Nowa sekta

Nigdy nie było ich tak wielu jak obecnie. Spotkasz ich w sklepach spożywczych, gdzie stoją przed półkami całkowicie pochłonięci sprawdzaniem pochodzenia towaru, poziomem jego przetworzenia, zawartością substancji konserwujących, sposobem przygotowania, typem opakowania, nazwą firmy i dystrybutora, nawet nie wspominając o takich rzeczach jak termin przydatności do spożycia czy poziom cukru i tłuszczu. Są dokładni i metodyczni i dobrze wyposażeni – w przypadku niejasności czy tylko wątpliwości natychmiast otwierają telefony komórkowe i googlują, googlują aż do skutku. Gdy znajdą jakąkolwiek nieścisłość, towar ląduje z powrotem na półce, odstawiany tam z gestem obrzydzenia, pogardy i niesmaku. To współcześni Indianie – czytają ze skrótów, wiedzą wszystko o kwasach nasyconych, o białku, błonniku, wartościach energetycznych i odżywczych, o tłuszczu i referencyjnych wartościach. Nie oszuka ich nawet najbardziej przebiegły producent, a w każdym bądź razie nie przyjdzie mu to łatwo. Są ostrożni i podejrzliwi, wiedzą, że pułapki czają się wszędzie i nikomu ufać nie można. Instynkt podpowiada im, że wróg jest nieprzejednany, wyrafinowany i bezwzględny; cokolwiek bierzesz do rąk, żeby potem wziąć to do ust, przyjrzyj się temu dokładnie, bo od tego zależy twoje życie. To ortorektycy, nowa sekta w naszej rzeczywistości, ludzie, których celem nie jest życie, samo życie, takim, jakim jest, lecz zdrowie. Dla ortorektyka zdrowie jest celem nadrzędnym, a zapewnić je może tylko odpowiednie odżywianie. Podstawowym dogmatem ich wiary jest przekonanie, że maksymalnie zdrowe żywienie może spowodować pozytywne zmiany życiowe i rozwiązać większość z, zdawałoby się nierozwiązywalnych, problemów. Ortorektycy koncentrują się głównie na jakości spożywanej żywności – jej ilość, a tym bardziej grzeszna przyjemność wynikająca z jedzenia, nie są ani istotne ani decydujące. Filozofia ortorektyków zdaje się posiadać wszystkie solidne cechy manichejskie. Ich świat jest biało-czarny, istnieje tylko dobro i zło. Produkty żywnościowe dzielą na dobre (czyli zdrowe) oraz złe (niezdrowe). Do pierwszej grupy kwalifikują te z nich, które uznają za bezpieczne, a więc głównie ekologiczne, naturalne i bez sztucznych dodatków, a do grupy drugiej wszystkie pozostałe. Zdrowe odżywianie stanowi dla ortorektyków życiowy priorytet. Wszystko inne, co zawiera się w pojęciu życie, zepchnięte jest na dalszy plan. Zwykle poświęcają aż kilka godzin dziennie na planowanie posiłków: dokładnie wyznaczają co i kiedy będą jeść, czyniąc to często z kilkudniowym wyprzedzeniem. Nie ma potrzeby opisywać lęku, a niekiedy przerażenia, jaki odczuwają przed spożywaniem posiłków, których pochodzenia i składu nie znają. Jest to z całą pewnością przeżycie traumatyczne i dlatego nie spotkasz ich nigdy w restauracjach, barach czy pod kioskiem z kiełbaskami. Jeżeli pojawią się w którymś z takich miejsc, dajmy na to powodowali niewytłumaczalną sympatią do ciebie, przyjdą tam z własną herbatą i zamówią jedynie gorącą wodę.

W ostatnim okresie można zaobserwować w ich zachowaniu zdecydowaną zmianę. Niegdyś zachowywali się niczym pierwsi chrześcijanie, dyskretnie i starając się nie wzbudzać niczyich podejrzeń. Obecnie są niemal wyzywający, a jeżeli przypadkiem zdejmiesz z półki towar, który oni uznają za nieczysty, będą bezczelnie gapić się na ciebie jak na ostatniego pariasa.

