Problem w tym, że nikt nigdy nie jest szczęśliwy od „dzioba do ogona”, jak zwykł mawiać Rudyard Kipling. Zawsze pragniemy coś zmienić: nasze otoczenie lub znajomości, pejzaż za oknem, kolor włosów, kształt nosa lub ust, pracę, rozmiar biustu, ustrój społeczny lub świat. Lubimy zwłaszcza te zmiany, które mają nam przynieść to, na czym nam zależy lub dać nam to, czego bardzo pożądamy. Rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że zabawa ta wcale nie jest tak niewinna – i to niezależnie od tego, czy chcemy zmienić nawyki czy rzeczywistość. Paradoksalnie bowiem każda zmiana, choć ma prowadzić tylko do tego, czego sobie życzyliśmy, wywraca cały nasz świat do góry nogami i całkiem unieważnia lub monstrualnie deformuje pierwotny zamysł. Zwykle jest trochę tak, jak ze importem królików do Australii. Drobne i pozornie całkiem niewinne przedsięwzięcie przeradza się w katastrofę. Grzebiąc nie tylko we własnym, ale – co gorsza – i w cudzym życiu wszyscy upodabniamy się do doktora Frankensteina. Zawsze.