Europejskie Jonestown

W ostatnich dniach grudnia zeszłego roku pisałem na tym blogu, we wpisie Dobra, cicha metoda, o zjawisku podmiany populacji. Dzisiaj czytam w wiadomościach, że Parlament Europejski chce, by kraje EU dobrowolnie wpłacały na fundusz, który sfinansuje aborcje kobietom, które przyjadą z krajów, gdzie aborcja jest zakazana, do krajów, gdzie jest legalna. Z jednej strony mamy więc hiobowe w tonie raporty o zastraszającym niżu demograficznym w Europie, który prowadzi do starzenia się społeczeństw, depopulacji, problemów z rynkiem pracy, załamania systemu opieki zdrowotnej i systemu emerytalnego, a nawet zamykania szkół i uczelni, a z drugiej tworzy się fundusz, który ma przyczynić się do jeszcze większego zaostrzenia tej tendencji. Jednocześnie szeroko i bezmyślnie otwiera się europejskie granice, przyjmując wszystko, co tylko posiada kończyny dolne i jest w stanie poruszać się za ich pomocą – przy czym osobnikom tym oferuje się pełne utrzymanie i nie stawia się żadnych wymagań. Czy jest w tym jakaś logika? 

Niestety, sądzę, że jest. I wyraża się prostą alternatywą: albo w myśleniu współczesnych Europejczyków nastąpił całkowity zanik umiejętności postrzegania związku między przyczyną a skutkiem albo jest to świadoma i zbrodnicza działalność, która ma w konsekwencji spowodować podmianę europejskiej populacji. Pierwszy człon tej alternatywy, choć nie całkiem nieprawdopodobny, co można poprzeć dziesiątkami przykładów, wciąż jeszcze nie przybrał jednak znamion ogólnej atrofii, drugi natomiast wydaje się być więcej niż prawdopodobny. Jesteśmy więc być może świadkami czegoś, co można porównać do zbiorowego samobójstwa w Jonestown – tyle że w niewyobrażalnie większej skali i rozpisanej na dziesiątki lat.

Gebbels i inni

Na Facebooku Andrzej Koraszewski odnosi się do wypowiedzi na Twitterze byłego premiera Mateusza Morawieckiego, który stwierdził, że Żydzi, którzy przeżyli hekatombę niemieckiej okupacji, przeżyli ją dzięki Polakom. Poznałem p. Koraszewskiego jeszcze w czasach, gdy pomieszkiwał w Szwecji i wysoko ceniłem za umiar i rozsądek. Tym bardziej zaskoczyły mnie jego słowa o tym, że Polacy są współodpowiedzialni za śmierć Żydów nie mniej niż Niemcy, a (w domyśle) może nawet bardziej, bowiem zawsze Żydów nienawidzili i – korzystając z historycznej okazji – chętnie pomagali Niemcom w dziele eksterminacji. Bo tylko tak można jego słowa odczytać.

A. Koraszewski utrzymuje, że decyzja o eksterminacji Żydów w krajach okupowanych przez nazistowskie Niemcy została podjęta po starannych badaniach, że narody podbite nie będą specjalnie protestować. Nie bardzo rozumiem o jakich formach „protestu” p. Koraszewski mówi w tym kontekście (strajk „okupacyjny” czy może coś w rodzaju marszu równości z aktywistami LGBT na czele?) i nie bardzo również pojmuję na czym miałyby polegać owe „staranne badania” oraz do czego byłyby Niemcom potrzebne, skoro i bez badań doskonale wiedzieli, że w zdecydowanej większości krajów Zachodu nikt Żydów nie będzie ani ukrywał ani ratował. I nie pomylili się zresztą. Znajduję też wysoce dziwnym, że A. Koraszewski, doskonale z historią obeznany, przeoczył znamienny fakt, że kara śmierci za pomaganie Żydom została wprowadzona przez Niemców zaledwie w kilku krajach – w Polsce, ZSRR i krajach bałkańskich. W pozostałych okupowanych krajach było to całkowicie zbyteczne: chętnie pomagały w wysyłaniu Żydów do komór gazowych, mimo że w krajach tych za pomoc Żydom groziły co wyżej konfiskata majątku lub więzienie. Jest szalona różnica między pomaganiem innym ludziom, gdy nie grozi ci utrata życia, a sytuacją w której nie jest to żadna groźba, lecz pewna śmierć. A mimo tego wśród 28 tysięcy osób, którym Państwo Izrael, państwo żydowskie, przyznało tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata, najwięcej, bo aż 7232 osoby pochodzą z Polski. Na drugim miejscu tej listy znajdują się Holendrzy, 5982 mieszkańców tego kraju, którzy pomagali Żydom ryzykując … konfiskatę majątku. Istotnie, A. Koraszewski ma rację, gdy pisze, że proporcje tych, którzy popierali nazistowskie zbrodnie, do tych, którzy narażali własne życie w obronie bliźnich mówią same za siebie, choć rozumie to, niestety, opacznie.  

To przykre, ale mój szacunek dla p. Koraszewskiego kurczy się w miarę zapoznawania się z jego tekstem. Nie tylko używa zwodniczych, tendencyjnych i nieadekwatnych zwrotów typu zbrodnie nazizmu, nazistowskie Niemcy, ale idzie jeszcze dalej i utrzymuje, że za zbrodnie nazizmu odpowiada cała Europa. Chciałoby się rzec: Drogi p. Andrzeju, odpuść Pan sobie, bowiem za moment prześcignie Pan nawet Gebbelsa. Wojna jest straszna, wojenne wybory należą do najtrudniejszych przed jakimi człowiek staje, a Pan, na Pańskie szczęście, wie o tym niewiele albo zgoła nic i najstosowniej w tej sytuacji byłoby okazać choćby odrobinę pokory. Czego w imię dawnej przyjaźni szczerze Panu życzę.  

Predator Free 2050

W dawnej Europie nie kochano kotów. Leonardo da Vinci, który utrzymywał, że każdy kot jest dziełem sztuki, był odosobnionym przypadkiem. Kotom łamano kości, obcinano ogony, palono żywcem, wieszano, torturowano na wszystkie możliwe sposoby. Czyniono to dla żartu, dla rozrywki, a najczęściej z powodu … czarów. W tamtych czasach wierzono bowiem, że kot to diabeł lub czarownica incognito. Naturalnie, prześladowania dotknęły przede wszystkim koty czarne, co tłumaczy dlaczego to umaszczenie jest stosunkowo rzadkie jeszcze i dzisiaj. Tak popularne w naszym języku wyrażenie „kocia muzyka” też nie pochodzi od czynionych przez nich w marcu hałasów. Nawiązuje do tak zwanych kocich organów – koty zamykano w drewnianych pudłach, z których wystawały tylko ich ogony, a do nich przywiązywano sznurki i ciągnięto za nie za pomocą specjalnych klawiszy, co jak łatwo odgadnąć musiało wywoływać przeraźliwe miauczenie torturowanych futrzaków. Słynny „koncert” tego typu urządzono w Brukseli w 1547 roku na cześć samego cesarza Karola V Habsburga. W wielu wypadkach sznurki zastępowano kolcami wbijającymi się w ciała kotów. W Burgundii nie zadawano sobie aż tyle trudu – ręcznie wyrywano kotom futro. Zaś w Ypres we Francji, na dorocznym festynie, zrzucano koty z wieży kościelnej. Zwierzęta ku radości plebsu rozbijały się o bruk, a te, które przeżyły … zwiastowały urodzaj.  