Żelazny ptak

W naszej saunie na Sundzie jest duże, prawie cało ścienne okno, przez które w pogodne dnie widać sylwetkę odległej Kopenhagi. Wczoraj było słonecznie i bezwietrznie, ciepło, większość saunowiczów opalała się na pomostach, więc w saunie było bez tłoku, pięć osób licząc ze mną. W pewnym momencie mężczyzna siedzący na środkowej półce, z najlepszym widokiem na Sund, wykrzyknął prawie z entuzjazmem: titta! titta! (patrzcie! patrzcie!), wskazując coś palcem dramatycznie wyciągniętej ręki. Ton jego głosu, pełen zdumienia i zaskoczenia, sugerował coś tak ważnego, że wszyscy podążyliśmy wzrokiem w tym kierunku. Ale na horyzoncie nie było nic. Nic. To samo spokojne morze, mglisty, nieco postrzępiony kontur Kopenhagi gdzieś tam na drugim brzegu, kilka żagli leniwie kołyszących się na wodzie, spory statek handlowy zmierzający w stronę mostu między Malmö i Kopenhagą. Nic. Wszystko jak zwykle. Spojrzeliśmy na niego pytająco. Wówczas on, potrząsając ręką, prawie z irytacją wykrzyknął: No, nie widzicie?! Samolot! Samolot! Tam. Wysoko! Rzeczywiście. Teraz dojrzeliśmy go wszyscy. Na lotnisko w Kopenhadze podchodził do lądowania duży, pasażerski Boeing, co jeszcze kilka tygodni temu, w epoce przed korona wirusem, było widokiem tak zwyczajnym, że prawie przestawaliśmy je widzieć. Stanowiły jeden z elementów pejzażu, lotnisko w Kopenhadze jest duże, samoloty lądowały tu w odstępach paru minut, jedne po drugich, karnym szeregiem. Nie wytrzymałem. Mimowolnie parsknąłem śmiechem, pozostali natychmiast poszli w moje ślady, śmialiśmy się długo i serdecznie. Przez moment poczułem się jak Indianin z puszczy nad Orinoko, który po raz drugi w swoim życiu ujrzał lecącego żelaznego ptaka. Chyba wszyscy mieliśmy to samo uczucie.

Immunologia niestosowana

O epoce Wielkich Odkryć Geograficznych nie mówi się obecnie inaczej niż w kontekście tragicznych skutków naszych spotkań z mieszkańcami nowych światów. Europejczyk, wdzierając się przemocą na nowe kontynenty, samą swoją obecnością, bo tylko za pomocą swoich wirusów, bakterii i rozmaitych chorob zdołał „wymordować” setki tysięcy amerykańskich Indian. Niektórzy dyskutanci nie poprzestają zresztą na takich śmiesznie niskich notowaniach. Słynna „historyk i demograf” Olga Tokarczuk twierdzi w swojej noblowskiej mowie, że śmierć zabrała wówczas 56 milionów z blisko 60 milionów rdzennych Amerykanów. Nie podaje, niestety, źródła tych zgoła fantastycznych cyfr. A szkoda, bo najwybitniejszy znawca tego tematu, Wenezuelczyk Angel Rosenblat (nota bene: urodzony w Węgrowie na Mazowszu), w swej pracy „Rdzenna ludność Ameryki od 1492 do dziś” udowodnił, że przed pojawieniem się Kolumba, liczba autochtonów w obrębie całego kontynentu była nieco wyższa niż 13 milionów, by następnie w okolicach 1570 r. spaść do 11 milionów, a później, po procesach krystalizacji narodów Ameryki Łacińskiej, osiągnąć szacunkowo 8 milionów w 1825 r. Jest pewne, że gruźlica, zapalenie płuc, ospa, grypa, odra nie występowały w odseparowanej niszy ekologicznej Indian, że nie posiadali obrony immunologicznej do walki z nimi, a ich organizmy nie dysponowały odpowiednimi przeciwciałami. Byli nieprzygotowani na patogeny, jakie przywieźli ze sobą Europejczycy. Pech chciał, że nie mieli też najmniejszego pojęcia o immunologii. Cortès i Pizzaro również mieli poważne braki w tej, niezbyt popularnej w ich epoce, dziedzinie wiedzy, ale fakt ten z punktu widzenia płaskiego prezentyzmu wcale nie umniejsza ich winy.

Tak przedstawiony problem zgodny jest z duchem liberalnej ewangelii, łaskawie nam dzisiaj panującej, ale nikt nie wspomina o tym, że ten sam mechanizm powinien był oddziaływać także w drugą stronę, to znaczy, że patogeny mieszkańców tamtych krain, na które z kolei Europejczycy nie mieli żadnej odporności, musiały powodować podobne  lub identyczne skutki. To byłoby logiczne, chyba że przyjmiemy, jak Szczęśliwy Ptak czy – jak kto woli – Atahualpa, że Europejczycy byli bogami i takie biochemiczne drobiazgi nie miały na nich żadnego wpływu. Niestety, nie byli, ale o tym nikt nie mówi się przy okazji takich dyskusji czy rozważań. Europejczycy, jako agresorzy, są z góry osądzeni i skazani. Tymczasem jest prawdą, że przenosili zarazki do odległych rejonów świata, ale prawdą jest także, że i sami padali ofiarą chorób przywleczonych z innych krajów. Straszliwym, choć niezamierzonym rewanżem miała okazać się kiła (syfilis), którą zarazili się od amerykańskich Indian. Hipoteza ta, długo i wytrwale odrzucana jako rasistowska i pozbawiona podstaw, znalazła ostateczne potwierdzenie w pracach szwedzkiego prof. Folke–Henschena. Już zresztą Hernando Colón wspominał w swojej książce o jakiejś tajemniczej chorobie, na którą chorowali europejscy koloniści – (…) poważna część ludzi, których zostawił na wyspie, zdążyła już była poumierać, zaś pośród ocalałych przeszło 160 chorowało na panią francę. Prawie natychmiast po powrocie do Europy z Ameryki umarł na syfilis jeden z towarzyszy Krzysztofa Kolumba, Martín Pinzón. Kiła rozprzestrzeniła się najpierw na całą Europę, a później, przenoszona przez marynarzy, na cały świat, zabijając miliony ludzi.