Papież Leon XIV wezwał do zachowania niepodległości Wenezueli i przyznał, że z „duszą pełną niepokoju” śledzi rozwój wydarzeń po obaleniu Nicolasa Maduro, przez co powinniśmy chyba rozumieć, że niekompetentne i bandyckie rządy Maduro duszy papieża niepokojem nie napełniały. Podkreślił również konieczność poszanowania praw człowieka oraz rządów prawa „zapisanych w konstytucji” Wenezueli.
Czyżby papież nigdy i przez nikogo nie został poinformowany o tym, że Maduro został prezydentem po sfałszowaniu wyborów? Czy poszanowanie praw człowieka dotyczy także tych ludzi, którzy żadnych praw nie szanują? I co mógł mieć na myśli mówiąc o prawach „zapisanych w konstytucji”? Czy i kiedy Maduro, ten dość tępy, prywatny goryl Hugo Cháveza, respektował konstytucyjne prawa Wenezueli?
Leon XIV jeszcze w grudniu apelował do amerykańskiego prezydenta, by nie usuwał Maduro przy użyciu siły militarnej, uzasadniając to enigmatycznymi słowami, że dobro ukochanego narodu wenezuelskiego musi przeważyć nad wszelkimi innymi względami. Kim jest ów Leon XIV, jeżeli doskonale wiedząc, że ponad 8 milionów tego „ukochanego narodu” musiało uciec z kraju, a reszta zdycha z głodu pod rządami bandziora i uzurpatora, a mimo tego apeluje, by tego przestępcy nie usuwać „przy użyciu siły militarnej”?
Coraz częściej mam wrażenie, że ostatnim prawdziwym papieżem kościoła rzymskiego był Urban II. Reszta to zwykli przebierańcy.