Dzisiaj już nie uprawiamy podobnych praktyk. Nie w Europie. Natomiast uprawia się to dalej w Nowej Zelandii. W ostatnich dniach w North Canterbury w Nowej Zelandii w polowaniu na koty wzięło udział ponad 1500 osób, w tym 440 dzieci. Zwycięzca tego konkursu zabił 65 kotów, za co otrzymał nagrodę w wysokości 500 nowozelandzkich dolarów. Za złapanie i uśmiercenie największego kota można było zdobyć nagrodę w wysokości 1 tys. dol. Zwierzęta zostały zastrzelone lub schwytane w pułapki, zabite, wypatroszone i obdarte ze skóry. Dalszy ciąg średniowiecznych tradycji? Otóż nie, tym razem projekt o wdzięcznej nazwie Predator Free2050.

Lata izolacji Nowej Zelandii spowodowały, że wytworzyło się tu wiele endemitów, a zdziczałe i domowe koty stanowią dla nich poważne zagrożenie. Drapieżniki te rozmnażają się bardzo szybko i skutecznie polują na ptaki, jaszczurki, nietoperze i owady. Nowozelandzkie organizacje zajmujące się ochroną przyrody (ciemne jak tabaka w rogu, jak wszystkie organizacje ekologiczne) od dawna już wzywały do włączenia zdziczałych kotów do programu zwalczania szkodników i wreszcie dopięły swego. Celem tego programu jest totalne wyeliminowanie oposów, szczurów, gronostajów, dzikich kotów, jeży i fretek do roku 2050. Projekt „Predator Free 2050” zakłada uwolnienie kraju od wszystkich gatunków inwazyjnych, bowiem żaden z tych ssaków nie występuje tu naturalnie. Wszystkie więc mają definitywnie zniknąć.

Uważam, że jeżeli program ma być konsekwentny, to po wytępieniu wyżej wspomnianych gatunków powinna przyjść pora na białego człowieka. Argumenty? Proszę bardzo: biały człowiek jest w najpełniejszym tego słowa znaczeniu gatunkiem inwazyjnym, wielkim szkodnikiem i nigdy nie występował w Nowej Zelandii w stanie naturalnym.

Wizja Eliade

Czytam raz jeszcze „Dziennik emigranta” M. Eliade i pod datą 27 lipca 1964 roku znajduję takie słowa: Za pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat świat zmieni się całkowicie – zmieni się wszystko, i kultura, i sens życia, i wartości moralne. Zrodzi się inny świat, które będzie może równie twórczy i „interesujący”, jak ten, który zaczął swoją egzystencję w Grecji, w siódmym wieku przed Chrystusem. Tym niemniej nasz świat zniknie i to dokona się być może w sposób jeszcze bardziej tragiczny niż w przypadku Bliskiego Wschodu czy Grecji. Wyobrażam sobie na przykład Europę zamieszkałą przez ludność azjatycką czy afrykańską, przez inteligentnych i wykształconych ludzi, którzy będą się przechadzali ulicami historycznych miast, nie rozumiejąc wcale ducha tych miejsc (podobnie jak Anglicy w Kalkucie, przechodzący każdego dnia przed hinduskimi świątyniami bez najmniejszego zainteresowania nimi, co brało się z pogardy lub z nienawiści).

Prawie spełniona wizja. Z tym drobnym zastrzeżeniem, że dzisiaj ulicami europejskich miast, pełnych historii i zabytków, nie przechadzają się wcale jacyś inteligentni i wykształceni ludzie z Azji czy Afryki, lecz pół albo i pełni analfabeci z tych kontynentów, którzy nie tylko nie rozumieją ducha tych miejsc, ale nawet nie zadają sobie trudu, by go zrozumieć czy choćby poczuć. I nie bierze się to wcale z pogardy, lecz z niemaskowanej nienawiści – do okazywania pogardy jeszcze nie dorośli. Pogarda, która jest rodzajem fałszywej dumy, długo jeszcze nie będzie im dostępna.

Klitoridektomia

Klitoridektomia, ohydna praktyka wycinania kobietom łechtaczek, jest nielegalna w całej Europie. Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy uznało nawet, że okaleczanie żeńskich narządów płciowych stanowi pogwałcenie praw człowieka i zobowiązało rządy do surowego karania takich przypadków. W niczym to nie przeszkadza jednak, by setki tysięcy kobiet z rodzin islamskich zamieszkujących Europę wciąż poddawane były tej barbarzyńskiej praktyce. Tylko w Niemczech, według statystyk sprzed paru lat (aktualnych danych nie znalazłem), odnotowano ponad 60 tys. takich „zabiegów”. A mimo tego nie znamy do tej pory ani jednego (sic!) przypadku w Europie, by kogoś za to skazano. Nielegalne, karalne i … bezkarne.

Może należałoby wreszcie postawić sobie i szczerze odpowiedzieć na pytanie, czy Europa, która nie ośmiela się zmierzyć z czymś tak jednoznacznym i odrażającym jak okaleczanie kobiet, będzie kiedykolwiek w przyszłości zdolna do obrony swoich innych, a do tego znacznie subtelniejszych wartości?   

Rzecznik prasowy przemytników

Śmierć migrantów na morzu to hańba dla naszego społeczeństwa i bolesne wołanie, które nie może pozostawić nas obojętnymi, woła rzecznik prasowy Związku Przemytników Ludzi, papież Franciszek, i proponuje hojne otwarcie naszych granic tudzież serc. Europa Zachodnia od wielu już lat konsekwentnie podcina sobie żyły, a dziś do tego klubu samobójców oficjalnie dołączył katolicki Kościół. Jest więc wielce prawdopodobne, że ten dotychczas dość niemrawy proces znacznie przyśpieszy, niestety.  

Po tym absurdalnym exposé Franciszka wracam do moich notatek ze znakomitej i dzielnie przez wszystkich przemilczanej pracy „Przedziwna śmierć Europy”. Jej autor, Douglas Murray, nie ma wątpliwości co do tego, że niekontrolowana migracja jest tykającą bombą, która wcześniej czy później wysadzi w powietrze europejską demokrację, co już dziś obserwujemy niemal w całej Zachodniej Europie, a jego praca ukazała się przecież ledwo sześć lat temu, w 2017 roku. Murray utrzymuje, że rzeczywistym powodem napływu migrantów do Europy jest fakt, że Europa sama wykreowała się na pożądany cel takich przedsięwzięć nie tylko nie wprowadzając jakichkolwiek ograniczeń i nie stawiając praktycznie rzecz biorąc żadnych wymagań, ale do tego jeszcze reklamując się jako zacna i dobra ciocia, która „pozwoli przybyszom pozostać, kiedy już się tam znajdą. Ludzie ciągną do Europy na wskutek wiedzy, że tamtejsze państwa opiekuńcze zajmą się nimi oraz że nawet jeżeli świadczenia nie będą bardzo hojne, imigranci będą żyli na wyższym poziomie i cieszyli się szerszym zakresem praw niż w innych częściach świata, nie mówiąc o krajach pochodzenia”. Nie jest to więc, jak chcieliby to widzieć niektórzy, kwestia ekonomicznej atrakcyjności Europy, bowiem wdzierające się tutaj hordy roszczeniowych półanalfabetów, głównie z krajów islamskich, wcale nie przybywają w tym celu, by pracować. Ten problem nie dotyka przecież w takim stopniu innych obszarów świata. Nie doświadczają tego Chiny, druga co do wielkości gospodarka świata, ani Japonia, która wprowadziła przepisy, które niezwykle skutecznie powstrzymują, zniechęcają i utrudniają imigrację ani nawet kraje emirackie, ostentacyjnie i obrzydliwie bogate, które nie życzą sobie i nie przyjmują swoich uboższych islamskich braci, mając w nosie jeden z pięciu filarów islamu czyli zakat, jałmużnę.

Obserwując ten proceder, który tak entuzjastycznie popiera papież Franciszek, nie sposób pozbyć się wrażenia, że w tym transferze islamu świadomie biorą udział już nie tylko zwykli przemytnicy, ale i pewne państwa.

