Droga do Indii

Wielki marsz na wschód wojsk Aleksandra Macedońskiego trwał 8 lat. Pieszo pokonali ponad 20 tys. kilometrów po górach, stepach, równinach, pustyniach i bezdrożach Azji południowej zanim dotarli do Indii. Po drodze walczyli, zdobywali pożywienie, zakładali miasta, zawierali sojusze, produkowali broń i, by pokonać rzeki, budowali statki i mosty. Jesteśmy w stanie to skonstatować, ale czy jesteśmy w stanie wyobrazić to sobie? Żyjemy w czasach, gdy lot z Aten do Bombaju zajmuje tylko nieco ponad siedem godzin, nasza przestrzeń jest inna, nasz czas jest inny. A teraz pomyślmy o tym, że żołnierze Aleksandra wcale nie zdążali do Indii. Indie nie były ich celem. Przez 8 lat, walcząc i ginąc, wędrowali prowadzeni czyimś marzeniem, by dotrzeć do końca znanego świata. Aleksander Macedoński zapowiada Magellana, Vasco da Gamę, Kolumba – jest tyleż wodzem, co odkrywcą.

Immunologia niestosowana

O epoce Wielkich Odkryć Geograficznych nie mówi się obecnie inaczej niż w kontekście tragicznych skutków naszych spotkań z mieszkańcami nowych światów. Europejczyk, wdzierając się przemocą na nowe kontynenty, samą swoją obecnością, bo tylko za pomocą swoich wirusów, bakterii i rozmaitych chorob zdołał „wymordować” setki tysięcy amerykańskich Indian. Niektórzy dyskutanci nie poprzestają zresztą na takich śmiesznie niskich notowaniach. Słynna „historyk i demograf” Olga Tokarczuk twierdzi w swojej noblowskiej mowie, że śmierć zabrała wówczas 56 milionów z blisko 60 milionów rdzennych Amerykanów. Nie podaje, niestety, źródła tych zgoła fantastycznych cyfr. A szkoda, bo najwybitniejszy znawca tego tematu, Wenezuelczyk Angel Rosenblat (nota bene: urodzony w Węgrowie na Mazowszu), w swej pracy „Rdzenna ludność Ameryki od 1492 do dziś” udowodnił, że przed pojawieniem się Kolumba, liczba autochtonów w obrębie całego kontynentu była nieco wyższa niż 13 milionów, by następnie w okolicach 1570 r. spaść do 11 milionów, a później, po procesach krystalizacji narodów Ameryki Łacińskiej, osiągnąć szacunkowo 8 milionów w 1825 r. Jest pewne, że gruźlica, zapalenie płuc, ospa, grypa, odra nie występowały w odseparowanej niszy ekologicznej Indian, że nie posiadali obrony immunologicznej do walki z nimi, a ich organizmy nie dysponowały odpowiednimi przeciwciałami. Byli nieprzygotowani na patogeny, jakie przywieźli ze sobą Europejczycy. Pech chciał, że nie mieli też najmniejszego pojęcia o immunologii. Cortès i Pizzaro również mieli poważne braki w tej, niezbyt popularnej w ich epoce, dziedzinie wiedzy, ale fakt ten z punktu widzenia płaskiego prezentyzmu wcale nie umniejsza ich winy.

Tak przedstawiony problem zgodny jest z duchem liberalnej ewangelii, łaskawie nam dzisiaj panującej, ale nikt nie wspomina o tym, że ten sam mechanizm powinien był oddziaływać także w drugą stronę, to znaczy, że patogeny mieszkańców tamtych krain, na które z kolei Europejczycy nie mieli żadnej odporności, musiały powodować podobne  lub identyczne skutki. To byłoby logiczne, chyba że przyjmiemy, jak Szczęśliwy Ptak czy – jak kto woli – Atahualpa, że Europejczycy byli bogami i takie biochemiczne drobiazgi nie miały na nich żadnego wpływu. Niestety, nie byli, ale o tym nikt nie mówi się przy okazji takich dyskusji czy rozważań. Europejczycy, jako agresorzy, są z góry osądzeni i skazani. Tymczasem jest prawdą, że przenosili zarazki do odległych rejonów świata, ale prawdą jest także, że i sami padali ofiarą chorób przywleczonych z innych krajów. Straszliwym, choć niezamierzonym rewanżem miała okazać się kiła (syfilis), którą zarazili się od amerykańskich Indian. Hipoteza ta, długo i wytrwale odrzucana jako rasistowska i pozbawiona podstaw, znalazła ostateczne potwierdzenie w pracach szwedzkiego prof. Folke–Henschena. Już zresztą Hernando Colón wspominał w swojej książce o jakiejś tajemniczej chorobie, na którą chorowali europejscy koloniści – (…) poważna część ludzi, których zostawił na wyspie, zdążyła już była poumierać, zaś pośród ocalałych przeszło 160 chorowało na panią francę. Prawie natychmiast po powrocie do Europy z Ameryki umarł na syfilis jeden z towarzyszy Krzysztofa Kolumba, Martín Pinzón. Kiła rozprzestrzeniła się najpierw na całą Europę, a później, przenoszona przez marynarzy, na cały świat, zabijając miliony ludzi.

Tom Phillips – Krótka historia

M. przysłała mi pakiet książek. W tym pracę Toma Phillipsa „Ludzie – krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko”. Zabrałem się do tego, mimo kolokwialnego smrodku w tytule, co zawsze mi podpowiada, że ktoś pójdzie drogą na skróty. Zabrałem się jednak, bo przyjemnie byłoby dowiedzieć się czegoś mądrego lub choćby nowego na temat naszych błędów i porażek. Niestety, T. Phillips nie zadał sobie trudu. Pozbierał sporo pikantnych historyjek i anegdot z różnych czasów i kultur i na ich podstawie dokonuje moralnego osądu przeszłości.

Problem w tym jednak, że kategorie moralne nie są żadnymi absolutami, nie są wieczne, że podlegają ustawicznym zmianom i przeobrażeniom, jak i samo społeczeństwo zresztą. Ocenianie czynów Corteza, Kolumba czy dawnych władców chińskich z perspektywy „ekologicznej” moralności współczesnego wyznawcy lewicowego liberalizmu daje efekt tragikomiczny. Jeżeli nie masz więc nic innego do czytania, przejrzyj raczej raz jeszcze myśli Kubusia Puchatka. Gwarantują i więcej pożytku i zabawy.

Kolumb i inni

Po północy. Widzę moją dłoń sięgającą po kieliszek z czerwonym winem. Czytam dzienniki S. Màrai. Jego uwagi o Kolumbie. Kolumb nie wymyślił Ameryki. Ameryka istniała zanim on ją odkrył. I tak samo jest z naszym życiem. Nie istnieje, mimo tego, że istnieje. Przeżywamy nasze życie, ale żeby naprawdę zaistniało, żeby stało się realne dla nas samych, ktoś musi je odkryć, ktoś musi ukazać nam całe jego bogactwo. Takim kimś jest Pisarz. Każdy dobry pisarz. W tym sensie każdy dobry pisarz jest Kolumbem, bowiem odkrywa nam nasze własne życie, urealnia je, pozwala, by zaistniało. Reszta zależy już od nas … I to też jest sprawiedliwe.