Per Olov Enquist jest jednym z najbardziej znanych współczesnych pisarzy szwedzkich; publikowany, nagradzany, szanowany. Zajmował się też publicystyką. W maju 1975 roku, po zajęciu przez Czerwonych Khmerów Phnom Penth, pisał w „Expressen”:
Przez długie lata zachodni imperializm gwałcił azjatycki kraj, pozbawił życia prawie milion ludzi, zamienił piękne kambodżańskie miasto, centrum dawnej kultury, w getto, w dom publiczny. Ale lud powstał, oswobodził się, wyrzucił intruzów, uznał, że jego piękne miasto musi odzyskać twarz. Wtedy dom opróżniono i wzięto się do sprzątania. Zaczęto szorować podłogi i ściany, aby ludzie nie żyli tu w poniżeniu, tylko w spokoju i godnie. A na Zachodzie leją się krokodyle łzy. Dom publiczny jest opróżniony, trwa sprzątanie. Jedynie alfonsi mogą nad tym ubolewać.
Ten ludowy trybun literatury szwedzkiej, w wiele lat potem, w autobiografii pt. „Inne życie” przyznaje rozbrajająco naiwnie, że pomylił się i że wówczas, pisząc cytowane wyżej słowa, nawet nie wiedział, kim jest Pol Pot. Doprawdy? Jeżeli to prawda, to tylko gorzej.
Nabokov miał rację twierdząc, że pisarz, choćby najlepszy, romansując z polityką, staje się prędzej czy później zwykłą prostytutką. Przypadek Enquista znakomicie to ilustruje.