Czarna śmierć

Zaraza Antoninów, zwaną także zarazą Galena, która pojawiła się w II wieku, pochłonęła prawdopodobnie ponad 5 milionów ludzkich istnień, ale spustoszeń w ludzkiej populacji na skalę niemal niewyobrażalną dokonała dżuma, zwana czarną śmiercią, która zaatakowała świat w okresie panowania cesarza Justyniana. Przyjmuje się, że pochłonęła ponad 200 milionów ofiar, zmarło wówczas od 30 do 60 proc. mieszkańców Europy (prawie 24 mln ludzi, podczas gdy Europę zamieszkiwało wówczas ok. 75 mln.), ale nie była ona fenomenem wyłącznie europejskim. Miała charakter pandemiczny, uśmierciła również około 30 proc. ludności Bliskiego Wschodu i mniej więcej 40 proc. mieszkańców Egiptu. Znakomity uczony arabski Ibn Chaldun w pracy „Muqaddimah” napisał: „Ludy Zachodu i Wschodu nawiedziła niszczycielska plaga. Przetrzebiła całe narody, niektóre zaś z nich wytraciła ze szczętem. Unicestwiła wiele dobrych stron cywilizacji i starła ją z powierzchni ziemi. Przeobraził się cały świat zamieszkany”. To trafny opis – oblicza się, że populacja świata potrzebowała aż 150 lat, by powrócić do stanu sprzed wybuchu epidemii.

Czarna śmierć pochodziła, jak większość epidemii, i tak samo jak dziś, z Azji Środkowej, z Kirgistanu lub Chin. Stamtąd, przyniesiona przez handlarzy, podróżujących jedwabnym szlakiem, trafiła na Krym. W 1347 roku na Krymie Mongołowie oblegali genueńską faktorię Kaffa, miasto znane w starożytności jako Teodozja, założone jeszcze w VI w. p.n.e. przez osadników greckich z Miletu. W czasie oblężenia mongolscy barbarzyńcy użyli czegoś, co można byłoby nazwać średniowieczną wersją broni biologicznej – ładowali swoje katapulty ciałami zmarłych na dżumę i wystrzeliwali je przez mury obronne. Ta nieludzka taktyka okazała się bardzo skuteczna, miasto szybko padło, ale w konsekwencji doprowadziło to do straszliwej i globalnej katastrofy. Uciekinierzy z ogarniętego epidemią miasta przenieśli dżumę do Konstantynopola, Sycylii, Marsylii i na Cypr, skąd miała już otwartą drogę do pozostałej części Europy, łącznie ze Skandynawią i Polską.

Salman Rushdi

Irańska Fundacja Wdrażania Fatw Imama Chomeiniego wyraziła uznanie dla człowieka, który w zeszłym roku zaatakował pisarza Salmana Rushdiego. Napastnikiem był 24-letni szyicki muzułmanin z New Jersey, który w trakcie imprezy literackiej w Nowym Jorku wbiegł na scenę i zadał pisarzowi kilka ciosów nożem. Salman Rushdie w wyniku ataku stracił wzrok w jednym oku i władzę w lewej ręce. Irańska Fundacja Wdrażania Fatw przyznała napastnikowi nagrodę w postaci 1000 metrów kwadratowych ziemi rolnej, a Mohammad Esmail Zarei, sekretarz Fundacji, złożył mu gratulacje: „Szczerze dziękujemy za odważny czyn młodego człowieka, który uszczęśliwił wszystkich muzułmanów.

Dla tych, którzy nie wiedzą, kim jest Salman Rushdie: nie jest tyranem z jakiejś bananowej republiki, nie jest poszukiwanym przez Interpol mordercą, nie jest zbrodniarzem jak Putin, Kim Dzong Un czy któryś ze zboczonych irańskich ajatollahów, nie jest terrorystą, liderem apokaliptycznej sekty, szefem mafii czy gangu handlującego narkotykami. Salman Rushdie jest świetnym pisarzem, autorem znakomitej powieści „Szatańskie wersety”, używa mózgu i rozumu i to wystarcza, by skazać go na śmierć. Gdy opętany islamski mnich Chomeini wydał na niego wyrok śmierci, na ulicach europejskich miast, z wyrazami poparcia dla tej decyzji, pojawiły się tłumy zdziczałych muzułmanów, nominalnych obywateli Europy. Głosów sprzeciwu i oburzenia tym barbarzyństwem prawie nie było. Żyjemy w światłych czasach.  

Polskie łzy

Polki walczyły nie tylko na polach bitew. Jeszcze przed Powstaniem Styczniowym zdołały wyjątkowo skutecznie doprowadzić Rosjan do wściekłości. A pomysł był genialnie prosty: po tzw. „pogrzebie pięciu”, pięciu manifestantów, zabitych przez Rosjan 27 stycznia 1861 r. w Warszawie, kobiety zaczęły powszechnie nosić tylko czarne żałobne suknie i żadnej biżuterii. A jeżeli pojawiała się przy ich strojach biżuteria, to była ona wyłącznie w kolorze czarnym, a jej motywy musiały przypominać kajdany lub łańcuchy. Dziś wydawać się to może nieistotne, ale wtedy było to genialne posunięcie. Zwróciło oczy całej Europy na Polskę. I bardzo szybko już nie tylko Polki ubierały się na czarno – czarne suknie lub chociaż czarne kapelusze, na znak solidarności lub po prostu, bo stało się to modne, zaczęły nosić kobiety w wielu krajach Europy. Ozdoby z czarnych dżetów zyskały nawet w Hiszpanii nazwę „polskie łzy”. Nawiasem mówiąc, taki polski krzyżyk nosiła również córka Karola Marksa.

Teodozjusz II

Antyczny świat został ostatecznie pogrzebany za rządów cesarza Teodozjusza. Edykty z 391 i 392 roku zakazywały absolutnie wszystkich form tradycyjnego kultu, zabroniono nawet palenia kadzidła i oddawania czci larom. Bezwzględnie niszczono posągi bogów, świątynie i amfiteatry. Pod rządami tego cesarza — przez chrześcijan określanego mianem Wielki — dokonano totalnej separacji społeczeństwa od prawdziwych duchowych korzeni Europy. Przedchrześcijańskie instytucje, dzieła sztuki, budowle, obyczaje i zwyczaje zostały skazane na zapomnienie i śmierć. Igrzyska olimpijskie zlikwidowano w roku 393. Znikły one z rzeczywistości europejskiej na 1503 lata. Wznowiono je w Atenach dopiero 6 kwietnia 1896. Teodozjusz  w swoim dekrecie z roku 423 oświadczył dumnie: paganos qui supersunt, tamquam iam nullos essse credamus (pogan, którzy pozostali, uznajemy za już nie istniejących). Mieszkańców prowincjach zachodnich cesarstwa, odmawiających przyjęcia wiary w Chrystusa, jeszcze u schyłku V wieku deportowano na Korsykę i Sardynię. Na Wschodzie, w połowie VI wieku, czyli w czasach panowania Justyniana I, siłą ochrzczono ponad 70 tysięcy ludzi, a w roku 529 zamknięto jedną z ostatnich ostoi ducha europejskiego — Akademię Ateńską. Nowa religia, chrześcijaństwo, wprowadziła się do Europy nie przez głoszoną miłość, lecz gwałt.

Niechlubna tradycja

„Tragedia templariuszy”, Michael Haag: Załoga zamku Beaufort na południowym krańcu doliny Bekaa w Libanie poddała się w 1268 roku. Wyśmienici muzułmańscy inżynierowie wojskowi zbudowali dwadzieścia sześć machin oblężniczych: taranów, wież i katapult, zakupiwszy drewniane ramy i metalowe części od kupców weneckich zawijających do portów egipskich.

