Schinus peruwiański

H. Sienkiewicz w swoich wspomnieniach z pobytu w Atenach pisze: „Wjeżdżałem do miasta koło Akropolu i Olimpijonu, przez bulwar panhelleński, który jest jedną zieloną wstęgą. Pieprzowe drzewa, o jasno-zielonych delikatnych listkach, przypominają wierzby płaczące i nadają tej drodze wiosenny, majowy pozór”. I w innym miejscu: „Główna droga idzie do dworca kolei, leżącego na końcu ulicy Hermesa, ale w pobliżu miasta powóz skręca na prawo i wjeżdżamy na bulwar, wysadzany pieprzowemi drzewami”.

Wymienione wyżej drzewa pieprzowe istotnie można spotkać w Grecji, zwłaszcza w Atenach, jako drzewo ozdobne, ale przede wszystkim zacieniające. Jest to gatunek znany jako Schinus peruwiński (Schinus molle), często określany jako „fałszywe drzewo pieprzowe”. Są to zimozielone drzewa o płaczącym pokroju (istotnie przypominającym naszą wierzbę), osiągające do 10-15 metrów wysokości. Wiosną kwitną na biało i żółto, a jesienią pojawiają się na nich charakterystyczne małe, czerwono-różowe owoce. Liście, jak i owoce wydzielają po roztarciu dość intensywny, pieprzowy aromat. Owoce te są źródłem tzw. różowego pieprzu. Drzewa pieprzowe preferują słoneczne miejsca i są odporne na suszę, co czyni je idealnymi dla klimatu greckiego. Schinus peruwiański jest traktowany w Grecji jako neofit.

Moja Grecja

Antyczne greckie miasta z ich ogołoconymi świątyniami i sanktuariami. Ambrakia. Po jej zdobyciu Rzymianie wywieźli 285 posągów z brązu i 230 marmurowych. Po pokonaniu Perseusza, króla Macedonii, Emiliusz Paulus zdobył tyle dzieł sztuki, że jego wjazd triumfalny w Rzymie trwał przez cały dzień. Jeszcze więcej zrabował Lucjusz Mummiusz w Koryncie, zrównując miasto z ziemią, a do Rzymu wywożąc setki posągów i obrazów. Wellejusz Paterkulus, autor „Historii rzymskiej”, zamieszcza w swoim dziele złośliwą anegdotę o Mummiuszu: „Mummiusz natomiast był tak nieokrzesanym prostakiem, że gdy po zdobyciu Koryntu ogłosił przetarg na przewóz do Italii posagów i obrazów wykonanych rękoma najwybitniejszych mistrzów kazał zapowiedzieć kontrahentom, że w wypadku zniszczenia dzieł będą zmuszeni na ich miejsce zwrócić nowe”.

Grecja to najbardziej i najczęściej ograbiane muzeum świata. Persowie, Rzymianie, Goci, Hunowie, Alamanowie, Frankowie, Alamanowie, Wandale, Herulowie, chrześcijanie, którzy niszczyli wszystko, co antyczne i następnie Turcy, którzy nie ustępowali im w nienawiści do wszystkiego, co greckie. Na początku XIX wieku Ateny były miastem ruin z kilkoma domami u stóp równie zrujnowanego Akropolu i nie liczyły więcej niż kilkuset mieszkańców, brudnych i wygłodzonych, którzy w niczym nie przypominali dumnych Greków z epoki Peryklesa.

Z Grecji nie ostało się nic, co można zwiedzać czy podziwiać – Akropol jest zabytkiem w takim samym sensie jak warszawska Starówka i mniej więcej równie „starym”. Tym, czego Grecji nikt nigdy nie zdołał ukraść jest tylko jej sceneria, bajeczny pejzaż wyśniony niegdyś przez bogów.

A jednak zawsze wybieram tę ograbioną Grecję. Wiem, to irracjonalne.  

Demokracja

Demokracja raz jeszcze. Głosowanie jako naczelna zasada. Już Arystoteles zauważył, że w każdym głosowaniu decyduje liczba, a nie rozum, a liczba jest zawsze wynikiem przypadku. Zresztą, to, co nazywamy demokracją to twór obciążony długą listą poważnych genetycznych wad. Przywykliśmy do nich, prawie ich nie postrzegamy lub – z różnych przyczyn – nawet nie chcemy postrzegać, ale bodaj wszystkie współczesne państwa demokratyczne są hybrydą anarchiczno–oligarchiczną, z rosnącą z pokolenia na pokolenie kastą bogaczy. Związana z tzw. koronawirusem histeria ujawniła jeszcze jedną słabość: łatwość z jaką można demokrację przeobrazić w tyranię. Ale i to też nic nowego. Starożytne Ateny.

