To trudne, ale staram się dotykać świata bez pośrednictwa mediów. Nie potrzebuję wiedzieć, co dzieje się na Madagaskarze czy na archipelagu Kiribati, kto kogo zabił w Palestynie czy w Syrii, nie muszę znać plotek z angielskiego dworu, nie interesuje mnie wynik meczu między drużynami piłkarskimi Niemiec i Hiszpanii, szaleństwa homoseksualistów i lesbijek w Polsce, do niczego nie jest mi potrzebna wiadomość, gdzie była na wakacjach Barbara Kurdej-Szatan, nie jestem ciekaw, jak w kostiumie kąpielowym prezentuje się Brigitte Macron i nie potrzebuję też sprawdzać prognozę pogody. Wystarczy przecież otworzyć okno, poczuć ciepły czy zimny powiew wiatru, zobaczyć słońce czy chmury. Wszystkie informacje serwowane nam przez media są potrzebne tylko po to, abyśmy ani przez moment nie zapomnieli, że jesteśmy stadem, rojem, tłumem, że jesteśmy jednym, wielkim i bezmyślnym organizmem. Media to border collie, zaganiający pies pasterski, który ma kierować naszymi emocjami, pilnować, abyśmy nie oddalali się od stada. Stado i tłum to jedno i to samo. Tłum nie jest sumą jednostek. Tłum, tak samo jak stado, nie jest ani racjonalny ani myślący i tak samo jak stado zna tylko emocje, a tymi można sterować jednym warknięciem.