Zachodni Europejczycy z chęci zysku wielokrotnie pomagali w islamizacji Bliskiego Wschodu. Wtedy i potem, wystarczy wspomnieć o niechlubnym udziale w upadku Konstantynopola. Z co najmniej równym zapałem pomagali także w sowietyzacji Europy Środkowej i Wschodniej jeszcze niedawno. W sierpniu 1920 roku lwowski Dziennik Ludowy informował, że tak zwane powszechne zrzeszenie niemieckich Związków zawodowych, Soc. Demokratyczna partia Niemiec oraz niemiecka partia komunistyczna ogłosiły następującą odezwę: Z dnia na dzień mnożą się pogłoski, że wojska koalicyjne gromadzą się nad Renem, że zwozi się tam materyał wojenny i żywność, aby wesprzeć Polaków w wojnie z Rosyą, rozpętanej przez polski rząd. Gdyby koalicya wymusiła przewiezienie transportów przez Niemcy, oznaczałoby to złamanie niemieckiej neutralności. Niemiecka klasa pracująca musi temu wszelkimi środkami przeszkodzić i odmówić współudziału przy próbach transportowania wojsk i amunicyi przez niemieckie terytoryum.

Z Dziennika Ludowego pochodzi również wiadomość o tym, co w tym samym czasie działo się w Pradze: wydział wykonawczy czesko-słowackiej soc. demokratycznej partyi robotniczej, przy współudziale członków prezydyum niemieckich socyalistów wydał odezwę, w której podnosi, że zwycięstwo Rosyi sowieckiej leży w interesie międzynarodowego socyalizmu. Cała tedy sympatya czesko-słowackiego i niemieckiego proletaryatu rewolucyjnego znajduje się w tej walce po stronie Rosyi sowieckiej.

A czy i dziś, w roku 2022, Europa jest już całkowicie wolna od tej nędznej i wielowiekowej tradycji?

Europejczycy

Do 23 lutego tego roku można było jeszcze żyć w mniej czy bardziej wątłym przekonaniu, a jednak przekonaniu, że „my, Europejczycy” to nie tylko Francuzi, Niemcy czy Włosi, ale również Polacy, Litwini, Estończycy, Łotysze, Słowacy, czyli cała ta nowa i odzyskana część Europy, którą w Jałcie beztrosko sprzedano ruskim chanom. Od 23-go lutego tylko idiota może jeszcze żywić nadzieję, że jesteśmy niepodzielną, równą Europą i że Polak jest równie dobrym Europejczykiem jak Niemiec.  

Chryzafiusz i inni

Bizancjum. Czasy Teodozjusza Wielkiego. Postacią wszechpotężną w owym okresie był główny minister cesarza, eunuch Chryzafiusz. Przez łapówki zgromadził ogromną fortunę, otwarcie spiskował przeciwko rodzinie cesarza, i w końcu osiągnął, co zamierzał – żona i siostra cesarza, niechętne mu, zostały usunięte z dworu. Od tego momentu stał się faktycznym władcą imperium. W grudniu 447 r. watahy Hunów pod wodzą Attyli pojawiły się pod murami Konstantynopola. Chryzafiusz jak zwykle preferował politykę ustępstw i, zamiast walczyć, złożył Attyli wiernopoddańczy hołd oraz wypłacił gigantyczne „odszkodowanie” – za fakt, że ten łaskawie zechciał wraz ze swoją hordą pofatygować się aż pod mury Konstantynopola. Ten upokarzający haracz ostatecznie kosztował imperium znacznie więcej złota niż jakakolwiek kampania wojskowa. Filobarbarzyńska polityka dzisiejszej Europy przypomina czasy Teodozjusza Wielkiego. Obecni władcy Europy, wzorem ich mistrza Chryzafiusza, składają barbarzyńcom kolejne hołdy i wypłacają kolejne „odszkodowania”. Heglowskie powiedzenie, że historia uczy, że ludzkość niczego się z niej nie nauczyła jest i najwyraźniej zawsze pozostanie aktualne. Świat jest pełen eunuchów, wszelkiej maści Chryzafiuszy, kunktatorów, histeryków, asekurantów i tchórzy. I Hunowie zawsze mogą na nich liczyć.

Lichwa

XIII wiek. Europa rozwija się gwałtownie. Potrzebne są pożyczki i kredyty, by móc wykarmić wygłodniałą gospodarkę. I tu pojawił się problem, bowiem wszechwładny Kościół zakazywał chrześcijanom zajmowania się lichwą. Benvenuti de Rambaldis da Imola, w komentarzu do „Boskiej komedii” Dantego, streszcza ten problem tyleż ironicznie, co precyzyjnie: „Ci, co zaangażują się w lichwę pójdą do piekła; a ci, którym się to nie powiedzie, popadną w ubóstwo.” Na szczęście Europa ma Żydów. Według prawa judaistycznego nie ma nic, czym by wyznawcy Mojżesza nie mogli się zająć, a z punktu widzenia stolicy apostolskiej Żydzi i tak byli skazani na wieczne potępienie. Wystarczyło więc oficjalnie pozwolić Żydom, by zajęli się tym „nędznym i niechrześcijańskim” procederem, czyli udzielaniem pożyczek i kredytów, choć zwykle po bardzo żydowskim procencie. Przyjmując nową rolę Żydzi szybko okazali się być niezastąpieni dla królów, możnowładców, szlachty oraz duchowieństwa, otrzymując z ich strony protekcję i tolerancję. Ofiarami naszych idiosynkrazji bywamy więc nie tylko w życiu prywatnym – ta sama zasada funkcjonuje również w życiu społecznym.

Europa

Europa przez ponad dwa tysiące lat zajmowała się budowaniem cywilizacji, a dzisiaj gorliwie zajmuje się jej demontażem. Nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo z zewnątrz, jak to miało miejsce w przypadku Rzymu, żadne dzikie plemiona, żadne bandy prymitywnych Germanów i Hunów nie stoją u jej wrót, a nawet gdyby stały, Europa byłaby zdolna rozwiązać ten problem bez szczególnego wysiłku. Nie, Europie nic podobnego nie zagraża, a jednak postanowiła z jakichś powodów popełnić samobójstwo i zajmuje się tym z konsekwencją i uporem. Może jednak wyjaśnienie jest banalnie proste: może Europejczycy wyczerpali się duchowo? Może czują już, że dojrzeli do zniknięcia i tęsknią za tym? Może nie mogą już unieść ciężaru swojej kultury? A może, po prostu, nie mają już żadnej wizji ani samych siebie ani swego świata? Cywilizacja jest żywa, dopóki marzy o tym, by wznosić katedry. Bowiem katedra to nie tylko kamień i cegła. Katedra to idea. To myśl. My nie wznosimy już katedr. Utraciliśmy płodny dar marzeń. Dzisiaj, dokładnie jak w proroczym wierszu pewnego aleksandryjskiego poety, znów z utęsknieniem wyglądamy barbarzyńców, przywołujemy ich nawet, radośnie wybiegamy im naprzeciw. Ale, jak mądrze zauważył Emil Cioran, tęsknota za barbarzyństwem jest zawsze ostatnim słowem cywilizacji.