Poliorketes

Demetriusz Poliorketes to nie tylko zdolny dowódca wczesnej epoki hellenistycznej, ale i niepoprawny bon vivant.  Zimę roku 304/3 spędził w zdobytych nieco wcześniej Atenach, gdzie zasypywano go pochlebstwami i honorami. Na mieszkanie Ateńczycy przyznali mu iście niebiańską siedzibę – opistodom Partenonu na Akropolu. Opistodom to kwadratowa sala z czteroma jońskimi kolumnami, którą początkowo nazywano Partenonem, a od drugiego wieku naszej ery zaczęto tak określać całą świątynię. Demetriusz, który Atenę często nazywał swoją starszą siostrą, nie zważając na bluźnierczość tego gestu, wprowadził się tam nader chętnie ze swoimi kochankami obojga płci. Z jego kochanek największy wpływ na niego zyskała fletnistka o imieniu Lamia, zdobycz wojenna w bitwie pod Salaminą cypryjską. Na życzenie Demetriusza czczono ją w Atenach jako Afrodytę, a on obdarowywał ją jak boginię. Pewnego razu zażądał od Ateńczyków 250 talentów. Sumę tę, niewyobrażalnie wielką, ściągnięto od obywateli z całą bezwzględnością, a Demetriusz beztrosko podarował ją Lamii. Prezent był zawrotny, bowiem – jak zapewne wiesz – 1 talent, czyli 26,12 kg srebra, to 60 min, 6000 drachm i ostatecznie 36 000 oboli, a w tamtym czasie w Atenach uważano, że obywatel i jego rodzina do w miarę wygodnego życia potrzebują 3 oboli, czyli pół drachmy dziennie, a więc rocznie około 180 drachm. Jeżeli kogoś dziwi w powyższym wyliczeniu powtarzająca się cyfra 6: grecki system monetarny był oparty na systemie szóstkowym, to znaczy, że monety dzieliły się przez 6, a nie przez 10, jak znany nam system. Jakkolwiek by to jednak nie liczyć, prezent był boski, ale niewielu zdołało prześcignąć władców tej frenetycznej epoki zarówno w hojności, jak i w okrucieństwie.  

Próżność Demertriusza

Demetriusz z Phaleronu, uczeń Arystotelesa i Teofrasta z Eresos, filozof, retor, pisarz i polityk, który rządził w Atenach – wspierany przez macedoński garnizon stacjonujący w Pireusie – jako namiestnik macedońskiego władcy Kassandra. Jego niewątpliwą zasługą była kodyfikacja ustaw ateńskich, co niektórym dało asumpt do nazywania go trzecim prawodawcą Aten, po Tezeuszu i Solonie. Demetriusz występował niczym monarcha. Człowiek, który ogłosił prawa przeciw zbytkowi sam jednak ubierał się w sposób wielce wyszukany i bogaty, a jego uczty dla przyjaciół, organizowane co wieczór, odznaczały się iście królewskim zbytkiem i przepychem. Pewna pieśń chóru teatralnego nazwała go arcypochlebczo „jaśniejącym słońcem“ Aten, złotych wieńców otrzymał bez liku, a ponadto miasto, jak zapewnia Diogenes Laertios w słynnych Żywotach, przyznało mu i postawiło 360 posągów z brązu. Tę olbrzymią liczbę posągów (nawet zakładając, że jest może nieco przesadzona) wykonano w ciągu 300 dni, co daje wyobrażenie o skali produkcji w odlewniach ówczesnych Aten, zwłaszcza, że były to przeważnie posągi przedstawiające Demetriusza na koniu lub na 2- i 4-zaprzęgach. S. Márai słusznie zauważył w „Dziennikach”, że choć nasze ciało składa się w siedemdziesięciu pięciu procentach z wody, to naszą duszę z całą pewnością w co najmniej dziewięćdziesięciu procentach wypełnia próżność. I ta smutna przypadłość najwyraźniej nie omija nikogo, nawet filozofów.

