Wojna i mundur

Kolorowe, krzykliwe, operetkowe mundury żołnierzy dawnych epok. Przypominały stroje maskaradowe, ubiór na świąteczny korowód, na bal przebierańców. Były niewygodne i sztywne, choć niewątpliwie bardzo wdzięczne dla oczu widzów oraz twórców uprawiających malarstwo batalistyczne, obecnie niemal całkowicie już zapomniane. Takie umundurowanie miało swoje walory estetyczne, było szykowne i finezyjne, ale praktyczne z całą pewnością nie było. Zdecydowanie bardziej nadawało się na parady niż na pole bitwy: akselbanty, hafty, wyłogi, epolety, naramienniki, białe, obcisłe spodnie, noszone z czarnymi kamaszami do kolan albo zapinane pod kolanami, na czapkach girlandy, często biała kokarda, nad nią kulisty pompon, pończochy i trzewiki, trikorny i bikorny, bermyce, czaka i wszystkie kolory tęczy, mundury w czerwieni, żółci, bieli, kolorze niebieskim, a napoleońska piechota nosiła białe pasy skrzyżowane na granatowej bluzie, co upodabniało ją do tarcz strzelniczych – dwie jasne linie przecinały się dokładnie w centrum klatki piersiowej. Przeciwnik nie mógł mieć lepszego celu.

Przyczyną tej teatralizacji była taktyka wojenna. Wojna była spektaklem. W dawnych wiekach żołnierz szedł do boju dumnie wyprostowany, nie wolno mu było ukrywać się, kłaść się czy czołgać się po ziemi, czworoboki poruszały się miarowym, równym krokiem, strzelając do siebie nawzajem w równych interwałach, a żołnierze umierać mieli elegancko i z galanterią. Wojna była teatrem, ważne były dekoracje, aranżacja, stroje i gesty, spektakl miał zachwycić widza, statyści byli odpowiednio przebrani. Wojna była sztuką, którą przede wszystkim należało ładnie zagrać. Tylko śmierć była jak zawsze prawdziwa, choć nie zdarzała się aż tak często jak to sugerują kiepskie filmy historyczne. Skuteczność pierwszych karabinów, muszkietów i arkebuz była niska, miały ograniczoną celność i zasięg, a proces ładowania był powolny i uciążliwy. Oddanie strzału z klasycznego muszkietu wymagało aż 43 różnych czynności, bitewne napięcie często musiało uniemożliwić prawidłowe załadowanie broni, a do tego dochodziły usterki techniczne. „Nie strzelać dopóki nie będziecie widzieć białek ich oczu”, zalecał Fryderyk Wielki. W XVI wieku M. Forquevaux twierdził, że jeden zabity wróg przypada na każde 10 000 wystrzałów. Jeszcze w połowie XIX wieku szacowano, że w celu zabicia jednego nieprzyjaciela trzeba strzelić od 3000 do 10 000 razy.
Dzisiejsza wojna nie jest już teatrem i taktyka też jest inna. Współczesny żołnierz ukrywa się, maskuje, ma stać się niewidoczny, czołga się, powinien działać z zaskoczenia. Stąd więc i odpowiednie stroje, kamuflujące panterki w kolorze khaki, cała gama szarych, poważnych, niemal groźnych barw. Te barwy nie zapowiadają zabawy. Sugerują coś poważnego, coś na serio, mają odstraszać, budzić lęk. Wojna nie jest już teatrem, a siła i skuteczność dzisiejszych środków rażenia wyklucza wytworność czy elegancję śmierci. Nie da się już z galanterią umierać na polach bitew. Śmierć jest anonimowa, prawie nie pozostawia śladów, działa jak profesjonalny morderca.   

Ciało

Zapadamy się w ziemię na długo przed śmiercią. Z biegiem lat nasze ciało – nawet jeżeli jest go coraz mniej – staje się coraz cięższe, jakby wrastało w ziemię i coraz trudniej oderwać je od niej, coraz trudniej podnieść. Młodość unosi się nad ziemią, starość wtapia się w nią.

