Władysław Trzaska, urodzony w 1881 roku, był księgarzem i wydawca, który przed wojną (razem z L. Evertem i J. Michalskim) prowadził Księgarnię i Dom Wydawniczy, jedno z największych wydawnictw II Rzeczypospolitej i jedną z najbardziej renomowanych księgarń wydawniczych dwudziestolecia międzywojennego. To u nich ukazywała się m. in. słynna seria Biblioteka Wiedzy. Z kilkoma pozycjami z tej serii zapoznałem się przypadkiem gdzieś pod koniec lat sześćdziesiątych. Nabyłem je drogą wymiany od jednego z moich przedsiębiorczych rówieśników, który handlował nimi, wykradając je bez skrupułów z rodzinnej biblioteczki jego dziadka, biblioteczki, która cudem przetrwała wojnę. W ten sposób zapoznałem się z pozycjami „Człowiek, istota nieznana”, „Człowiek w czasie i przestrzeni” , tudzież – o ile mnie pamięć nie zawodzi – z bardzo postrzępioną i nadpaloną książką „Łowcy mikrobów” i drugim tomem Encyklopedii Staropolskiej Brücknera, w której brakowało tylu stron, że była to właściwie tylko połowa tomu. Nie wiedziałem nic o wydawcy lub wydawnictwie. Nie były to jeszcze czasy komputerów i googla, a w komunistycznych encyklopediach figurowali jedynie „prawomyślni”. Dla mnie więc książki te były stare, przeniesione z jakiejś dalekiej przeszłości, zapomnianej już i pogrzebanej na zawsze. Nie miałem pojęcia, że Władysław Trzaska żyje, że po drugiej wojnie nie opuścił Polski, że wznowił działalność, do 1951 roku zdołał opublikować ponad 100 tytułów, potem prowadził jeszcze antykwariat, zamknięty ostatecznie dopiero na początku lat 60-tych, że zmarł w 1964 roku, mając 84 lata, a więc wtedy, gdy ja miałem lat 13 i drogą wymiany, za dobrze zachowaną ułańską szablę, zdobywałem jego wydania. Jest coś tragicznego w fakcie, że był mi współczesny, że żył w tym samym czasie co ja, ale w mojej świadomości przynależał do dawno utraconego świata, plasując się w tym samym szeregu co Swetoniusz lub Gajus Salustiusz Krispus.
Tag: Swetoniusz
Dziennik braci Goncourt
Na przemian z Vasarim czytam Dziennik braci Goncourt. Momentami zalatuje nieco prehistorią, a plotki i ploteczki o wielkich i znanych, które wstrzymywały wydane Dziennika przez bez mała pół wieku, dzisiaj wydają się już być nie bardziej aktualne niż te, którymi raczy nas Swetoniusz. Zaletą jest natomiast język, żywy, barwny, jędrny, miejscami niemal obsceniczny. I ani cienia hipokryzji. Balzac jadł jak świnia. Bliski niestrawności, z brzuchem wzdętym od żarcia, na wpół przytomny, kładł się do łóżka. O północy budził go służący; wstawał, wypijał kawę i zapisywał papier przez 2 godziny. Kiedy ta pierwsza praca była ukończona, wychodził.
I, w innym miejscu, prorocza wizja: Dzikość jest konieczna co każde czterysta czy pięćset lat, żeby świat mógł się odrodzić. Umarłby od cywilizacji. Kiedy brzuchy są pełne i mężczyźni nie mogą już spółkować, spadają na nich z Północy chłopy o sześciu stopach wzrostu. Teraz, kiedy nie ma już barbarzyńców, dzieła dokonają robotnicy – za jakieś pięćdziesiąt lat. Będzie się to nazywało rewolucją społeczną. Ten wpis powstał w 1855 roku. Proroctwo niemal idealne. I do dziś nazywamy to „rewolucją społeczną”.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.