańczykach, jak blisko siebie żyją, nie mając przecież zupełnie nic w sklepach. Dla mnie bardzo istotny był aspekt muzyczny, salsa otaczała nas z każdej strony, niestety, wypierający ją i beznadziejny reggaeton – również. Samo przebywanie tak daleko od domu – to jak bardzo świat kurczy się oraz to, że nagle na pytanie „skąd jesteś?” mówisz „z Europy”. Co ciekawe Kubańczycy kojarzyli coś takiego jak Polska i niemal za każdym razem odpowiadali „aaa, Polonia… Lewandowski!”. Wygląda więc na to, że mamy nowy „towar eksportowy”, który przebił Wałęsę. Na Kubie jest rzeczywiście bezpiecznie, wiele razy lądowaliśmy w dziwnych miejscach, o równie dziwnych porach, ale nikt nigdy nie chciał nawet próbować zrobić nam krzywdy – być może mają bardzo ostre więzienia albo może kradzież jest po prostu społecznie nieakceptowana. Momentami bywało rajsko – krajobrazy, przyroda, kolor morza i nieba. Krasowa dolina Viniales z rozlicznymi jaskiniami i zielonymi mogotami wyrastającymi z czerwonej gleby. Trynidad – bardzo urokliwe miasteczko, z wspaniałymi wieczorami muzycznymi na schodach słynnego Casa del Musica. Cienfuegos – czyste i spokojne, gdzie trafiliśmy na świetną kwaterę nad samym morzem, a jej gospodarze wspaniale nas podjęli. Widziałam tam też wiele zaskakująco pięknych kobiet. Były i minusy: podróżując po Kubie turyści żyją w bańce, owszem, można się bez większego problemu przemieszczać, ale dla turystów jest specjalna, odpowiednio wysoka cenowo oferta (obowiązują tam dwie waluty) i trudno cały ten system ominąć. Oczywiście, kilka razy nam się udało (np. przejechaliśmy jeden odcinek pociągiem, po której to przejażdżce stwierdziłam, że nie chcę już więcej rezygnować z klimatyzowanych autobusów). Havana – owiana legendą Buena Vista Social Club, brudna, śmierdząca i niezwykle uciążliwa. To ogromne miasto, ale gdyby nie zabytkowa zabudowa kolonialna, nie byłoby warte odwiedzenia. Tam też najbardziej „nęka” się turystów nagabywaniem, a także nieprzyjemnym naciągactwem.
Istotnym elementem mojej podróży była również Kanada, gdzie ludzie, mimo okropnej pogody, są niesamowicie życzliwi. W krótkim czasie i przy zupełnie beznadziejnej pogodzie zobaczyłam miasto przyszłości w amerykańskim stylu – Toronto, zaoceaniczny Paryż, czyli Montreal i wodospad Niagarę. Chciałabym jeszcze kiedyś tam wrócić, ale zdecydowanie latem!
Cieszę się, że naładowałam trochę moje baterie słoneczne, przed zimą jest to zdecydowanie dobry pomysł. Od kiedy wróciłam, nie przestaje mnie prześladować myśl, jak bardzo szaro jest u nas o tej porze roku i wciąż zadaję sobie pytanie, gdzie podziały się wszystkie liście na drzewach? Przyznaję jednak, że klimat tropikalny to dla mnie trochę za dużo, momentami bowiem bywało jak w łaźni parowej, a ja zawsze wolałam sauny suche. Całusy. Ag
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.