Przebierańcy

Papież Leon XIV wezwał do zachowania niepodległości Wenezueli i przyznał, że z „duszą pełną niepokoju” śledzi rozwój wydarzeń po obaleniu Nicolasa Maduro, przez co powinniśmy chyba rozumieć, że niekompetentne i bandyckie rządy Maduro duszy papieża niepokojem nie napełniały.  Podkreślił również konieczność poszanowania praw człowieka oraz rządów prawa „zapisanych w konstytucji” Wenezueli.

Czyżby papież nigdy i przez nikogo nie został poinformowany o tym, że Maduro został prezydentem po sfałszowaniu wyborów? Czy poszanowanie praw człowieka dotyczy także tych ludzi, którzy żadnych praw nie szanują? I co mógł mieć na myśli mówiąc o prawach „zapisanych w konstytucji”? Czy i kiedy Maduro, ten dość tępy, prywatny goryl Hugo Cháveza, respektował konstytucyjne prawa Wenezueli?

Leon XIV jeszcze w grudniu apelował do amerykańskiego prezydenta, by nie usuwał Maduro przy użyciu siły militarnej, uzasadniając to enigmatycznymi słowami, że dobro ukochanego narodu wenezuelskiego musi przeważyć nad wszelkimi innymi względami. Kim jest ów Leon XIV, jeżeli doskonale wiedząc, że ponad 8 milionów tego „ukochanego narodu” musiało uciec z kraju, a reszta zdycha z głodu pod rządami bandziora i uzurpatora, a mimo tego apeluje, by tego przestępcy nie usuwać „przy użyciu siły militarnej”?

Coraz częściej mam wrażenie, że ostatnim prawdziwym papieżem kościoła rzymskiego był Urban II. Reszta to zwykli przebierańcy.

Hrabiowie i inni

W Polsce tytuły szlacheckie nigdy nie przyjęły się i nigdy nie uzyskały takiej popularności jak na Zachodzie. Ominął nas cały ten wodewilowy spektakl hrabiów i markizów, baronów i komesów, baronetów i margrabi. Wcześnie, bo już uchwałą sejmu z roku 1638 postanowiono, aby „tytułów żadnych, ani świeższych ani dawniejszych, któreby aequalitatem nobilitatis znosić miały, zażywać, ani nowych upraszać nikt nie powinien, i w kancelariach królewskich, grodzkich, ziemskich dawane, ani przyjmowane być nie mają, oprócz tych, które są w Unii przyjęte”. Tytuły comites i barones pojawiły się co prawda za Łokietka i Kazimierza Wielkiego, ale były to jedynie tytuły doradców królewskich. Nie były dziedziczne i nikt, kto nie pełnił funkcji wojewody, kasztelana, podkomorzego czy sędziego nie miał prawa ich używać. Kiedy król Jagiełło ożenił się z Elżbietą z Pileckich Granowską, która miała syna z pierwszego małżeństwa, zażyczył sobie, by jego pasierbowi nadano tytuł hrabiowski. Kanclerz koronny, Wojciech Jastrzebiec, zdecydowanie odmówił przyłożenia pieczęci, bo nie wolno mu było zatwierdzać czegoś, co było niezgodne z ustawami narodowymi. Nawet jeżeli było to życzenie króla.

Podobno pierwszym szlachcicem, który postarał się o tytuł hrabiego, był Rafał Leszczyński, pozostający w służbie cesarza Fryderyka III, i to od niego otrzymał tytuł hrabiego na Lesznie w roku 1476. Dopiero potem i inni zaczęli ubiegać się o pergaminy na hrabstwa austriackie. Chowali je jednak w swoich rodowych skarbcach, bo było nierozważnie i niebezpiecznie popisywać się nimi przed szlachtą. Następca Fryderyka II, cesarz Maksymilian, zorientował się w korzyściach płynących z próżności i pychy polskich szlachetków i szafował tytułami jeszcze hojniej. Tym samym sposobem i tanim kosztem zyskiwali sobie stronników kolejni austriaccy władcy, Karol, a potem Ferdynand. Najostrzej całą tę kwestię postawiła polska konstytucja z roku 1673 za Michała Korybuta, bo ustanowiła infamię i obłożyła hańbą wszystkich, którzy zabiegali o tytuły cudzoziemskie. Od tego czasu, niestety, zmieniło się wiele.

