Biologicznie rzecz biorąc raczej nie jesteśmy stworzeni do bycia multikulturowymi. Obcowanie z innymi ludźmi, nawet z własnego kręgu kulturowego, rzadko bywa łatwe i – jak głosi stare przysłowie – potrzeba co najmniej beczki soli, by poznać się i zaakceptować wzajemnie. Nasze więzi z innymi są tym silniejsze, im więcej z nimi dzielimy, a jak wiele dzielimy z ludźmi z innych kultur? Naturalnie, poza wspólną nam, czysto fizyczną kondycją bycia człowiekiem. Niewiele. Zgoła nic. Wielokulturowość może jednak sprawiać, że życie stanie się ciekawsze. Pod warunkiem wszakże, że wszyscy zgadzamy się co do tego, jaki jest cel takiej wspólnoty, jaką chcemy nadać jej formę, jak to osiągnąć i jak uczynić to w miarę skutecznie. I to brzmi już jak mrzonka, niestety. Zawsze bowiem istnieją tacy, którzy – gdy pozostawić im prawo wyboru – nie tylko nie zamierzają asymilować się czy integrować, ale woleliby urządzić świat na własną modłę. Może nie ma to wielkiego znaczenia dopóki jest ich niewielu, ale gdy ich liczba zwiększy się, poczują się silniejsi, i pojawi się jakieś choćby mgliste „historyczne przyzwolenie”, wtedy zamiast obiecanego wielokulturowego Raju mamy zwykle wielokulturowe Piekło, jak już wiele razy w naszych dziejach.
Tag: integracja
Open society
Ważny głos na temat migracji w „Spieglu”. Autor artykułu, Leick, zauważa bardzo słusznie, że powodzenie integracji migrantów zawsze zależało i wciąż zależy od gotowości niższych warstw społeczeństwa do ich przyjęcia. Migranci nie wchodzą przecież od razu do warstw wyższych – te warstwy posiadają wystarczające środki, by stworzyć niewidzialne, lecz wyraźne granice i skutecznie odgrodzić się od obcych w swoich luksusowych kwaterach, szkołach, miejscach pracy. Pozornie nic więc nie przeszkadza im, by optować za ideałem społeczeństwa otwartego. Były szwedzki premier, Fredrik Reinfeldt, hojnie zapraszając migrantów, doskonale wiedział, że nie będzie narażony na ich obecność. Stać go było na takie zaproszenie, bo był świadom, że to nie on będzie za nie płacił. On nie mieszka w Malmö, w dzielnicy Rosengård czy Hyllie.
Zdaniem Leicka tak zwane otwarte społeczeństwo jest największym fake newsem ostatnich dziesięcioleci. Nie istnieje fenomen nazywany przez nas „open society”, fantasmagoryczny kaprys Sorosa. Paryż uważa się za miasto otwarte, ale czy miasto, gdzie metr kwadratowy mieszkania kosztuje 10 tys. euro jest miastem otwartym? Nie, odpowiada Leick, to miasto zamknięte, i proponuje, by politycy, zamiast uprawiać brednie o integracji migrantów, zajęli się „integracją własnego narodu”. Jego zdaniem jest to pilny problem, bo zachodnie demokracje i zachodnie elity całkiem zapomniały o własnych narodach. I na tym polega zdrada, o czym wiedzą już przeciętni obywatele Europy, a czego wciąż jeszcze zdają się nie postrzegać politycy.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.