Teodozjusz II

Antyczny świat został ostatecznie pogrzebany za rządów cesarza Teodozjusza. Edykty z 391 i 392 roku zakazywały absolutnie wszystkich form tradycyjnego kultu, zabroniono nawet palenia kadzidła i oddawania czci larom. Bezwzględnie niszczono posągi bogów, świątynie i amfiteatry. Pod rządami tego cesarza — przez chrześcijan określanego mianem Wielki — dokonano totalnej separacji społeczeństwa od prawdziwych duchowych korzeni Europy. Przedchrześcijańskie instytucje, dzieła sztuki, budowle, obyczaje i zwyczaje zostały skazane na zapomnienie i śmierć. Igrzyska olimpijskie zlikwidowano w roku 393. Znikły one z rzeczywistości europejskiej na 1503 lata. Wznowiono je w Atenach dopiero 6 kwietnia 1896. Teodozjusz  w swoim dekrecie z roku 423 oświadczył dumnie: paganos qui supersunt, tamquam iam nullos essse credamus (pogan, którzy pozostali, uznajemy za już nie istniejących). Mieszkańców prowincjach zachodnich cesarstwa, odmawiających przyjęcia wiary w Chrystusa, jeszcze u schyłku V wieku deportowano na Korsykę i Sardynię. Na Wschodzie, w połowie VI wieku, czyli w czasach panowania Justyniana I, siłą ochrzczono ponad 70 tysięcy ludzi, a w roku 529 zamknięto jedną z ostatnich ostoi ducha europejskiego — Akademię Ateńską. Nowa religia, chrześcijaństwo, wprowadziła się do Europy nie przez głoszoną miłość, lecz gwałt.

Kolegium Dionizosa

Ateńskie stowarzyszenie artystów dionizyjskich, Kolegium Dionizosa, albo Związek Artystów Dionizosa, to organizacja, która kontraktowała aktorów do odgrywania sztuk w całym starożytnym świecie greckim, a był to świat, gdzie niemal każde miasto i miasteczko uznawało za punkt honoru posiadanie własnego teatru. Teatrów w dawnej Grecji nie brakowało, o czym jeszcze i dziś świadczą setki ich ruin. Jednak tylko najbogatsze miasta mogły sobie pozwolić na posiadanie własnych zespołów aktorskich. Kolegium Dionizosa (istniało nie tylko w Atenach, także w starym jońskim mieście Teos i w Pergamonie) można więc uznać za pierwsze w dziejach stowarzyszenie aktorów, choć jednocześnie spełniało też rolę czegoś w rodzaju związku zawodowego. Członkostwo w tej organizacji, która rozsyłała zrzeszonych w niej artystów w najdalsze zakątki greckiego świata, a był to bez mała cały ówczesny świat, gwarantowało sporo przywilejów: całkowicie zwalniało z płacenia podatków oraz obowiązku odbywania służby wojskowej, zarówno na lądzie jak morzu, zapewniało nietykalność osobistą na terenie całej Grecji, i możliwość swobodnego przekraczania granic. Artyści otrzymywali w ten sposób bardzo specjalny status i ochronę. Kolegium Dionizosa zajmowało się ponadto – i ta jego funkcja jest być może najbardziej ważka – publikowaniem, rozpowszechnianiem i zachowywaniem tekstów dramaturgów. Występowało więc jednocześnie w roli wydawnictwa, biblioteki i dystrybutora dzieł teatralnych. Wszystko to miało miejsce drobne dwa tysiące pięćset lat temu. Zaledwie wczoraj.