Piotruś Pan

James M. Barrie i „Piotruś Pan”. Do stworzenia tej słynnej dziś książki zainspirowały go podobno zabawy z dziećmi rodziny Llewelyn Davies. Arthur i Sylvii Llewelyn Davies mieli pięciu synów: George’a, Jacka, Petera, Michaela oraz Nicholasa. Barrie zaprzyjaźnił się z chłopcami oraz ich matką, Sylvii Llewelyn Davies. Jej synowie, i ona sama jako pani Darling, stali się potem pierwowzorami bohaterów „Piotrusia Pana”. Otóż, ciekawe są losy tych chłopców: najstarszy z nich, Georg, zginął na froncie francuskim; Michael, gdy stwierdził, że jest homoseksualistą, popełnił samobójstwo, skacząc razem z przyjacielem do przerębli zamarzniętego jeziora; Peter został wydawcą, napisał kilka prac o Barriem, i w 1960 roku, kilka miesięcy po śmierci brata Jacka, rzucił się pod metro na stacji Sloane Square. Piotruś Pan zapowiadał śmierci jako„największą przygodę”. Ponure proroctwo.

Skąd ten strach

Ktoś bardzo słusznie zauważył, że gdyby nasi przodkowie mieli naszą mentalność, nigdy nie zeszliby z drzew. Siedzieliby tam nadal, sparaliżowani strachem, z podkulonymi ogonami, obgryzając paznokcie. Żyjemy w najbezpieczniejszych czasach w dziejach tego świata, otoczeni nieustanną opieką, niańczeni, hołubieni, doglądani, asekurowani na dziesiątki sposobów, chronieni jak nigdy przedtem, a mimo tego czujemy się potwornie zagrożeni i cały czas lękliwie oglądamy się za siebie, chyłkiem przemykając się przez życie w nadziei, że nie zdoła nas zauważyć. I, co zabawniejsze, im bardziej bezpieczny staje się nasz świat, tym bardziej rośnie nasze przerażenie. Boimy się już wszystkiego; terrorystów, komet, trzęsień Ziemi, wirusów, wojen, bezrobocia, wulkanów, kleszczy, aidsa, psychopatów, zmian klimatu, nowych technologii, produktów modyfikowanych genetycznie i tysiąca innych rzeczy. Skąd ten strach? Czy nie dlatego przypadkiem, że śmierć skazaliśmy na banicję, a cierpienie uznaliśmy za naszego wroga nr 1? Ludzie odchodzą wciąż jednak i znikają, umierają, ale śmierć jest przemilczana i niepubliczna, staramy się wymazać najmniejsze aluzje do niej, nietaktem jest nawet wspominać o niej. Nie ma już obitych kirem karawanów, konduktów pogrzebowych, opasek żałobnych, to wszystko znikło z naszych ulic i naszego życia – staramy się trzymać śmierć na dystans, z rezerwą, wstydliwie, trochę jak ubogą krewną z prowincji, która nawiedza nas czasem, natrętnie i niedyskretnie przypominając nam, że i my stamtąd pochodzimy. Podobnie traktujemy cierpienie. Wydaje się nam, że jest to coś, co nie ma prawa nas nawiedzać, co w ogóle nie powinno się zdarzać, bo jest nieludzkie, a jeżeli do tego dochodzi trzeba to wyeliminować szybko i za wszelką cenę. Nie jesteśmy zwierzętami, by cierpieć …

Im bardziej czujemy się bezpieczni, tym bardziej chcielibyśmy, a nawet żądamy, by żyć w stanie powszechniej, niezmiennej i gwarantowanej szczęśliwości. Zaczynamy od świata wymagać rzeczy niemożliwych i wiemy, że są to rzeczy niemożliwe. I stąd nasz strach.

Piękna śmierć

George Sand opisująca śmierć swojej matki, Antoinette Sophie-Victoire, która po zwykłej przejażdżce po Polach Elizejskich, po powrocie do domu udała się do buduaru, usiadła przed lustrem i umarła przyglądając się w nim. Piękna śmierć.