Trzy razy de Goncourt

Edmund i Juliusz de Goncourt, ”Dziennik”: Rzucam okiem na rodzinę narzeczonej, na matkę, braci, na nią samą. Straszne! Nakładają się na siebie, odpowiadają sobie, są niby seria modeli idiotyzmu w książce Esquirola; skóra w czerwonych smugach, skażona trądzikiem i blednicą; nosy ogromne, kretyńskie usta, policzki wydęte, oczy rozstawione, uciekające ku skroniom, jakby Pan Bóg ugodził ich pięścią u nasady nosa i tym ciosem ogłupił. A w tych oczach coś okropnego, nieruchomość i tępota bydlęca. Gatunek przy tym coraz większej ulegający degeneracji – jak w rodzinie błaznów upośledzonych, bękarcich, skarłowaciałych – aż po narzeczoną, która nieokreślonym spojrzeniem ogarnia zielone sukno wielkiego stołu i własną przyszłość, niczym krowa patrząca na przejeżdżający pociąg.

Kto dziś odważy się na taki opis? Kto użyłby takich słów? Walec politycznej poprawności rozjechał nas tak dokładnie i równo, że nie pozwalamy sobie nawet na to, by tak myśleć. A przecież takie czy podobne słowa, w podobnej sytuacji, często przychodzą nam na myśl. Jesteśmy dziś jak bezzębne hieny. W szczęśliwych czasach braci Goncourt hieny miały jeszcze zęby.

                                                                          ***

Niesłychanie trafna uwaga Edmunda de Goncourt odnośnie sztuki japońskiej. Japoński artysta potrafi z niewiarygodną precyzją oddać najdrobniejszy szczegół ze świata natury. Kwiat wiśni, żuraw brodzący w wodzie, poranna mgła, ryba w strumieniu czy słowik są prawdziwe i niepowtarzalne. Nic w przyrodzie nie umknie jego uwadze. Obserwuje ją jak kochankę, z czułością i wrażliwością. Twarz natomiast, jeśli to nie twarz teatralnie komiczna czy dramatyczna, zawsze jest hieratyczna: dwie szparki wyobrażają oczy, orle zgięcie nos, ustami są dwa płatki kwiatu. Celne spostrzeżenie. Japoński artysta nie „czyta” twarzy. Twarz niczego mu nie opowiada, twarz jest konwencją. Nie ma na niej uczuć. Uczucia mieszkają gdzieś indziej.

                                                                           ***

Edmund de Goncourt: Z całą tą blagą wokół Renana – wielkiego człowieka – należałoby wreszcie skończyć. Czy naprawdę ludzie nie widzą, że Flaubert bardziej zasługuje na honory, które oddaje się Renanowi; że spuścizna literacka powieściopisarza wzbogaca Francję w inny sposób niż spuścizna tego filozofującego rezonera, którego sława za dwadzieścia lat będzie bardzo problematyczna?

E. de Goncourt widział trzeźwo i wizjonersko. Renan nie istnieje. Flaubert wciąż istnieje i zachwyca.

Portrety

Bracia Goncourt, „Dziennik”. Znakomite portrety ich współczesnych

Baudelaire: Obok je kolację Baudelaire: bez krawata, z nagą szyją i ogoloną głową, jakby szedł na gilotynę. Jedyny wykwint to ręce: małe, wymyte, wypielęgnowane, gładkie. Głowa szaleńca, głos tnący niczym ostrze. Pedantyczny sposób mówienia; atakuje Saint-Justa i trafia go celnie.

Sainte-Beuve: Wysokie odsłonięte czoło łączy się z łysą i białą czaszką. Wielkie oczy, nos długi, ciekawy, łakomy, duże usta o nieładnym rysunku, szeroki uśmiech ukazujący białe zęby; policzki wypukłe jak szkło lupy; trochę żabi; różowa i dobrze odżywiona skóra w dolnej partii twarzy. Robi wrażenie inteligentnego prowincjusza, co spędza czas wśród książek, zamknięty w czterech ścianach biblioteki, pod którą znajduje się piwnica z zacnym burgundem; jest rześki, biały, krwisty.

George Sand: Pani Sand ma w sobie coś z widma, z automatu. Mówi głosem mechanicznym i monotonnym, który, zawsze jednaki, ani nie wznosi się, ani nie opada. W jej pozie jest powaga i godność słonia, spokój przeżuwacza. Przypomina zimne i spokojne kobiety z portretów Mierevelta, a zarazem przełożoną domu dla upadłych kobiet. Gesty powolne, somnambuliczne; od czasu do czasu takim samym gestem pociera woskową zapałkę i wtedy widać płomyk zapałki i żarzącego się papierosa. Żadnego światła w głosie, żadnej barwy w słowach.

Renan: Łeb cielęcia z czerwonymi plamami i stwardnieniami skóry małpiego zadka. Tęgi, krótki, źle zbudowany, głowa wciśnięta w ramiona trochę jak u garbusa, w twarzy coś z wieprza, ze słonia, oko małe, ogromny zwisający nos, cała twarz w cętkach. Z tej postaci wyglądającej niezdrowo, niekształtnej, brzydkiej dla oczu, brzydkiej moralnie, wydobywa się kwaśny i nieszczery głosik.