Czytając Herodota

Czytając nowe wydanie Herodota, imponujące graficznie, a do tego ze wstępem, przeglądem treści, przypisami, spisem ważniejszych imion, nagle uświadomiłem sobie, jak daleko jesteśmy od tego, czym była książka w czasach autora „Dziejów”. Spróbujmy więc wyobrazić sobie, że żyjemy w latach 450-400 p. n. e., a Herodot, nasz dobry znajomy lub przyjaciel, przysyła nam, do zapoznania się lub recenzji, zwoje swojej obszernej, napisanej w dialekcie jońskim, pracy (którą znacznie później gramatycy aleksandryjscy podzielą na 9 ksiąg). A więc przesyłka Herodota ma formę zwoju. Tekst zapisany jest po wewnętrznej stronie. Początek, wzmocniony, by zapobiec zniszczeniu, zawiera skrócony tytuł tekstu. Pełny tytuł, zgodnie ze zwyczajem, znajdziemy na końcu. Zdarzają się niekiedy zwoje zapisane dwustronnie, ale to rzadkość. Zwój jest nawinięty na drążek zwany umbilicus, z którego odwija się go prawą ręką, podczas gdy lewa zwija część przeczytaną. To zupełnie inny gest niż odwracanie kartek. Format wynosi prawdopodobnie 20-30 cm. Tekst jest podzielony na kolumny. Powiedzmy, że te są poprzeczne, choć czasem zdarzają się też lekko ukośne. Wolny margines znajduje się na górze i na dole, a odległość między wierszami wynosi około 2 cm. To nie wszystko jednak. Otóż, w początkowej fazie rozwoju pisma greckiego pisało się od prawej strony do lewej. Później zaczęto stosować bustrofedon, który polegał na zapisywaniu znaków w sposób naprzemienny – od prawej strony do lewej i od lewej do prawej. W Atenach już od 550 roku p.n.e. pisano od lewej do prawej strony, więc i ten tekst powinien być zapisany w ten sposób. Mamy więc przed sobą pierwotny tekst „Dziejów” naszego przyjaciela Herodota, ale trudność prawdziwa dopiero przed nami. W tekście tym nie ma bowiem żadnej interpunkcji, a wyrazy nie są dzielone. Spróbujmy sobie wyobrazić, że będziemy przedzierać się przez gąszcz liter, które nie dzieli żadna przerwa, że zapisane są metodą jak leci, ciurkiem, jednym ciągiem, zapisanesąjaklecijednymciągiem, że tekst nie posiada klarowności do której przywykliśmy, że jest – jak to ktoś celnie określił – nieprzenikliwy jak tkanina. Myślę, że wielu z nas bez wahania odłożyłoby ten wielozwojowy szyfr na półkę. Lektura takiego tekstu musiała być mozołem, którego nie jesteśmy nawet w stanie wyobrazić sobie.

To nie koniec trudności, zresztą. Czytanie – każde słowo musiało jeszcze odpowiednio wybrzmieć. W tamtych czasach nie stosowano przecinków, to dopiero gramatycy epoki aleksandryjskiej wprowadzili tzw. znaki diakrytyczne dla akcentów i przydechów. Starożytność nie znała cichego czytania. Głośno czytało się i samemu, a jeszcze chętniej kazało się sobie czytać niewolnikowi (anagnostai). Biblioteka Aleksandryjska czy Pergamońska nie posiadały więc czytelni w naszym tego słowa znaczeniu – ówczesnym zwyczajem czytano tekst na głos przechadzając się po krużganku lub siedząc w przyjemnym cieniu jakiejś krytej kolumnady, a regały tych bibliotek przypominały plastry miodu raczej niż półki. 

Demokracja ateńska

Ateny. Obywatele ateńscy nie mieli co prawda nad sobą żadnej władzy, którą można byłoby określić mianem „państwa”, bowiem sami byli „państwem”, ale ceną tego było ogromne ograniczenie prywatności i taki poziom kolektywizmu, że przypomina to nie tyle demokrację, co rodzaj perfidnego komunizmu – z seansami publicznej samokrytyki w stylu sowieckim czy chińskim, co przydarzało się nawet tak wybitnym postaciom jak Perykles. Określanie ustroju ateńskiego mianem demokracji, w naszym rozumieniu tego słowa, jest nieporozumieniem.