Dziennik norymberski

Opis naocznego świadka masowej egzekucji dokonanej przez jedną z Himmlerowskich Einsatzgruppen, cytowany w pracy G. M. Gilberta „Dziennik norymberski”: Ci ludzie rozebrali się bez krzyku i płaczu, stali dookoła rodzinami w grupach, całując się nawzajem, żegnając się i oczekując na znak innego esesmana, który stał blisko wykopu, również z pejczem w ręku. Piętnaście minut tak stałem blisko, nie słyszałem lamentów ani próśb o litość. Obserwowałem ośmioosobową rodzinę, mężczyznę i kobietę, oboje około pięćdziesiątki, z dziećmi około roku, ośmiu i dziesięciu lat – oraz dwoma dorosłymi córkami, około dwudziestu, dwudziestu czterech lat. Starsza kobieta o siwych włosach trzymała w ramionach roczne dziecko, śpiewając mu i zabawiając je. Dziecko gaworzyło z zadowolenia. Małżeństwo miało łzy w oczach. Ojciec trzymał za rękę mniej więcej dziesięcioletniego chłopca i mówił do niego łagodnie; chłopiec walczył ze łzami. Ojciec wskazywał na niebo, potrząsał głową i zdawał się coś chłopcu tłumaczyć. W tym momencie esesman przy wykopie zawołał coś do swojego kolegi. Ten odliczył dwadzieścia osób i polecił im podejść do sterty ziemi. Wśród nich była rodzina, o której wspomniałem. Dobrze zapamiętałem dziewczynę, szczupłą i ciemnowłosą, która przechodząc obok mnie, wskazała na siebie i powiedziała: „Dwadzieścia trzy lata”. Przeszedłem koło ziemnego nasypu i znalazłem się przed olbrzymim grobem. Ludzie byli ciasno ściśnięci razem i leżeli jedni na drugich, tak że były widoczne tylko ich głowy. Prawie wszystkim krew z głów ściekała na ramiona. Niektórzy, postrzeleni, wciąż się poruszali. Kilku uniosło ręce i kręciło głowami, aby pokazać, że wciąż są żywi. Wykop był już wypełniony w dwóch trzecich. Oceniałem, że już zawierał około tysiąca osób. Rozejrzałem się za mężczyzną, który strzelał. Był to esesman – siedział na wąskiej krawędzi wykopu, ze stopami wiszącymi nad dołem. Miał na kolanach karabin maszynowy i palił papierosa. Kompletnie nadzy ludzie zeszli w dół po kilku schodkach wyciętych w gliniastej ścianie wykopu i gramolili się przez głowy ludzi tam leżących, do miejsca wskazanego przez esesmana. Kładli się na zabitych i rannych; niektórzy gładzili tych wciąż żywych, mówiąc do nich po cichu. Wtedy usłyszałem serię wystrzałów. Spojrzałem do wykopu i zobaczyłem, że ich ciała drgały albo leżały bez ruchu na ciałach pod nimi. Krew płynęła na ich ramiona.

Przez całe wieki wszelkiej maści ideolodzy oraz twórcy próbowali stworzyć przekonywującą i sugestywną wizję Piekła. Religijne (chrześcijaństwo), literackie (Dante), plastyczne (Bosch) wizje Piekła okazały się być żałośnie śmieszne w porównaniu z Piekłem stworzonym w czasie 2 wojny światowej przez zwykłych Niemców tu, na Ziemi. Dzisiaj Niemcy są znów niekwestionowanymi przywódcami Europy i dzięki naszej niewyobrażalnej głupocie cierpliwie budują IV Rzeszę. Co ja mówię? Już zbudowali.

Termy

Naukowcy obliczają, że same tylko termy Karakalli w starożytnym Rzymie (a pewnie i termy Trajana) potrzebowały nie mniej niż 10 ton drewna dziennie. Podziemia term Karakalli mogły pomieścić 2000 ton drewna, co stanowiło zapas na siedem miesięcy. Wielkich term było w Rzymie aż 11, pomniejszych około 800. A teraz spróbujmy pomnożyć to przez każde miasto i miasteczko Imperium Romanum, bo termy, większe czy mniejsze, były wszędzie. Skutek: wylesienie olbrzymich obszarów w Europie i basenie Morza Śródziemnego. Cywilizacja to szalenie kosztowne przedsięwzięcie. Barbarzyństwo jest tańsze, ale też i zdecydowanie mniej atrakcyjne.

Prosty zabieg

Plutarch Powiedzenia królów. Gdy Kserkses pokonał zbuntowanych Babilończyków, zakazał im noszenia broni. Zamiast tego wolno im było grać na harfie i na aulosie, utrzymywać domy publiczne, handlować oraz nosić fałdziste, niemal niewieście szaty. Herodot wspomina, że podobne zarządzenie wydał Lidyjczykom Cyrus Starszy, kierujący się radą Krezusa. Miało ono przyczynić się do zniewieścienia mieszkańców Lidii, a tym samym zapobiec ewentualnym buntom. Ten prosty zabieg funkcjonuje także i dzisiaj – już kolejne pokolenie w Europie gra na aulosie, uprawia prostytucję, handluje z entuzjazmem i ubiera się unisex czyli niebinarnie. Buntów nie będzie. 

Europejczyk

Andrzej Bobkowski: Europa to przede wszystkim człowiek, a trudno i darmo – gatunek człowieka psuje się ostatnio z zatrważającą szybkością. Europejczyk traci wszystkie te cechy, które stanowiły o jego wyższości dawniej: przedsiębiorczość, pęd do rozsądnego ryzyka, zdolność indywidualnego osądu, rozsądne nieposłuszeństwo. Wprost przeciwnie – stał się posłuszny Państwu i państwom obcym.

Zwyczajny faszyzm

W komunistycznej Polsce, jak we wszystkich pozostałych sowieckich lennach, wyrażanie swoich poglądów zawsze kończyło się tym samym: taka osoba szybko znikała z życia publicznego, a niekiedy znikała także fizycznie. W krajach zawirusowanych komunizmem, podobnie jak w germańskim raju Trzeciej Rzeszy, mogły istnieć tylko poglądy dozwolone. Żadne inne nie miały prawa bytu. Zazdrościliśmy zachodniej Europie, zazdrościliśmy całemu wolnemu światu, że może koegzystować głośno wyrażając i konfrontując swoje przekonania. Od pewnego czasu role odwróciły się. W zapisie Zamaskowany rasizm, sprzed paru tygodni, pisałem, że obecnie w Szwecji „prawdziwa demokracja” jest definiowana wyłącznie przez wielokulturowość, polityczną poprawność, liberalizm oraz relatywizm genderowy, że jakakolwiek dyskusja jest niemożliwa, z góry wykluczona, a każde inne stanowisko i każdy inny pogląd stemplowane są natychmiast jako rasizm i że stempel ten skazuje ofiarę na polityczny, socjalny, towarzyski, a niekiedy nawet zawodowy niebyt. Aktualnie doświadczył tego Alexander Bard, muzyk i pisarz, który na Twitterze skrytykował ruch Black lives matter twierdząc, że czarni, zamiast podpalać sklepy i niszczyć pomniki powinni raczej ostro zabrać się za naukę, pracę i przestać żyć z socjalnych zasiłków. W mediach, totalnie opanowanych przez medialnych świętych, niewinnych, dziewiczych i szlachetnych, zawrzało. Nie, nikt nie podjął z nim jakiejkolwiek polemiki, nikt nie przedstawił kontrargumentów, nikt nie postawił żadnych pytań. Natomiast kategorycznie zażądano jego głowy. Żądaniom świętoszkowato oburzonych miernot stało się zadość – z Bardem, jako jurorem w telewizyjnym programie Mam Talent zerwano kontrakt, o czym dumnie poinformowała rzeczniczka prasowa TV 4, a Partia Liberalna, której był członkiem, błyskawicznie usunęła go ze swoich szeregów. Wszystko w ciągu jednego dnia – podziwu godna maszyneria połączonych sił politycznej poprawności, silnego zaczadzenia alterocentryzmem i debilizmu. Pierwsze skojarzenie przywodzi na myśl słowo bolszewizm, ale myślę, że jest to zbyt umiarkowane i poczciwe określenie. To, co ma obecnie miejsce w Szwecji, i w całej bez mała Europie, to zwyczajny faszyzm.

