Lawrence Durrell – Henry Miller „Listy 1935–1980”. Nasza epoka nie pozostawi po sobie takich świadectw. Nie piszemy już listów. Sztuka epistolograficzna kurczy się jak cień w południe i odchodzi w zapomnienie. Skrzynki pocztowe przestają być potrzebne, powoli znikają z ulic naszych miast. Kto jeszcze kupuje papier listowy? Kto jeszcze pamięta, jak zacząć list i jak go skończyć? Nie piszemy już listów. Wysyłamy esemesy. Lakoniczne meldunki, zdyszane i niedbałe, bez dużych liter, z ortograficznymi błędami, bez kropek i przecinków, ledwo czytelne stenogramy wystukiwane kciukami na wąskiej klawiaturze telefonów. Nie dzielimy się w nich sobą czy naszym życiem. Na to nie ma tam miejsca. Kciukiem można nadać sygnał sos, wyrazić cenę, wagę i miarę. Nie da się nim jednak wyrazić naszej tęsknoty, opowiedzieć o rozpaczy. Nie snujemy opowieści. Przestajemy być homo narrans.
Durrell i Miller należeli jeszcze do epoki listów. Poznali się w 1935 roku, ich znajomość i korespondencja obejmuje okres bez mała pół wieku. Prawie pięćdziesiąt burzliwych lat, konwulsje starego świata, druga wojna światowa, powojenna rzeczywistość, zmiany polityczne, socjalne, mentalne, nowy układ sił, nowe wyzwania. Henry Miller zdołał powrócić do Stanów Zjednoczonych dokładnie w przeddzień wojny. Durrell pozostał w oku cyklonu – Korfu, Ateny, Kalamata, dramatyczna ucieczka przed niemieckimi hordami, potem Kair, Aleksandria. Jest wojna, poczta działa lub nie, czasem przez długie miesiące nie mają o sobie żadnych wiadomości, ale piszą, starają się dać znak, że nie stracili nadziei, że wciąż jeszcze żyją i pamiętają. Wszystko jest w tych listach: wojna, osobiste klęski i sukcesy, anegdoty i plotki, zen i miłostki, lektury i plany pisarskie, fascynacje i problemy, kolejne małżeństwa i dzieci, kłopoty finansowe, wzmianki o chorobach i rozczarowaniach, uwagi o polityce i ludziach, o spotkaniach z przyjaciółmi i bezwzględności wydawców, komentarze do aktualnych wydarzeń, relacje z podróży, słowa otuchy i zachęty, czasem krytyki, ale zawsze przyjaźni. W ich listach jest cały ówczesny świat, na dodatek o niebo bliższy nam i bardziej rzeczywisty niż wszystkie prace historyczne dotyczące tamtego okresu razem wzięte. Listy, tylko listy, żadnej literatury, a może właśnie najprawdziwsza literatura. Może ma rację Miller, gdy pisze, że: Nie ma żadnego dualizmu. To, co negatywne, złe, nikczemne wynika z niedoskonałości postrzegania, z niezrozumienia. Po co pragnąć nieśmiertelności, jeśli jest się w samym środku wieczności? Nie powinno cię obchodzić dobro, zło czy moralność, ponieważ nie jesteś „sędzią”.