Strzępy z Durrella

Poznają się w 1935. W 1937 L. Durrell z żoną Nancy pojawiają się w Paryżu. Dom przy villa Seurat w Paryżu. Durrellowie wynajmują mieszkanie przy rue Gazan 21. Anais. Inni. Córka Penelepe. Wizyta Millera na Korfu. Potem Grecja. Ateny. Jorgos Katsimbalis, Stefanides, Seferis. Rezultatem jest znakomity Kolos z Maroussi. Mieszkaliśmy w Maroussi. Spokojne, nieco senne. Jakim dziwnym zwierzęco-roślinno-mineralnym tworem jest kobiecy umysł? (Durrell w liście). Adres Durrella w Atenach: Anagnostopulu 40. Zdaje się, że bardzo blisko Muzeum Archeologicznego. Eve Cohen, którą poznaje w Aleksandrii, zostaje jego żoną. Goethe: Miarą wielkości dzieła jest niemożność jego ukończenia. Sprytne. Zawsze szukamy pretekstu, by pójść na spacer. Europa to owczarnia pełna beczących i kudłatych socjalistów, którzy zdają się nie zauważać, że socjalizm toruje drogę fanatykom. Wizja w pełni prorocza. Durrell do Millera w liście pisanym w czasie pobytu w Belgradzie: Ludzie przypominają tu mole, są śmiertelnie wystraszeni, obłudni i sztywni. Tymczasem do tego centrum barbarzyństwa, porównywalnego jedynie z najmroczniejszymi okresami w historii, przyjeżdżają amerykańscy i angielscy lewicowcy, by opowiadać obrzydliwym komunistom, jak zepsuta i bliska upadku jest nasza zachodnia cywilizacja. Hitler to przy nich niewiniątko. W 1952 roku Eve przeżywa załamanie i musi poddać się leczeniu. Córka Sappho. „Turecki dom” w pobliżu opactwa Bellapaix na Cyprze. W tym samym czasie triumfalna podróż Millera po Europie, w towarzystwie pięknej Eve McClure. Durrell poznaje Claude Vincendon, kończy Justynę. Dom w Sommieres, miasteczko średniowieczne na południu Francji. Spotykają się ponownie dopiero w 1959 roku, po dwudziestu latach. Durrell po wizycie w Egipcie w 1977 roku: Jednak wszędzie, gdzie pojawiają się Arabowie, jest również pustynny kurz, brud i fanatyzm. A potem refleksja: Jestem statecznym, siwiejącym starszym panem, mam sześćdziesiąt sześć lat, a w tym wieku człowiek zaczyna się sypać – albo, jak mówią, tracić parę. Nadal jednak potrafię przez dłuższy czas stać na głowie i opanowałem wszystkie możliwe nałogi oprócz picia czerwonego wina. Ja też.

Koincydencje

We wcześniejszym wpisie Asteria próbowałem opisać prześladujące mnie poczucie nierealności tej wyspy, poczucie, które towarzyszyło mi tam od pierwszej chwili i nie opuszczało mnie potem przez długie miesiące. Zastanawiałem się, czy miejsce, gdzie nie masz prawa umrzeć może być miejscem, gdzie możesz żyć. Tydzień temu, szukając pewnej, potrzebnej mi informacji, choć na całkiem inny temat, znalazłem przypadkiem – jak to wielokrotnie ma miejsce – znakomitą replikę Pauzaniasza, syna Kleombrotasa, dotyczącą tej samej sprawy. Otóż, gdy Delijczycy bronili swoich praw do wyspy, przemawiając przeciwko Ateńczykom, i mówili, że zgodnie z ich prawem kobiety nie mogą rodzić na ich wyspie, a umarli nie mogą być na niej chowani, Pauzaniasz słusznie zapytał: „Jakże to może być wasza ojczyzna, jeśli żaden z was ani tam się nie urodził, ani nie spocznie w przyszłości?”

Partie polityczne

W antycznych Atenach nie istniały partie polityczne we współczesnym tego słowa znaczeniu.  Były naturalnie jakieś niewielkie grupy skupione wokół co wybitniejszych polityków, ale nigdy nie doszło tam do fenomenu tworzenia partii politycznych. Bezbarwne, przeciętne, żałosne postacie, które dzisiaj chroni siła stojących za nimi partii, nie miałyby racji bytu w ateńskiej demokracji. Ateński polityk musiał więc być wielką osobowością, autorytetem, a ponadto człowiekiem obdarzonym darem przekonywania i charyzmą. Cechą współczesności jest brak autorytetów. Próżno szukać wybitnych jednostek w polityce, życiu społecznym i duchowym, a nawet w literaturze czy sztuce. Do władzy i znaczenia dochodzą osoby pozbawione charyzmy, ludzie bez wizji, żądni jedynie zysków i zaszczytów. Za masy myślą więc nie prawdziwe elity, jak to zdarzało się w Atenach, lecz podobni im ludzie, tak samo nijacy i tak samo przeciętni. Właściwie jest to dość zabawny mechanizm: miernota wyborców wyłania miernych reprezentantów, a potem ci czynią wszystko, by zapewnić swoich wyborców, że wybrali właściwych ludzi na właściwe miejsca. Voilà!