Duszność maciczna

Histeria, zwana dusznością maciczną, przypisywana była w dawnych czasach głównie kobietom. Wiemy już jednak, że to zjawisko nie czyni płciowych rozróżnień. Histeryk jak dziś wiadomo odczuwa lęk, któremu mogą towarzyszyć dziesiątki symptomów: bóle brzucha, kołatanie serca, wzmożona potliwość, uczucie duszności, a w stanach bardziej zaawansowanych także uporczywa czkawka, nudności i wymioty, zawroty głowy, wysypka na ciele, zaburzenia oddawania moczu, zanik wrażliwości czucia. Nierzadkie są drgawki przypominające atak epilepsji, zaburzenia koordynacji ruchowej, problemy z chodzeniem, utrata wzroku, słuchu i mowy, płacz, lęk, krzyk, agresja. Histeria objawia się także skrajną emocjonalnością i nadpobudliwością, łatwo przeskakuje od euforii do rozpaczy. Nastroje te mogą być demonstrowane otoczeniu w szalenie ekspresywnej, przesadnej i teatralnej formie. Co gorsza, ataki histerii skutecznie eliminują zdolność do logicznego myślenia; pojawia się za to skłonność do szybkich i nieprzemyślanych reakcji. Histeryk jest skoncentrowany na samym sobie w sposób na określenie którego właściwie brakuje odpowiedniego słowa, bowiem słowa takie jak egoizm lub egocentryzm tylko częściowo oddają istotę tego zjawiska.

Cała Europa, cały zachodni świat cierpi dzisiaj na podobną duszność maciczną. I reaguje niemal dokładnie tak samo jak pojedynczy człowiek w takim stanie. Ostatnie dekady, przez nieustanne „uwrażliwianie” nas przez oszołomów liberalnej demokracji na nasze prawa, przywileje, możliwości, uprawnienia, specjalne względy, priorytety, korzyści, pierwszeństwa, uprzywilejowanie, roszczenia, pomoc spowodowały, że staliśmy się histerycznie wyczuleni na punkcie nas samych oraz naszych urojonych prerogatyw i swobód. W tym ogłupionym świecie nie tylko zresztą zwyczajni i porządni obywatele mają pakiet praw, który pęcznieje niemal z dnia na dzień, obejmując już nawet i to, co jest pogwałceniem podstawowych praw innego człowieka. Ten pakiet praw przysługuje w identycznym wymiarze także wszelkiej maści zboczeńcom, terrorystom, przestępcom, defraudantom, zbrodniarzom, etc. Wszyscy oni mają takie same prawa jak ci, którzy utrzymują ich pracując i płacąc podatki. Im też należy się więc prawo do życia, do pracy, prawo do szczęścia, do wykształcenia, do przyzwoitego mieszkania, do wypoczynku, opieki zdrowotnej, do zabezpieczenia finansowego, do adwokatów, odszkodowań, odzieży, urlopu w każdej egzotycznej części świata, rozrywki, programów sportowych w tv czy zasiłków. Prawa są dla wszystkich bez wyjątku. Amerykańscy twórcy Konstytucji bardzo rozsądnie sformułowali niegdyś prawo obywateli do poszukiwania szczęścia, nie zaś prawo do szczęścia. Zapomniała o tym i Ameryka i cały Zachodni świat. Człowiek ma bowiem prawo jedynie do tego, by podejmować takie działania, które mogą mu pomóc osiągnąć szczęście. Jednak w żadnym wypadku nie jest to równoznaczne z tym, że inni są zobligowani do tego, by go uszczęśliwiać. Ale dzisiaj nawet dawne i podstawowe prawo do życia, pomyślane jako prawo do utrzymania się z własnej pracy, interpretuje się jako gwarancję, że inni muszę łożyć na nasze utrzymanie.

Nagle pojawił się wirus, nasz prastary, choć nie zawsze pożądany znajomy, i okazało się, że nie mamy właściwie żadnych praw i cała ta liberalna paplanina, zapewniająca nas, że jesteśmy obywatelami świata i wszyscy mamy prawo do szczęścia i do „wszystkiego”, jest być może najbezczelniejszym blefem w naszej historii. Okazało się, że nie jesteśmy wcale i nigdy nie byliśmy „globalistyczni”, „panseksualni” i „wszechmocni”, i że potrzebujemy nie tylko ponownego wprowadzenia granic, ale przede wszystkim odzyskania szacunku dla naszych własnych ograniczeń, bo – o dziwo! – jednak takowe mamy. Wodzowie w dawnym Rzymie mieli zwyczaj odbywania triumfów, które były wyrazem uznania dla ich zwycięskich kampanii. Triumfator przemierzał miasto w rydwanie, a stojący za nimi niewolnik, trzymając złoty wieniec nad głową wodza, przez cały czas szeptał mu do ucha pewne słowa. Prawdopodobnie były to słowa Hominem te memento (Pamiętaj, że jesteś tylko człowiekiem) lub Memento mori (Pamiętaj, że umrzesz). Kto wie, może właśnie te słowa szepcze nam dzisiaj na ucho nasz stary znajomy, Covid 19?

Péter Esterházy

Péter Esterházy von Galántha, węgierski pisarz i eseista. Jego dziadek, Móric Esterhàzy, był premierem Węgier. Najbardziej znaczącym dziełem Esterházy`ego jest pochodząca z 2001 r. Harmonia caelestis, opis Węgier i Europy na tle historii własnej rodziny. Pisał ją nie mając pojęcia o trzydziestoletniej współpracy własnego ojca z Államvédelmi Hatóság, węgierskimi służbami bezpieczeństwa. Jego ojciec, Matyas, był ich agentem od 1957 roku do 1980. Jego syn i żona, na których zresztą donosił, byli przekonani, że jest jedną z tych odważnych postaci, które nigdy nie podporządkowały się komunistom.

I tyle, żyjąc całe dziesięciolecia obok siebie, wiemy o sobie nawzajem.

Europejskość

Polscy „oświeceni”, z Agnieszką Holland i wieszczem Adamem Zagajewskim na czele, czynią swoim mniej oświeconym rodakom zarzuty, że za wszelką cenę pragną być Polakami. Powinni być, według nich, Europejczykami. Powinni, dla własnego dobra, przemienić się w Europejczyków czym prędzej. Stać się Europejczykami. Czyli kim? Europejczyk mówiący po francusku jest jednak, o czym doskonale wiadomo, znacznie lepszym Europejczykiem niż Europejczyk mówiący po polsku. Także Europejczyk mówiący po niemiecku, albo po włosku, czy hiszpańsku, jest lepszym Europejczykiem. Europejczyk mówiący po polsku nigdy nie będzie Europejczykiem wystarczająco dobrym, by dorównać Europejczykom lepszym. Widać to zresztą na aktualnym przykładzie. Przyjeżdża z oficjalną wizytą do Polski francuski prezydent i poucza Polaków, jak ich rzeczywistość powinna wyglądać i jak powinna być urządzona. Gani to, co nie przypada mu do gustu. Podpowiada, jak rzeczy mają wyglądać. Według niego. Świat według Macrona. Sugeruje, co mogłoby zasługiwać na jego aprobatę. Czuje się do tego upoważniony. Jest przecież gościem, przyjechał do nas z wizytą i może, a nawet jego obowiązkiem jest decydować o tym, jak urządziliśmy nasze mieszkanie, jakie mamy w nim meble, dywany, kolory ścian i okiennych zasłonach. A teraz wyobraźmy sobie, że polski prezydent podczas oficjalnej wizyty we Francji zaczyna pouczać Francuzów, jak ma wyglądać ich rzeczywistość, jakie obrazy mają wieszać w pokojach stołowych, czy wytykać im infantylny gust i dawno niewietrzone mieszkania. Założę się, że natychmiast zostałoby to okrzyknięte chamstwem politycznym niewyobrażalnych rozmiarów. Jednak francuski prezydent może to zrobić, otwarcie i bezczelnie, a wszyscy polscy „oświeceni” dyskretnie udają, na czele z bardzo „oświeconym” ciałem profesorskim z Uniwersytetu Jagiellońskiego, że nikt nie puścił bąka w salonie. Uznają za to z dumą matołków, że obraźliwe opinie francuskiego prezydenta nie były dla nas szczególnie … pochlebne. Czy nie byłoby słusznie, kochani jaśniepaństwo, stać się najpierw Polakami, zanim zacznie się marzyć o tym, by stać się Europejczykami? Nie wątpię, że tylko po tym zabiegu Europejczyk mówiący po polsku nie będzie traktowany z lekceważeniem przez Europejczyka mówiącego po francusku.

