Open society

Ważny głos na temat migracji w „Spieglu”. Autor artykułu, Leick, zauważa bardzo słusznie, że powodzenie integracji migrantów zawsze zależało i wciąż zależy od gotowości niższych warstw społeczeństwa do ich przyjęcia. Migranci nie wchodzą przecież od razu do warstw wyższych – te warstwy posiadają wystarczające środki, by stworzyć niewidzialne, lecz wyraźne granice i skutecznie odgrodzić się od obcych w swoich luksusowych kwaterach, szkołach, miejscach pracy. Pozornie nic więc nie przeszkadza im, by optować za ideałem społeczeństwa otwartego. Były szwedzki premier, Fredrik Reinfeldt, hojnie zapraszając migrantów, doskonale wiedział, że nie będzie narażony na ich obecność. Stać go było na takie zaproszenie, bo był świadom, że to nie on będzie za nie płacił. On nie mieszka w Malmö, w dzielnicy Rosengård czy Hyllie.

Zdaniem Leicka tak zwane otwarte społeczeństwo jest największym fake newsem ostatnich dziesięcioleci. Nie istnieje fenomen nazywany przez nas „open society”, fantasmagoryczny kaprys Sorosa. Paryż uważa się za miasto otwarte, ale czy miasto, gdzie metr kwadratowy mieszkania kosztuje 10 tys. euro jest miastem otwartym? Nie, odpowiada Leick, to miasto zamknięte, i proponuje, by politycy, zamiast uprawiać brednie o integracji migrantów, zajęli się „integracją własnego narodu”. Jego zdaniem jest to pilny problem, bo zachodnie demokracje i zachodnie elity całkiem zapomniały o własnych narodach. I na tym polega zdrada, o czym wiedzą już przeciętni obywatele Europy, a czego wciąż jeszcze zdają się nie postrzegać politycy.