Figi i Kserkses

Słowem „sykofant” określano w Atenach obywatela, który występował z oskarżeniem publicznym z chęci zysku (zwykle otrzymywał część skonfiskowanego majątku skazanego), z powodów wyłącznie prywatnych, ze względu na doraźną walkę polityczną albo przekupiony przez prawdziwego przeciwnika oskarżonego, kryjącego się jednak w cieniu oskarżyciela; w Atenach istniała grupa osób niemal zawodowo zajmująca się tym ostatnim rodzajem oskarżeń. Ciekawa jest natomiast etymologia słowa sykophantes; pochodzi od słowa sykon, czyli figa oraz phaino, wskazuję – i pierwotnie ponoć był to człowiek donoszący o nielegalnym wywozie fig z Attyki. Figi attyckie musiały być prawdziwym rarytasem. Plutarch w „Powiedzeniach królów i wodzów” przytacza anegdotę o perskim władcy Kserksesie, który odmawiał jedzenia przywożonych na sprzedaż suszonych fig attyckich twierdząc, że będzie je jadł dopiero wówczas, gdy opanuje kraj, który je rodzi. Jak wiemy z historii byłoby lepiej, gdyby poprzestał na imporcie.

Edyp i hipopotam

Plutarch. Kapłani egipscy gardzili rybami, nawet hieroglif „nienawiść” przedstawiany jest za pomocą znaku ryby.  Podobno w przedsionku świątyni Ateny w Sais znajdował się wizerunek chłopca, za nim starca, sokoła i ryby, a za nimi wszystkimi – hipopotama. Obraz ten układa się w zdanie: „O, wy którzy rodzicie się i odchodzicie, bóg nienawidzi bezwstydu”. Mały chłopiec jest bowiem symbolem narodzin, starzec – kresu życia, sokół przedstawia boga, hipopotam zaś bezwstyd. Hipopotam jest egipskim Edypem – według mitu zabija on ojca, zdobywa jego tamę i przemocą obcuje z własną matką. Zachwyt Lezama Limy – wędrujące obrazy.

Teatr

Termy i teatry należą do najbardziej charakterystycznych budowli kultury grecko-rzymskiej. Teatr Dionizosa w Atenach, słynny teatr w Epidaurusie, mniejszy w Ancient Epidaurus, w Efezie, w Argos, w Sparcie, w Eretrii, w Oropos, w Delos, Priene, Termessos, Sagalassos, Patarze, Tralles, w Messini, Taorminie, Gortynie, Aspendos, Apterze, Didymie, w Milecie, w Pergamonie, Helikarnasie, w Efezie, w Tebach … Można wymieniać bez końca. Zdawać by się mogło, że każde greckie miasto, wieś i najmniejsza osada posiadały teatr. Niemal wszystkie znane nam starożytne ruiny, pod każdą szerokością geograficzną, to świątynie, grobowce albo ponure warownie. Tylko grecko-rzymskie ruiny to teatry. 

15 talentów

Ptolemeusz, tworząc słynną Bibliotekę Aleksandryjską, był bezwzględny w gromadzeniu i poszerzaniu jej zbiorów. Ateńczykom zaproponował poręczenie w postaci 15 talentów srebra za manuskrypty Sofoklesa, Eurypidesa i Ajschylosa obiecując, że jedynie wykona z nich kopie, a następnie zwróci je niezwłocznie w stanie nienaruszonym. Po stworzeniu kopii, podobno wykonanych na najlepszym materiale i wyjątkowo starannie, oryginały zachował jednak dla siebie, a Ateńczykom wysłał owe kopie proponując, by zatrzymali pieniądze, jeżeli kopie ich zadowolą. Ateńczycy przyjęli kopie i zatrzymali pieniądze.

Oferta była hojna. Talent to grecka jednostka wagi. Starożytny talent służył jako miara ilości pieniądza w postaci szlachetnego kruszcu, srebra i złota. W tym przypadku jest mowa o srebrze, które w tamtych czasach było dużo więcej warte niż obecnie, gdyż było tylko dwukrotnie tańsze od złota. Talent dzielił się dalej na 60 min. Srebrna mina z kolei odpowiadała 100 drachmom. Stawka za dniówkę robotnika przy pracach budowlanych nie przekraczała wówczas 1 drachmy. Rocznie dawałoby to więc najwyżej 300 drachm. Innymi słowy, robotnik musiałby przepracować co najmniej 20 lat, by zarobić 1 talent.

