Patogen bakteria dżumowa Yersinia pestis, która skutecznie zdziesiątkowała populację Bizancjum, rozprzestrzenia się lepiej w chłodne dni, więc zimne lata w tamtym okresie stwarzały idealne warunki do zakażenia. Prokopiusz z Cezarei pisze, że blask słońca w roku 535 był tak słaby, jak podczas zaćmienia. Także kroniki irlandzkie mówią o „braku chleba od 535 do 539”. W Chinach notowano opady śniegu jeszcze w sierpniu i opóźnione zbiory. W Europie i na Bliskim Wschodzie pojawiały się „gęste suche mgły”. Przyczyna tej klimatycznej aberracji nie jest znana, ale przypuszcza się, że była ona efektem wybuchu wulkanu – Tavuryur lub Krakatau, tego samego, który z równie wielką mocą odezwie się ponownie w roku 1883. Innym czynnikiem była globalizacja – czasy Justyniana I to okres prosperity, budowano wiele nowych dróg, ludziom było łatwiej i wygodniej podróżować, handel kwitł, ale i patogeny rozprzestrzeniały się szybciej i skuteczniej. Globalizacja jest prastarym marzeniem wszystkich wirusów i bakterii.
Tag: wirusy
Skąd ten strach
Ktoś bardzo słusznie zauważył, że gdyby nasi przodkowie mieli naszą mentalność, nigdy nie zeszliby z drzew. Siedzieliby tam nadal, sparaliżowani strachem, z podkulonymi ogonami, obgryzając paznokcie. Żyjemy w najbezpieczniejszych czasach w dziejach tego świata, otoczeni nieustanną opieką, niańczeni, hołubieni, doglądani, asekurowani na dziesiątki sposobów, chronieni jak nigdy przedtem, a mimo tego czujemy się potwornie zagrożeni i cały czas lękliwie oglądamy się za siebie, chyłkiem przemykając się przez życie w nadziei, że nie zdoła nas zauważyć. I, co zabawniejsze, im bardziej bezpieczny staje się nasz świat, tym bardziej rośnie nasze przerażenie. Boimy się już wszystkiego; terrorystów, komet, trzęsień Ziemi, wirusów, wojen, bezrobocia, wulkanów, kleszczy, aidsa, psychopatów, zmian klimatu, nowych technologii, produktów modyfikowanych genetycznie i tysiąca innych rzeczy. Skąd ten strach? Czy nie dlatego przypadkiem, że śmierć skazaliśmy na banicję, a cierpienie uznaliśmy za naszego wroga nr 1? Ludzie odchodzą wciąż jednak i znikają, umierają, ale śmierć jest przemilczana i niepubliczna, staramy się wymazać najmniejsze aluzje do niej, nietaktem jest nawet wspominać o niej. Nie ma już obitych kirem karawanów, konduktów pogrzebowych, opasek żałobnych, to wszystko znikło z naszych ulic i naszego życia – staramy się trzymać śmierć na dystans, z rezerwą, wstydliwie, trochę jak ubogą krewną z prowincji, która nawiedza nas czasem, natrętnie i niedyskretnie przypominając nam, że i my stamtąd pochodzimy. Podobnie traktujemy cierpienie. Wydaje się nam, że jest to coś, co nie ma prawa nas nawiedzać, co w ogóle nie powinno się zdarzać, bo jest nieludzkie, a jeżeli do tego dochodzi trzeba to wyeliminować szybko i za wszelką cenę. Nie jesteśmy zwierzętami, by cierpieć …
Im bardziej czujemy się bezpieczni, tym bardziej chcielibyśmy, a nawet żądamy, by żyć w stanie powszechniej, niezmiennej i gwarantowanej szczęśliwości. Zaczynamy od świata wymagać rzeczy niemożliwych i wiemy, że są to rzeczy niemożliwe. I stąd nasz strach.
Stanisław Lem – o wirusach
Stanisław Lem : Ziemia ma 12 tys. kilometrów średnicy. Niech pan za jej model weźmie jabłko o średnicy 12 centymetrów. Cała biosfera – od dna oceanu do końca troposfery – ma nie więcej niż 10 kilometrów. To znaczy, że proporcjonalnie skórka jabłka jest jakieś 10 razy grubsza od tej biosferycznej ziemskiej otuliny. Ta cieniutka otulina leży na ogromnej magmatycznej bani. My w tej otulinie żyjemy, w niej się awanturujemy, mordujemy, kochamy i okropnie puszymy zapominając, że przeniesieni do skali jabłka nie osiągniemy nawet rozmiarów bakterii. Raczej będziemy przypominali najmniejsze z wirusów. Więc wszystkie nasze problemy i cywilizacyjne kryzysy można w tej skali przedstawić co najwyżej jako warstewkę pleśni na skórce. A przecież nasze jabłko wisi w bezkresnej przestrzeni, której modelu w skali jabłka nawet nie możemy zbudować.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.