Szwajcaria i suwerenność

W maju tego roku szwajcarska władza wykonawcza, Rada Federalna, zakończyła negocjacje z UE i fakt ten właściwie, poza nielicznymi wzmiankami, przeszedł prawie niezauważony. Należy żałować, że prasa, „śmiała i odkrywcza” w demaskowaniu przejawów rasizmu, relacjach z życia celebrytów czy zachwytach o burzeniu kolejnych pomników w Europie i za oceanem, nie poświęciła temu wydarzeniu nieco więcej miejsca i uwagi, bo warto. Oznacza to bowiem koniec projektu przygotowywanej umowy handlowej między Szwajcarią i UE, a powód tego jest aż nadto wymowny: tekst tej umowy nigdy nie przeszedłby w powszechnym głosowaniu. IFA, czyli Międzynarodowe Stowarzyszenie Podatkowe, podważyłoby działalność wielu instytucji, które Szwajcarzy uważają za absolutnie kluczowe dla swojej polityki. Choćby tak znamienny fakt, jak to, że Szwajcaria nie posiada odpowiednika Sądu Konstytucyjnego czy Sądu Najwyższego – konstytucja tego kraju została przyjęta w imieniu kantonów, czyli państw członkowskich Konfederacji Szwajcarskiej oraz narodu. Oznacza to, że tylko naród może ocenić, czy ustawa jest zgodna z konstytucją. Tylko naród i nikt inny, co wydaje się zasadą więcej niż rozsądną. Tymczasem projekt tekstu Międzynarodowej Umowy Ramowej dawał Europejskiemu Trybunałowi Sprawiedliwości nie tylko możliwość osądzania szwajcarskich ustaw, ale nawet unieważniania powszechnych głosowań, czyli to mniej więcej z czym mamy w tej chwili do czynienia w Polsce, gdzie UE – z takich czy innych powodów – rości sobie prawo do decydowania o polskiej Konstytucji i praworządności.

Inną sporną sprawą było to, że Szwajcaria posiada swój własny system opieki społecznej, oparty na zasadach rynkowych, gdzie opieka ta uzależniona jest od indywidualnych składek, podczas gdy większość systemów socjalnych w UE jest finansowana przez państwo i ma odgórnie zdefiniowane świadczenia. Wspomniany projekt tekstu Międzynarodowej Umowy Ramowej przewidywał zastosowanie unijnej Dyrektywy o obywatelstwie także do Szwajcarii, co byłoby równoznaczne z obowiązkiem rozszerzenia świadczeń na innych Europejczyków, bez potrzeby płacenia przez nich składek. Federalizm szwajcarski polega, jak wiadomo, na swobodzie każdego kantonu do regulowania własnej gospodarki, w tym również do tworzenia norm lub organizacji znacznie różniących się od takich samych czy podobnych organizacji z innych kantonów, natomiast projekt tekstu przewidywał znacznie silniejszą harmonizację rynku szwajcarskiego, ograniczając, a pewnie z czasem nawet likwidując szwajcarski federalizm. Identycznie ze sprawą subsydiów i integralności rynku pracy – mimo tego, że Szwajcaria promuje wolną gospodarkę, kantony utrzymują wiele subsydiów, a szwajcarski rynek pracy jest chroniony przed imigracją. Projekt zawierał również sporo innych kwestii, problematycznych w kontekście szwajcarskiej polityki. W sumie jednak ostatecznym i bodaj najważniejszym czynnikiem, który przesądził o zakończeniu tych negocjacji, była kwestia suwerenności. Szwajcarzy najwyraźniej nie mają żadnych złudzeń co do politycznych apetytów UE i w przeciwieństwie do innych krajów, gdzie tej suwerenności nigdy nie było zbyt wiele, znakomicie znają jej cenę.  

Mi, prezydent Dulkiewicz

Wciąż niedorzeczna burza wokół słów Andrzeja Dudy o byłych sędziach Sądu Najwyższego, których nazwał komuchami. Głos w tej sprawie zabrała też prezydent Gdańska, Aleksandra Dulkiewicz. Mi jest wstyd, że głowa państwa mojej Ojczyzny używa takich słów, mówiąc o trzeciej władzy w demokratycznym państwie prawa jak stanowi Konstytucja RP” – wyznała.

Mnie też jest wstyd, gdy osoby zajmujące stanowisko prezydenta miasta, choćby to było tylko miasto Gdańsk, formułują się językiem szumowin i żuli. Pani Dulkiewicz była najwyraźniej nieobecna na lekcjach gramatyki, gdy poruszano problem zaimków w naszym języku. Może więc nie byłoby tak całkiem od rzeczy, gdyby ktoś zechciał jej przypomnieć, że zaimek ja ma dwie formy celownika: akcentowaną mnie i nie akcentowaną mi. Na początku zdania zawsze używa się tylko formy akcentowanej, podczas gdy nieakcentowanego mi użyjemy jedynie w środku zdania, np. Podaj mi podręcznik do gramatyki albo Oddaj mi przysługę i mów poprawnie. Używanie formy mi na początku zdania jest nie tylko niepoprawne. Jest to wyjątkowo prostacki i wulgarny kolokwializm. Mi się to podoba czy Mi się tak nie wydaje jest być może stosowne pod budką z piwem, ale na pewno nie w prasie czy mediach. Chyba, że jesteśmy z rodziny gdańskich misiów i mamy na nasze usprawiedliwienie fakt, że tego w Szkole Podstawowej nr 50 im. Emilii Plater nigdy nie uczono. 