 

Listy Durrell – Miller

Lawrence Durrell – Henry Miller „Listy 1935–1980”. Nasza epoka nie pozostawi po sobie takich świadectw. Nie piszemy już listów. Sztuka epistolograficzna kurczy się jak cień w południe i odchodzi w zapomnienie. Skrzynki pocztowe przestają być potrzebne, powoli znikają z ulic naszych miast. Kto jeszcze kupuje papier listowy? Kto jeszcze pamięta, jak zacząć list i jak go skończyć? Nie piszemy już listów. Wysyłamy esemesy. Lakoniczne meldunki, zdyszane i niedbałe, bez dużych liter, z ortograficznymi błędami, bez kropek i przecinków, ledwo czytelne stenogramy wystukiwane kciukami na wąskiej klawiaturze telefonów. Nie dzielimy się w nich sobą czy naszym życiem. Na to nie ma tam miejsca. Kciukiem można nadać sygnał sos, wyrazić cenę, wagę i miarę. Nie da się nim jednak wyrazić naszej tęsknoty, opowiedzieć o rozpaczy. Nie snujemy opowieści. Przestajemy być homo narrans.

Durrell i Miller należeli jeszcze do epoki listów. Poznali się w 1935 roku, ich znajomość i korespondencja obejmuje okres bez mała pół wieku. Prawie pięćdziesiąt burzliwych lat, konwulsje starego świata, druga wojna światowa, powojenna rzeczywistość, zmiany polityczne, socjalne, mentalne, nowy układ sił, nowe wyzwania. Henry Miller zdołał powrócić do Stanów Zjednoczonych dokładnie w przeddzień wojny. Durrell pozostał w oku cyklonu – Korfu, Ateny, Kalamata, dramatyczna ucieczka przed niemieckimi hordami, potem Kair, Aleksandria. Jest wojna, poczta działa lub nie, czasem przez długie miesiące nie mają o sobie żadnych wiadomości, ale piszą, starają się dać znak, że nie stracili nadziei, że wciąż jeszcze żyją i pamiętają. Wszystko jest w tych listach: wojna, osobiste klęski i sukcesy, anegdoty i plotki, zen i miłostki, lektury i plany pisarskie, fascynacje i problemy, kolejne małżeństwa i dzieci, kłopoty finansowe, wzmianki o chorobach i rozczarowaniach, uwagi o polityce i ludziach, o spotkaniach z przyjaciółmi i bezwzględności wydawców, komentarze do aktualnych wydarzeń, relacje z podróży, słowa otuchy i zachęty, czasem krytyki, ale zawsze przyjaźni. W ich listach jest cały ówczesny świat, na dodatek o niebo bliższy nam i bardziej rzeczywisty niż wszystkie prace historyczne dotyczące tamtego okresu razem wzięte. Listy, tylko listy, żadnej literatury, a może właśnie najprawdziwsza literatura. Może ma rację Miller, gdy pisze, że: Nie ma żadnego dualizmu. To, co negatywne, złe, nikczemne wynika z niedoskonałości postrzegania, z niezrozumienia. Po co pragnąć nieśmiertelności, jeśli jest się w samym środku wieczności? Nie powinno cię obchodzić dobro, zło czy moralność, ponieważ nie jesteś „sędzią”.  

Absolut

Muzeum Archeologiczne w Atenach. Wspaniały, wielki gmach, imponujące ekspozycje. I znużenie, które pojawia się szybciej niż się tego spodziewasz. Tylko piękno i realizm. W tych rzeźbach nie ma żadnych marzeń i ani cienia fantazji. Jest natomiast jakaś obłędna, zegarmistrzowska precyzja, jakby artysta pragnął idealnie skopiować rzeczywistość, a nawet prześcignąć ją w realizmie. W tych liniach jest niewiarygodne, maniackie dążenie do absolutu. Antyczna sztuka próbowała odzwierciedlić świat. Dopiero tutaj, w tym miejscu, zaczynasz pojmować, dlaczego najwyższym komplementem i wyrazem uznania dla tamtych twórców było porównanie ich dzieł do tworów natury.

Ateny raz jeszcze

W pewnym antykwariacie na Monastyraki oglądałem rycinę przedstawiającą Ateny w latach 1860-62. Był to widok z Filopappos. Resztki Akropolu, pozbawione drzew, gołe rumowisko, u podnoża kilka domów, w oddali masyw gór. Nic więcej. Ateny. Jedno z najstarszych miast w Europie, miejsce narodzin demokracji, filozofii, poezji, igrzysk olimpijskich, historiografii, geometrii i matematyki, dramatu i komedii. Patrzyłem na tę rycinę i nie mogłem tego, co przedstawiała, skojarzyć z Atenami. Chciałem ją kupić, lecz mimowolnie wybrałem inną rycinę. Wybrałem taką, która była być może kłamliwa, ale bliższa moim wyobrażeniom o Atenach. Wybrałem zmyślenie.