Choroba autoimmunologiczna

N. H. Lents w pracy „Człowiek i błędy ewolucji” pisze, że choroby autoimmunologiczne są skutkiem pomylenia tożsamości. Mechanizm jest prosty. Układ odpornościowy jakiejś osoby po prostu „zapomina” (lub nigdy się nie nauczył), że jakieś białko czy komórka organizmu należy do niej, a nie do agresora. Skoro nie rozpoznaje własnych komórek, atakuje je z tym większym zapałem, a w wyniku tego „dochodzi do tragicznego w skutkach ostrzału własnych pozycji”.

W dzisiejszej Europie identyczny proces odbywa się także na poziomie kultury. Jest to niemal ta sama autoimmunologiczna choroba. Brak kulturowej tożsamości powoduje, że z zapałem atakujemy samych siebie i własną kulturę. Zapominamy, a raczej nikt nas już nie uczy, kim jesteśmy i skąd przychodzimy. Dziś to kulturowe stwardnienie rozsiane anektuje coraz większe obszary Europy. Pod czujnym patronatem EU.

Islam raz jeszcze

Czy muzułmanie mogą przyjąć cywilizację łacińską? Nie wydaje się to być możliwe i zapewne nigdy nie będzie. Hedonistyczna Europa, mająca infantylne problemy z tożsamością, od długiego czasu spychająca swą łacińską tradycję na drugi plan, nie jest już dla nikogo wystarczająco atrakcyjnym modelem, nawet dla samych Europejczyków. Dzisiejsza Europa, podobnie jak schyłkowy Rzym, weszła w etap symulakry, znaków pustych i bezużytecznych, i wydaje się beztrosko wróżyć z nich o wiecznotrwałości swojej cywilizacji.

Imperia upadają. Rzym także upadł, ale Rzym walczył i do końca marzył o odbudowaniu własnej potęgi. Tymczasem nasza zjednoczona Europa, zaślepiona wpojoną jej ideologią poczucia winy, opluwania własnych tradycji i swojej historii, uniżenie tudzież pokornie zaprasza swoich oprawców. Europa nie uznaje ani swoich tradycji ani własnej kultury za dobro wyższe. Wstydzi się ich. Rezygnuje z nich w imię karykaturalnie pojętej tolerancji. W sytuacji, gdy w zamachach giną jej obywatele, woli usprawiedliwiać przestępców niż karać ich czyny. Europa jest słaba i, co gorsza, bezmyślnie szczyci się swoją słabością. O ile w przypadku Rzymu barbarzyńcy musieli walczyć o swoje łupy, o tyle my przynosimy je sami, w zębach, bez walki. Co więcej: cieszymy się, że barbarzyńcy napływają, a ich gwałty, rozboje, zamachy, a także obyczaje, w sposób oczywisty stojące w sprzeczności ze wszystkim, czym jest Europa, uważamy za nasze kulturowe zwycięstwo.

Islamska kolonizacja, której jesteśmy świadkami, to wstęp do bezpardonowej anihilacji tego wszystkiego, czym jest nasza Europa. W dawnym Rzymie procesy barbaryzacji i romanizacji uzupełniały się, przynajmniej do pewnego stopnia. Armia rzymska ulegała barbaryzacji, ale również ci barbarzyńcy, którzy stanęli w jej szeregach poddawali się świadomie lub mniej świadomie romanizacji. Uczyli się dyscypliny i taktyki, nabywali umiejętności operacyjnych i taktycznych. Zjawiskiem bardziej rzucającym się w oczy była jednak zdecydowanie barbaryzacja, która zaważyła nie tylko na stanie armii, ale całego państwa i jego losach ostatecznie. Czy islamskie hordy, wdzierające się obecnie do Europy, mają podobny stosunek do naszej kultury? Nie miejmy złudzeń: napływający do Europy muzułmanie nienawidzą wszystkiego, co europejskie, a zwłaszcza wszystkiego co – chrześcijańskie. Islam to stan umysłu, cywilizacja oparta na określonym systemie wartości, a także totalny system prawny. Jego wyznawcy nie chcą i nie mogą mieć żadnych względów dla tego, co zastaną: ich jedyną opcją jest wymazanie dziedzictwa ziem, które zasiedlają i wprowadzenie własnych rozwiązań, uznawanych za jedyne słuszne i jedyne możliwe. Plemiona barbarzyńskie, które najechały Imperium Rzymskie, podziwiały je. Kopiowały rozwiązania polityczne i administracyjne, które tam zastały, uważając je za lepsze, niemal wzorcowe. Napływający do nas muzułmanie ignorują nasze prawa, domagają się własnych praw, żądają szariatu. Czy ci, którzy wysadzili w powietrze posągi Buddy w Afganistanie lub Palmyrę długo będą wahać się, co zrobić z posągami Grecji czy arcydziełami zgromadzonymi w naszych muzeach i świątyniach? Dla muzułmanów istnieje tylko dar al-islam (ziemia islamu) albo dar al-harb (ziemia wojny). Już dziś tańczą na naszych pogrzebach. Jutro będą tańczyć na naszych grobach.

 

Nieatrakcyjny temat

Walka z ekspansją turecką zeszła na dalszy plan, gdy Europa odkryła Amerykę. Od tego momentu Europa patrzy już w inną stronę, krucjaty ustają, nikt nie przeciwstawia się temu, że Turcy zagarniają kolejne ziemie i kraje. Temat przestał być atrakcyjny.

Dzisiaj Osmanowie zagarniają kolejne kraje i ziemie, a Europa nie ma już żadnej nowej Ameryki do odkrycia. Pozostaje więc tylko, jak zawsze, patrzeć w inną stronę. Jaką tym razem?

Sankcje

Sankcje. Embargo na broń. Zamrożenie aktywów. Obostrzenia gospodarcze. Sankcje wobec Kuby. Sankcje wobec Rosji, wobec Iranu. Sankcje wobec Korei Północnej. A mimo tego i Iran, i Korea sprowadzają potrzebne im towary, technologię i broń. Sankcje nie są niczym nowym. Nie zostały wymyślone przez nasz wiek. Mają bardzo stary rodowód. Już w XIV wieku handel bronią i materiałami wojennymi, które wykorzystywano potem do walki z chrześcijanami, stał się problemem tak poważnym, że w 1372 roku papież Grzegorz XI dodał do bulli „In Coena Domini” zakaz dostarczania ich „Saracenom i innym wrogom chrześcijaństwa”. Świat islamu zapoznał się z działaniem prochu mniej więcej w tym samym czasie co Europa, jednak to Europejczycy zdobyli zdecydowaną przewagę zarówno w produkcji, jak i umiejętności korzystania z broni palnej. Rycerzom zakonnym z Rodos, joannitom, przypadł obowiązek egzekwowania papieskich sankcji, lecz mimo ich starań zyskowna kontrabanda kwitła w najlepsze. Tak jak dzisiaj. Turcy ponadto płacili hojnie i nie tylko złotem. Nagradzali także korzystnymi koncesjami i przywilejami handlowymi. To przyniosło pożądane przez nich rezultaty: już w XVI wieku żadna armia nie mogła mierzyć się z nimi w ilości dział i poziomie wyszkolenia kanonierów. Było to smutną „zasługą” chrześcijańskich renegatów oraz (przede wszystkim) włoskich kupców, wyznających jedynie kult pełnej sakiewki.

