Portrety

Bracia Goncourt, „Dziennik”. Znakomite portrety ich współczesnych

Baudelaire: Obok je kolację Baudelaire: bez krawata, z nagą szyją i ogoloną głową, jakby szedł na gilotynę. Jedyny wykwint to ręce: małe, wymyte, wypielęgnowane, gładkie. Głowa szaleńca, głos tnący niczym ostrze. Pedantyczny sposób mówienia; atakuje Saint-Justa i trafia go celnie.

Sainte-Beuve: Wysokie odsłonięte czoło łączy się z łysą i białą czaszką. Wielkie oczy, nos długi, ciekawy, łakomy, duże usta o nieładnym rysunku, szeroki uśmiech ukazujący białe zęby; policzki wypukłe jak szkło lupy; trochę żabi; różowa i dobrze odżywiona skóra w dolnej partii twarzy. Robi wrażenie inteligentnego prowincjusza, co spędza czas wśród książek, zamknięty w czterech ścianach biblioteki, pod którą znajduje się piwnica z zacnym burgundem; jest rześki, biały, krwisty.

George Sand: Pani Sand ma w sobie coś z widma, z automatu. Mówi głosem mechanicznym i monotonnym, który, zawsze jednaki, ani nie wznosi się, ani nie opada. W jej pozie jest powaga i godność słonia, spokój przeżuwacza. Przypomina zimne i spokojne kobiety z portretów Mierevelta, a zarazem przełożoną domu dla upadłych kobiet. Gesty powolne, somnambuliczne; od czasu do czasu takim samym gestem pociera woskową zapałkę i wtedy widać płomyk zapałki i żarzącego się papierosa. Żadnego światła w głosie, żadnej barwy w słowach.

Renan: Łeb cielęcia z czerwonymi plamami i stwardnieniami skóry małpiego zadka. Tęgi, krótki, źle zbudowany, głowa wciśnięta w ramiona trochę jak u garbusa, w twarzy coś z wieprza, ze słonia, oko małe, ogromny zwisający nos, cała twarz w cętkach. Z tej postaci wyglądającej niezdrowo, niekształtnej, brzydkiej dla oczu, brzydkiej moralnie, wydobywa się kwaśny i nieszczery głosik.