Dwa cytaty

Dwa cytaty z „Dziennika” braci Goncourt: Rozglądam się po moim salonie i myślę sobie, że człowiek nie rodzi się ze smakiem, ale go się uczy. Smak wymaga edukacji i ćwiczenia, to dobry nawyk; mój odźwierny podziwia ordynarne złocenia, prostackie formy, krzykliwe kolory – i ja miałbym wierzyć, że piękno jest czymś absolutnym, a doskonałe twory inteligencji są w zasięgu wszystkich?

Berlin wygląda jak koszary zbudowane w Ameryce. Ulice pod sznur; pałace mają kamienne hełmy, posągi na mostach wzywają do bohaterskich czynów. Położony pośrodku płaskiej i jałowej równiny wydaje się przy tym szkołą wojskową na jakimś Polu Marsowym, przykrytą trójgraniastym kapeluszem Fryderyka.

Motłoch i piękne wnętrza

Pierwszy złodziej i lump literatury Jean Genet nie miał wątpliwości, że „piękne wnętrza narzucają piękne gesty”. Bracia Goncourt uważali podobne twierdząc, że to „miejsca tworzą publiczność”. W biało-złotym wnętrzu, wśród mebli wyściełanych czerwonym aksamitem, nie zjawiłby się nikt z motłochu. Obawiam się, że są to prawdy z wczoraj. Dzisiaj motłoch bez żenady wkracza do biało-złotych wnętrz i natychmiast wywala swoje zabłocone i smrodliwe buciory  na meble wyściełane czerwonym aksamitem.

Dziennik braci Goncourt

Na przemian z Vasarim czytam Dziennik braci Goncourt. Momentami zalatuje nieco prehistorią, a plotki i ploteczki o wielkich i znanych, które wstrzymywały wydane Dziennika przez bez mała pół wieku, dzisiaj wydają się już być nie bardziej aktualne niż te, którymi raczy nas Swetoniusz. Zaletą jest natomiast język, żywy, barwny, jędrny, miejscami niemal obsceniczny. I ani cienia hipokryzji. Balzac jadł jak świnia. Bliski niestrawności, z brzuchem wzdętym od żarcia, na wpół przytomny, kładł się do łóżka. O północy budził go służący; wstawał, wypijał kawę i zapisywał papier przez 2 godziny. Kiedy ta pierwsza praca była ukończona, wychodził.

I, w innym miejscu, prorocza wizja: Dzikość jest konieczna co każde czterysta czy pięćset lat, żeby świat mógł się odrodzić. Umarłby od cywilizacji. Kiedy brzuchy są pełne i mężczyźni nie mogą już spółkować, spadają na nich z Północy chłopy o sześciu stopach wzrostu. Teraz, kiedy nie ma już barbarzyńców, dzieła dokonają robotnicy – za jakieś pięćdziesiąt lat. Będzie się to nazywało rewolucją społeczną. Ten wpis powstał w 1855 roku. Proroctwo niemal idealne. I do dziś nazywamy to „rewolucją społeczną”.