Łamanie papieskich sankcji miało zresztą różne formy. Ewidentnym tego przykładem była, znana także z naszej historii, bitwa pod Warną, w której zginął Władysław III. W tamtym przypadku problemem Turków była kwestia przerzucenia wojsk na europejski brzeg cieśniny. Z rozkazu papieża cieśnina była skutecznie blokowana przez Wenecjan. Turcy łatwo poradzili sobie z tą drobną przeszkodą – zapłacili za przetransponowanie swojej armii na europejski brzeg … Genueńczykom i 10 listopada 1444 roku pokonali sprzymierzone wojska węgiersko-polskie.

Warna przypieczętowała los Konstantynopola. 9 lat później Turcy stanęli pod potężnymi murami stolicy Bizancjum. Siły obrońców były bardzo skromne – 5000 Greków, około 200 łacinników i mieszkańcy oblężonego miasta. Kontyngent zachodnioeuropejskich żołnierzy tworzył oddział złożony z 700 Genueńczyków. Strona turecka miała przewagę co najmniej dziesięciokrotną. Atutem obrońców było tylko wyjątkowe położenie miasta i jego potężne mury. Brzegi trójkątnego półwyspu obmywają od południa fale Morza Marmara, a od północy głębokie wody zatoki Złoty Róg. Oba wybrzeża nie wymagały wznoszenia szczególnie silnych obwarowań – lądowanie od strony morza praktycznie uniemożliwiał bardzo silny prąd, zaś wody zatoki zablokowano potężnym łańcuchem, pływającym na drewnianych tratwach i zawieszonym pomiędzy murami a wieżą w Galacie – ufortyfikowanym mieście po drugiej stronie zatoki. Wejście od strony lądu zamykał natomiast Mur Teodozjusza. Liczył on 6,5 kilometra długości, jego grubość u podstawy wynosiła około 4,5 metra, wysokość 12 metrów. Co 50 – 60 metrów wzniesiono dwukondygnacyjne wieże, wystające przed czoło muru na 5 do 10 metrów. Mur składał się z trzech linii – szerokiej na 20 i głębokiej na 10 metrów murowanej, częściowo zalanej wodą fosy, stojącego za nią przedmurza wysokiego na 7,5 metra, również wzmocnionego wieżami i linii głównej. Bizantyjscy budowniczowie, spadkobiercy greckiej i rzymskiej myśli wojskowej, stworzyli fortyfikacje, które nie miały sobie równych w całym ówczesnym świecie.

Turcy byli jednak tym razem doskonale przygotowani, a to, między innymi, „dzięki” życzliwej pomocy zachodnich puszkarzy, z których jeden miał odegrać szczególnie doniosłą i haniebną rolę w tym dramacie. Był nim ludwisarz i artylerzysta o imieniu Urban, opętany ideą budowy ogromnej bombardy. Przybył do Konstantynopola w 1451 roku, prawdopodobnie pochodził z Węgier, choć kronikarze nie są do końca zgodni, co do jego narodowości. Cesarz Konstantyn XI wyraził zainteresowanie jego usługami, ofiarował mu nawet skromna pensję, choć nie miał wystarczających środków, by zrealizować marzenie Urbana. Zniechęcony ludwisarz opuścił więc dwór Konstantyna i udał się do Edirne, ówczesnej tureckiej stolicy, i tam zaoferował swoje usługi. Przyjęto go z otwartymi ramionami, hojnie obdarowano, dostał też polecenie odlania dział, które byłyby zdolne zburzyć mury Konstantynopola. Urban ochoczo zabrał się do pracy. Największe z odlanych przez niego dział ważyło 19 ton, miało 8 metrów długości, kaliber 750 milimetrów i strzelało na odległość do 1,5 kilometra kamiennymi kulami o wadze ponad pół tony. Sześćdziesiąt wołów, dwustu ludzi oraz oddział specjalny, który wyrównywał drogę – tyle było potrzeba, by przetransportować kolosa pod mury miasta. To monstrualne działo nie było jedynym w sułtańskiej artylerii. W czasie przygotowań do oblężenia Urban odlał kilkadziesiąt innych bombard o różnych kalibrach – następna co do wielkości strzelała pociskami o wadze 360 kilogramów, reszta miotała kule ważące od 23 do 90 kilogramów. Cała artyleria turecka, zgromadzona pod Konstantynopolem, liczyła łącznie 69 dział, podzielonych w czasie oblężenia na 14 lub 15 baterii. Po siedmiu tygodniach oblężenia, nocą 29 maja 1453 roku, sułtan Mehmed II posłał swoich żołnierzy do szturmu ostatecznego właśnie tam, gdzie działa Urbana spowodowały największe spustoszenia. Przez kilka godzin obrońcy odpierali jeszcze kolejne fale atakujących, ale była to już agonia.

Po zdobyciu Konstantynopola potomkom koczowniczych plemion z głębi azjatyckich stepów Europa wyraźnie przypadła do gustu. Wielokrotnie jeszcze starali się powiększyć swoje włości, a ich państwo nadal znajduje się na jej terytorium.

Durrell o komunizmie

Lawrence Durrell „Listy”: Mając okazję przyjrzeć się komunizmowi, jestem coraz bardziej przekonany, że amerykańskie polowania na czarownice i wszystko, co się z tym wiąże, są o wiele sensowniejsze, niż mogłoby się wydawać. My jednak jesteśmy wciąż przeżarci mętnymi ideami liberalnego socjalizmu i kapitalistycznym poczuciem winy, a z każdą kolejną deklaracją pakujemy się prosto w łapy tych świń. Tymczasem nie mamy żadnych powodów, by popierać marksizm-leninizm, gdyż system ten niszczy wszystkie wartości, których bronimy. Wiem, że nasza kultura jest przegniła, ale w porównaniu z TYM to kwitnąca dekadencja, bo przynajmniej nie pozbawia ludzi nadziei. Tymczasem komunizm to po prostu śmierć.

Europa to owczarnia pełna beczących i kudłatych socjalistów, którzy zdają się wcale nie zauważać, że socjalizm toruje drogę fanatykom.

Infantylizm

Nic tak skutecznie nie demaskuje infantylizmu Europejczyków, jak ich reakcje na dramatyczne wydarzenia. Nie ma w ich gestach ani cienia słusznego buntu, dumnego sprzeciwu, ani cienia wściekłości czy choćby złości. Jest tylko żałosny, dziecinny, płaski sentamentalizm – skowyt bezradnego szczeniaka.

Tomasz Jastrun

Zajrzałem na blog Tomasza Jastruna, co niekiedy czynię, choć jego podziw dla samego siebie i niemal sklerotyczne utyskiwanie na rzeczywistość skutecznie mnie od tego odstręczają. We wtorek 6 lutego zamieścił na blogu sarkastyczną uwagę à propos wrzawy o „polskie obozy zagłady”: Kaczyński twierdzi, że to walka o godność. Polacy najedzą się teraz godności i nareszcie będą chodzić godnie nabzdyczeni po scenie Europy, ciągnąc za sobą opinię antysemitów.

Polacy najedzą się teraz godności … Ileż pogardy w tym określeniu. Jastrun najwyraźniej nie jest Polakiem, w minionych dziesięcioleciach godności najadł się tyle, że ma od tego czkawkę, więc łatwo zrozumieć, iż wolałby, abyśmy chodzili „po scenie Europy” i bez godności i bez nabzdyczenia, ale za to z opinią filosemitów. Ale najbardziej przykre jest to, że ten skądinąd dobry poeta nie bardzo zdaje się wie do czego służy zwykła ludzka godność i do czego ludziom może być potrzebna. A może nawet zapomniał, co to jest ta godność? Może pamięta tylko, że było takie słowo i że było zbyteczne …