Od czasów drugiej wojny światowej poczyniliśmy niewątpliwe postępy w dziedzinie, jeśli to tak określić, niemoralności. Hitlerowskie potwory albo unicestwiły się same albo też zostały osądzone i skazane. Najgłupiej wyszli na tym ci z nich, którzy wymierzyli sobie sprawiedliwość sami. Ich bardziej rezolutni koledzy i wspólnicy, którzy nie mieli tylu skrupułów, zasiedli potem w ONZ-cie, jak Kurt Waldheim. Ale ludzkość zmądrzała od czasów hitlerowskich romantyków i żaden ze zbrodniarzy z okresu po drugiej wojnie nie targnął się już na swoje życie. Ani im to było w głowie. Bo i kto? Stalin? Mao Tse tung? Pol-Pot? Ceausescu? Arafat? Saddam Hussein? Amin? Mobutu? Nie, oni nie byli aż takimi głupcami. Doskonale rozumieli, że jeżeli byłeś wystarczająco sprytny, by wymordować miliony ludzi, całe narody, to nic ci nie grozi. Karalne jest zabicie jednego człowieka czy kilku ludzi, bo wtedy jesteś potworem. Gdy natomiast mordujesz miliony, stajesz się postacią historyczną, a postacie historyczne są ponad prawem. Czy ktoś postawił przed sądem Pol-Pota, który wyrżnął niemal połowę swego narodu? Nie, facet został w nagrodę zaproszony na Forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ, gdzie zebrał gromkie oklaski.