Na przemian z Vasarim czytam Dziennik braci Goncourt. Momentami zalatuje nieco prehistorią, a plotki i ploteczki o wielkich i znanych, które wstrzymywały wydane Dziennika przez bez mała pół wieku, dzisiaj wydają się już być nie bardziej aktualne niż te, którymi raczy nas Swetoniusz. Zaletą jest natomiast język, żywy, barwny, jędrny, miejscami niemal obsceniczny. I ani cienia hipokryzji. Balzac jadł jak świnia. Bliski niestrawności, z brzuchem wzdętym od żarcia, na wpół przytomny, kładł się do łóżka. O północy budził go służący; wstawał, wypijał kawę i zapisywał papier przez 2 godziny. Kiedy ta pierwsza praca była ukończona, wychodził.
I, w innym miejscu, prorocza wizja: Dzikość jest konieczna co każde czterysta czy pięćset lat, żeby świat mógł się odrodzić. Umarłby od cywilizacji. Kiedy brzuchy są pełne i mężczyźni nie mogą już spółkować, spadają na nich z Północy chłopy o sześciu stopach wzrostu. Teraz, kiedy nie ma już barbarzyńców, dzieła dokonają robotnicy – za jakieś pięćdziesiąt lat. Będzie się to nazywało rewolucją społeczną. Ten wpis powstał w 1855 roku. Proroctwo niemal idealne. I do dziś nazywamy to „rewolucją społeczną”.