Ktoś bardzo słusznie zauważył, że gdyby nasi przodkowie mieli naszą mentalność, nigdy nie zeszliby z drzew. Siedzieliby tam nadal, sparaliżowani strachem, z podkulonymi ogonami, obgryzając paznokcie. Żyjemy w najbezpieczniejszych czasach w dziejach tego świata, otoczeni nieustanną opieką, niańczeni, hołubieni, doglądani, asekurowani na dziesiątki sposobów, chronieni jak nigdy przedtem, a mimo tego czujemy się potwornie zagrożeni i cały czas lękliwie oglądamy się za siebie, chyłkiem przemykając się przez życie w nadziei, że nie zdoła nas zauważyć. I, co zabawniejsze, im bardziej bezpieczny staje się nasz świat, tym bardziej rośnie nasze przerażenie. Boimy się już wszystkiego; terrorystów, komet, trzęsień Ziemi, wirusów, wojen, bezrobocia, wulkanów, kleszczy, aidsa, psychopatów, zmian klimatu, nowych technologii, produktów modyfikowanych genetycznie i tysiąca innych rzeczy. Skąd ten strach? Czy nie dlatego przypadkiem, że śmierć skazaliśmy na banicję, a cierpienie uznaliśmy za naszego wroga nr 1? Ludzie odchodzą wciąż jednak i znikają, umierają, ale śmierć jest przemilczana i niepubliczna, staramy się wymazać najmniejsze aluzje do niej, nietaktem jest nawet wspominać o niej. Nie ma już obitych kirem karawanów, konduktów pogrzebowych, opasek żałobnych, to wszystko znikło z naszych ulic i naszego życia – staramy się trzymać śmierć na dystans, z rezerwą, wstydliwie, trochę jak ubogą krewną z prowincji, która nawiedza nas czasem, natrętnie i niedyskretnie przypominając nam, że i my stamtąd pochodzimy. Podobnie traktujemy cierpienie. Wydaje się nam, że jest to coś, co nie ma prawa nas nawiedzać, co w ogóle nie powinno się zdarzać, bo jest nieludzkie, a jeżeli do tego dochodzi trzeba to wyeliminować szybko i za wszelką cenę. Nie jesteśmy zwierzętami, by cierpieć …
Im bardziej czujemy się bezpieczni, tym bardziej chcielibyśmy, a nawet żądamy, by żyć w stanie powszechniej, niezmiennej i gwarantowanej szczęśliwości. Zaczynamy od świata wymagać rzeczy niemożliwych i wiemy, że są to rzeczy niemożliwe. I stąd nasz strach.