Pozornie podstawowe zasady savoir vivre są łatwe i zna je każdy. Osoba idąca jako pierwsza pozdrawia osobę stojącą, wchodzący po schodach schodzącego, a jeżeli wchodzisz do pokoju czy pomieszczenia w którym znajdują się ludzie, ty powinieneś ich pozdrowić. Tak proste, że nie tylko szprotka, ale nawet euglena zielona byłaby w stanie to zapamiętać i przyswoić sobie. Natomiast nie Szwedzi. Od wielu lat ćwiczę w tym samym klubie fitness i zawsze wchodząc do wspólnej szatni pozdrawiam tych, których tam zastaję. I to samo czynię wychodząc. Jeszcze przed pięciu, a bardziej przed dziesięciu laty funkcjonowało to całkiem znośnie; co prawda zawsze był ktoś, kto szybko zaczynał poprawiać słuchawki w uszach, ktoś inny popadał w nagły stupor, ale byli też i tacy, zwłaszcza wśród osób nieco starszych, który odwzajemniali pozdrowienie. Ostatnio uświadomiłem sobie, że już od dawna witam się i żegnam jedynie ze ścianami. Nikt nie odpowiada, nikt nie reaguje – ani uśmiechem ani chociażby grymasem, który świadczyłby o tym, że mnie w ogóle zauważył. Nic. Cisza. Żadnej reakcji. Szwedzi nadzwyczaj chętnie „rozmawiają” i witaj się z każdym kotem czy psem napotkanym na spacerze, szczebiocząc do nich w najczulszy sposób, niemal śliniąc się w okazywaniu im swojej sympatii i podlizując się na wszelkie sposoby, ale pozdrowienie innego człowieka wydaje się obecnie stanowczo przerastać ich siły i możliwości. Zastanawiam się, co może być tego przyczyną. Zezwierzęcenie?