Duszność maciczna

Histeria, zwana dusznością maciczną, przypisywana była w dawnych czasach głównie kobietom. Wiemy już jednak, że to zjawisko nie czyni płciowych rozróżnień. Histeryk jak dziś wiadomo odczuwa lęk, któremu mogą towarzyszyć dziesiątki symptomów: bóle brzucha, kołatanie serca, wzmożona potliwość, uczucie duszności, a w stanach bardziej zaawansowanych także uporczywa czkawka, nudności i wymioty, zawroty głowy, wysypka na ciele, zaburzenia oddawania moczu, zanik wrażliwości czucia. Nierzadkie są drgawki przypominające atak epilepsji, zaburzenia koordynacji ruchowej, problemy z chodzeniem, utrata wzroku, słuchu i mowy, płacz, lęk, krzyk, agresja. Histeria objawia się także skrajną emocjonalnością i nadpobudliwością, łatwo przeskakuje od euforii do rozpaczy. Nastroje te mogą być demonstrowane otoczeniu w szalenie ekspresywnej, przesadnej i teatralnej formie. Co gorsza, ataki histerii skutecznie eliminują zdolność do logicznego myślenia; pojawia się za to skłonność do szybkich i nieprzemyślanych reakcji. Histeryk jest skoncentrowany na samym sobie w sposób na określenie którego właściwie brakuje odpowiedniego słowa, bowiem słowa takie jak egoizm lub egocentryzm tylko częściowo oddają istotę tego zjawiska.

Cała Europa, cały zachodni świat cierpi dzisiaj na podobną duszność maciczną. I reaguje niemal dokładnie tak samo jak pojedynczy człowiek w takim stanie. Ostatnie dekady, przez nieustanne „uwrażliwianie” nas przez oszołomów liberalnej demokracji na nasze prawa, przywileje, możliwości, uprawnienia, specjalne względy, priorytety, korzyści, pierwszeństwa, uprzywilejowanie, roszczenia, pomoc spowodowały, że staliśmy się histerycznie wyczuleni na punkcie nas samych oraz naszych urojonych prerogatyw i swobód. W tym ogłupionym świecie nie tylko zresztą zwyczajni i porządni obywatele mają pakiet praw, który pęcznieje niemal z dnia na dzień, obejmując już nawet i to, co jest pogwałceniem podstawowych praw innego człowieka. Ten pakiet praw przysługuje w identycznym wymiarze także wszelkiej maści zboczeńcom, terrorystom, przestępcom, defraudantom, zbrodniarzom, etc. Wszyscy oni mają takie same prawa jak ci, którzy utrzymują ich pracując i płacąc podatki. Im też należy się więc prawo do życia, do pracy, prawo do szczęścia, do wykształcenia, do przyzwoitego mieszkania, do wypoczynku, opieki zdrowotnej, do zabezpieczenia finansowego, do adwokatów, odszkodowań, odzieży, urlopu w każdej egzotycznej części świata, rozrywki, programów sportowych w tv czy zasiłków. Prawa są dla wszystkich bez wyjątku. Amerykańscy twórcy Konstytucji bardzo rozsądnie sformułowali niegdyś prawo obywateli do poszukiwania szczęścia, nie zaś prawo do szczęścia. Zapomniała o tym i Ameryka i cały Zachodni świat. Człowiek ma bowiem prawo jedynie do tego, by podejmować takie działania, które mogą mu pomóc osiągnąć szczęście. Jednak w żadnym wypadku nie jest to równoznaczne z tym, że inni są zobligowani do tego, by go uszczęśliwiać. Ale dzisiaj nawet dawne i podstawowe prawo do życia, pomyślane jako prawo do utrzymania się z własnej pracy, interpretuje się jako gwarancję, że inni muszę łożyć na nasze utrzymanie.

Nagle pojawił się wirus, nasz prastary, choć nie zawsze pożądany znajomy, i okazało się, że nie mamy właściwie żadnych praw i cała ta liberalna paplanina, zapewniająca nas, że jesteśmy obywatelami świata i wszyscy mamy prawo do szczęścia i do „wszystkiego”, jest być może najbezczelniejszym blefem w naszej historii. Okazało się, że nie jesteśmy wcale i nigdy nie byliśmy „globalistyczni”, „panseksualni” i „wszechmocni”, i że potrzebujemy nie tylko ponownego wprowadzenia granic, ale przede wszystkim odzyskania szacunku dla naszych własnych ograniczeń, bo – o dziwo! – jednak takowe mamy. Wodzowie w dawnym Rzymie mieli zwyczaj odbywania triumfów, które były wyrazem uznania dla ich zwycięskich kampanii. Triumfator przemierzał miasto w rydwanie, a stojący za nimi niewolnik, trzymając złoty wieniec nad głową wodza, przez cały czas szeptał mu do ucha pewne słowa. Prawdopodobnie były to słowa Hominem te memento (Pamiętaj, że jesteś tylko człowiekiem) lub Memento mori (Pamiętaj, że umrzesz). Kto wie, może właśnie te słowa szepcze nam dzisiaj na ucho nasz stary znajomy, Covid 19?