Wolfgang Behringer, niemiecki historyk, zajmujący się badaniami procesów czarownic, pisze o zadziwiającej zbieżności między kulminacjami prześladowań czarownic, a okresami mrozów i nieurodzaju w latach 1560-1574, 1583-1589, 1623-1630 oraz 1678-1698. Stabilizacja klimatu następuje dopiero w roku 1730 i od tego momentu wyraźnie poprawiają się również nastroje społeczne oraz charakter międzyludzkich relacji. Według Behringera stwierdzenie iż „słońce Oświecenia zakończyło erę polowań na czarownice” jest czymś więcej niż metaforą.
To słuszne spostrzeżenie. Pogoda ma tyleż znaczny co kapryśny udział w kształtowaniu naszej historii. Gdy w kwietniu 1360 roku angielska armia podążała w kierunku Paryża, niebo nagle zaciągnęło się chmurami i rozpętała się straszliwa burza. Pioruny biły w żołnierzy zamieniając ich metalowe zbroje w piorunochrony, a na ich głowy spadał grad wielkości gołębich jaj. Ich uderzenia miały taką siłą, że „ … kiedy zdjęto kolczugę z księcia Lancastera, okazało się, że żelazne kółka wbiły się w jego skórę i zostawiły na niej krwawe ślady. Konie i żołnierze ubrani tylko w skóry ginęli na miejscu – jak pisze Laura Lee w eseju „Traktat który spadł z nieba”. Pogoda wynagrodziła Anglikom tamtą klęskę już kilkadziesiąt lat później, w bitwie pod Azincourt, gdy 6 tys. Anglików pokonało 60-tysięczną armię Francuzów, a Wiktor Hugo w swojej powieści „Nędznicy” nie całkiem bezpodstawnie spekulował o losach Europy, gdyby w nocy z 17 na 18 czerwca 1815 roku pod Waterloo nie spadł ulewny deszcz. Przykłady można mnożyć niemal w nieskończoność. Przyroda pisze prosto nawet po liniach krzywych – my nazywamy to historią.