Immunologia niestosowana

O epoce Wielkich Odkryć Geograficznych nie mówi się obecnie inaczej niż w kontekście tragicznych skutków naszych spotkań z mieszkańcami nowych światów. Europejczyk, wdzierając się przemocą na nowe kontynenty, samą swoją obecnością, bo tylko za pomocą swoich wirusów, bakterii i rozmaitych chorob zdołał „wymordować” setki tysięcy amerykańskich Indian. Niektórzy dyskutanci nie poprzestają zresztą na takich śmiesznie niskich notowaniach. Słynna „historyk i demograf” Olga Tokarczuk twierdzi w swojej noblowskiej mowie, że śmierć zabrała wówczas 56 milionów z blisko 60 milionów rdzennych Amerykanów. Nie podaje, niestety, źródła tych zgoła fantastycznych cyfr. A szkoda, bo najwybitniejszy znawca tego tematu, Wenezuelczyk Angel Rosenblat (nota bene: urodzony w Węgrowie na Mazowszu), w swej pracy „Rdzenna ludność Ameryki od 1492 do dziś” udowodnił, że przed pojawieniem się Kolumba, liczba autochtonów w obrębie całego kontynentu była nieco wyższa niż 13 milionów, by następnie w okolicach 1570 r. spaść do 11 milionów, a później, po procesach krystalizacji narodów Ameryki Łacińskiej, osiągnąć szacunkowo 8 milionów w 1825 r. Jest pewne, że gruźlica, zapalenie płuc, ospa, grypa, odra nie występowały w odseparowanej niszy ekologicznej Indian, że nie posiadali obrony immunologicznej do walki z nimi, a ich organizmy nie dysponowały odpowiednimi przeciwciałami. Byli nieprzygotowani na patogeny, jakie przywieźli ze sobą Europejczycy. Pech chciał, że nie mieli też najmniejszego pojęcia o immunologii. Cortès i Pizzaro również mieli poważne braki w tej, niezbyt popularnej w ich epoce, dziedzinie wiedzy, ale fakt ten z punktu widzenia płaskiego prezentyzmu wcale nie umniejsza ich winy.

Tak przedstawiony problem zgodny jest z duchem liberalnej ewangelii, łaskawie nam dzisiaj panującej, ale nikt nie wspomina o tym, że ten sam mechanizm powinien był oddziaływać także w drugą stronę, to znaczy, że patogeny mieszkańców tamtych krain, na które z kolei Europejczycy nie mieli żadnej odporności, musiały powodować podobne  lub identyczne skutki. To byłoby logiczne, chyba że przyjmiemy, jak Szczęśliwy Ptak czy – jak kto woli – Atahualpa, że Europejczycy byli bogami i takie biochemiczne drobiazgi nie miały na nich żadnego wpływu. Niestety, nie byli, ale o tym nikt nie mówi się przy okazji takich dyskusji czy rozważań. Europejczycy, jako agresorzy, są z góry osądzeni i skazani. Tymczasem jest prawdą, że przenosili zarazki do odległych rejonów świata, ale prawdą jest także, że i sami padali ofiarą chorób przywleczonych z innych krajów. Straszliwym, choć niezamierzonym rewanżem miała okazać się kiła (syfilis), którą zarazili się od amerykańskich Indian. Hipoteza ta, długo i wytrwale odrzucana jako rasistowska i pozbawiona podstaw, znalazła ostateczne potwierdzenie w pracach szwedzkiego prof. Folke–Henschena. Już zresztą Hernando Colón wspominał w swojej książce o jakiejś tajemniczej chorobie, na którą chorowali europejscy koloniści – (…) poważna część ludzi, których zostawił na wyspie, zdążyła już była poumierać, zaś pośród ocalałych przeszło 160 chorowało na panią francę. Prawie natychmiast po powrocie do Europy z Ameryki umarł na syfilis jeden z towarzyszy Krzysztofa Kolumba, Martín Pinzón. Kiła rozprzestrzeniła się najpierw na całą Europę, a później, przenoszona przez marynarzy, na cały świat, zabijając miliony ludzi.