W starożytnych olimpiadach nie istniała klasyfikacja. Liczyło się tylko pierwsze miejsce, liczył się tylko zwycięzca, tylko ten, kto okazał się być najsilniejszy, najszybszy czy najsprawniejszy. Nie przyznawano i nie honorowano żadnego drugiego czy trzeciego miejsca – kto nie był zwycięzcą, ten był pokonanym, a pokonanym nie przysługiwały żadne względy. Zwycięstwo albo klęska. Pełny sukces lub całkowita porażka. Todo o nada. Starożytni nigdy nie stosowali nagród pocieszenia, a jeżeli – zwłaszcza w biegach – nie zawsze mogli rozstrzygnąć, kto ostatecznie zwyciężył, laurowy wieniec dedykowano bogu. Doskonale rozumieli, że wszystko poza pierwszym miejscem, poza zwycięstwem, jest jedynie nędzną nagrodą pocieszenia. I w zawodach i w życiu.
Świadectwem naszego duchowego skarlenia jest i to, że dzisiaj przyznajemy miejsce drugie, trzecie, wkrótce pewnie zaczniemy przyznawać miejsce czwarte i piąte, że honorujemy setne i tysiączne sekund, choć jest to fikcja, bo nasze oko nie rejestruje takich różnic, że honorujemy wszystkich. Przyznajemy nagrody za sam udział, bo boimy się zwyciężać i boimy się zwycięzców. Jedyne prawdziwe gry, które przetrwały jeszcze w naszym świecie, to gry hazardowe – w nich zwycięzca, jak w dawnej Olimpii, bierze wszystko.