Predator Free 2050

W dawnej Europie nie kochano kotów. Leonardo da Vinci, który utrzymywał, że każdy kot jest dziełem sztuki, był odosobnionym przypadkiem. Kotom łamano kości, obcinano ogony, palono żywcem, wieszano, torturowano na wszystkie możliwe sposoby. Czyniono to dla żartu, dla rozrywki, a najczęściej z powodu … czarów. W tamtych czasach wierzono bowiem, że kot to diabeł lub czarownica incognito. Naturalnie, prześladowania dotknęły przede wszystkim koty czarne, co tłumaczy dlaczego to umaszczenie jest stosunkowo rzadkie jeszcze i dzisiaj. Tak popularne w naszym języku wyrażenie „kocia muzyka” też nie pochodzi od czynionych przez nich w marcu hałasów. Nawiązuje do tak zwanych kocich organów – koty zamykano w drewnianych pudłach, z których wystawały tylko ich ogony, a do nich przywiązywano sznurki i ciągnięto za nie za pomocą specjalnych klawiszy, co jak łatwo odgadnąć musiało wywoływać przeraźliwe miauczenie torturowanych futrzaków. Słynny „koncert” tego typu urządzono w Brukseli w 1547 roku na cześć samego cesarza Karola V Habsburga. W wielu wypadkach sznurki zastępowano kolcami wbijającymi się w ciała kotów. W Burgundii nie zadawano sobie aż tyle trudu – ręcznie wyrywano kotom futro. Zaś w Ypres we Francji, na dorocznym festynie, zrzucano koty z wieży kościelnej. Zwierzęta ku radości plebsu rozbijały się o bruk, a te, które przeżyły … zwiastowały urodzaj.  

Dzisiaj już nie uprawiamy podobnych praktyk. Nie w Europie. Natomiast uprawia się to dalej w Nowej Zelandii. W ostatnich dniach w North Canterbury w Nowej Zelandii w polowaniu na koty wzięło udział ponad 1500 osób, w tym 440 dzieci. Zwycięzca tego konkursu zabił 65 kotów, za co otrzymał nagrodę w wysokości 500 nowozelandzkich dolarów. Za złapanie i uśmiercenie największego kota można było zdobyć nagrodę w wysokości 1 tys. dol. Zwierzęta zostały zastrzelone lub schwytane w pułapki, zabite, wypatroszone i obdarte ze skóry. Dalszy ciąg średniowiecznych tradycji? Otóż nie, tym razem projekt o wdzięcznej nazwie Predator Free2050.

Lata izolacji Nowej Zelandii spowodowały, że wytworzyło się tu wiele endemitów, a zdziczałe i domowe koty stanowią dla nich poważne zagrożenie. Drapieżniki te rozmnażają się bardzo szybko i skutecznie polują na ptaki, jaszczurki, nietoperze i owady. Nowozelandzkie organizacje zajmujące się ochroną przyrody (ciemne jak tabaka w rogu, jak wszystkie organizacje ekologiczne) od dawna już wzywały do włączenia zdziczałych kotów do programu zwalczania szkodników i wreszcie dopięły swego. Celem tego programu jest totalne wyeliminowanie oposów, szczurów, gronostajów, dzikich kotów, jeży i fretek do roku 2050. Projekt „Predator Free 2050” zakłada uwolnienie kraju od wszystkich gatunków inwazyjnych, bowiem żaden z tych ssaków nie występuje tu naturalnie. Wszystkie więc mają definitywnie zniknąć.

Uważam, że jeżeli program ma być konsekwentny, to po wytępieniu wyżej wspomnianych gatunków powinna przyjść pora na białego człowieka. Argumenty? Proszę bardzo: biały człowiek jest w najpełniejszym tego słowa znaczeniu gatunkiem inwazyjnym, wielkim szkodnikiem i nigdy nie występował w Nowej Zelandii w stanie naturalnym.