Trafiłem do Troi w późnojesienny, wręcz przeraźliwie zimny i wietrzny dzień. Niebo było ołowiane i niskie jak podnóżek, chłostał drobny, lodowaty deszcz. Byłem chory, miałem gorączkę, za sobą kilka złych, nieprzespanych nocach, czułem ból w każdym mięśniu, w każdym stawie mego ciała. Chciałem tylko spać, pragnąłem tylko zasnąć. Już u wejścia infantylny, drewniany koń, pseudomitologiczny disneyland. Dalej nie było wiele więcej. Kilka ciemnych, omszałych jam przypominających okopy z czasów I wojny światowej albo doły uliczne, niedbale rozgrzebane przed laty i tak pozostawione. Kilkaset metrów dalej rozległa równina, majacząca gdzieś w mgle i szarości i przeczucie odległego morza, Dardanele, Hellespont. Nie widziałem Skamandra, nie spotkałem Hektora ani Achillesa, przez moment pomyślałem o Odysie, zapomniałem całkiem o Parysie i Helenie. Stojąc przy Odeonie, nieprzyzwoicie nowym, bo tylko z drugiego wieku naszej ery, poczułem, że jedyna i jedynie prawdziwa wojna trojańska rozegrała się tylko w wyobraźni ślepego poety. A potem w naszej wyobraźni, twojej i mojej, w wyobraźni setek tysięcy ludzi. I że nigdy nie było innej wojny trojańskiej. A gdyby była, nigdy nie byłaby tak piękna …