W Atenach zachowało się najstarsze drzewo oliwne Attyki i może jedno z najstarszych na świecie. Ma ponad 2500 lat i znajduje się w Agioi Anargiroi, około 6 kilometrów od centrum Aten.

Pod Atenami płyną rzeki. Przy większych opadach deszczu wody tych rzek wzbierają i, nie mając innego ujścia, wylewają się na ulice. Te podziemne zbiorniki powodują też dużą wilgoć w miejscach pod którymi przepływają. Mój nos wyczuwał to zwłaszcza w Monastyraki.

Lawrance Durrell mieszkał w Atenach przy Anagnastopolou, u stóp Lycabettus.

W Atenach nie ma niebotycznych wieżowców, które przysłaniają pejzaż. Ateny mają niską zabudowę. Z Akropolu czy wzgórza Filopappos doskonale widać Pireus i morze. Powodem jest prawo nieograniczonego widoku na Akropol – wysokość budowli nie może przekraczać 27 metrów, poza nielicznymi wyjątkami.

Za Akropolem znajdował w dawnych czasach barathron – rozpadlina albo dół do którego strącano skazanych na śmierć przestępców. Ich ciałami żywiły się padlinożerne ptaki i zwierzęta.

Światowa Organizacja Zdrowia utrzymuje, że Ateny to jedno z najgłośniejszych miast nie tylko w Europie, ale na całym świecie. Idąc którąś z ruchliwych ulic, jak choćby Siggrou, nie da się rozmawiać nie krzycząc. Co niewiele pomaga.

Wszystkie ścieki z Aten trafiają prosto do Zatoki Sarońskiej. Tak, właśnie tam, tam gdzie znajduje się słynna Riviera Ateńska.

Ateny

Ateny to szczelnie zabudowana równina, rozciągająca się między Zatoką Sarońską a wzgórzami Egaleo, od południowego zachodu, Parnita, od strony zachodu i północnego zachodu, Hymet, od wschodu i Pentelejkon, od północy. Czteromilionowa aglomeracja, stolica Grecji od 1834 roku. To wtedy król Otton Bawarski przeniósł stolicę z Nafplio na Peloponezie do Aten – Ateny liczyły wówczas trzysta domów i dwa tysiące mieszkańców. Nie bądźcie zdziwieni, gdy podczas spaceru pod Akropolem, w dzielnicy Plaka, natraficie na najstarszy dom w Atenach. Nie bądźcie zdziwieni, że pochodzi on z XVIII wieku. Nie ma w Atenach budynku, który byłby starszy niż ten dom. W Atenach nie ma zabytków. Nawet Akropol nie jest zabytkiem.

Grecy i my

Założę się, że jeśli przeciętny obywatel Aten z 1000 roku p.n.e. pojawiłby się nagle wśród nas, byłby to najzdolniejszy i najbardziej żywotny intelektualnie z naszych kolegów, z dobrą pamięcią, dużą ilością pomysłów i trzeźwym spojrzeniem na problemy. Co więcej, myślę, że byłby to najbardziej stabilny emocjonalnie z naszych przyjaciół ” – dr Gerald Crabtree, genetyk, artykuł w “Trends in Genetics”. Bardzo logiczny wywód.

Dr Crabtree twierdzi, że Grecy mieli lepszą pamięć i byli bardziej pomysłowi niż my. W tamtych czasach trzeba było używać sto procent swego umysłu, by przeżyć. My zostaliśmy ogłupieni przez rozwój cywilizacyjny. W naszym społeczeństwie jednostki słabe wspierane są przez dziesiątki społecznych mechanizmów i nie muszą wysilać się, by przetrwać. Osobnicy z niekorzystnymi mutacjami genetycznymi mają dzisiaj wszystkie szanse, by reprodukować się i żyć. Jednocześnie osoby z lepszym zestawem genów nie dominują już w społeczeństwie jak to było w przeszłości – konsekwencją jest, że stajemy się głupsi z każdym pokoleniem. I dzisiaj widać to już bez potrzeby używania mikroskopu.