Media i my

Henry Miller w „Kolosie z Maroussi”, jego z całą pewnością najlepszej książce, napisał, że moglibyśmy uczynić wielki krok naprzód, gdybyśmy potrafili obejść się bez gazet i mediów, bowiem ich naczelnym zadaniem jest rozsiewanie kłamstwa, nienawiści, zawiści, chciwości, podejrzliwości, strachu i złości. „Brak gazet, brak wiadomości o tym, co ludzie robią w różnych częściach świata, aby sobie utrudnić lub ułatwić życie, jest największym błogosławieństwem”. Diagnoza Millera jest słuszna. Przestępstwem wszelkich mediów jest to, że wykorzystują i podsycają w nas zainteresowanie tym, co robi nasz bliźni, że pielęgnują w nas malaryczne zainteresowanie życiem innych ludzi i prowokują naszą nieszczęsną skłonność do podglądania egzystencji innych przez dziurkę od klucza. Media są pasożytem, który żyje na naszej chorobie, karmi się nią i usilnie zabiega o to, abyśmy nie wyzdrowieli nawet przypadkiem. Wczoraj, by udowodnić postawioną przez Millera tezę, zadałem sobie trud i przejrzałem artykuły w trzech polskich mediach internetowych, Interii, Onecie i Wirtualnej Polsce.

Interia pl. informuje, że syn naczelnego błazna Rzeczpospolitej, Korwina-Mikke, leży w szpitalu na covid, co dla wszystkich Polaków jest zapewne wiadomością szalenie relewantną i bez niej mogliby czuć się informacyjnie okaleczeni. Są też wyniki sekcji zwłok niedawno odstrzelonych wilków, do wiadomości dla ich pobratymców, sensacyjna wiadomość o sklerotycznym dziadku, który odebrał z przedszkola cudze dziecko, astronomiczna cena sukienki biednej i prześladowanej Meghan i okropnie przykra prawda o zagranicznej karierze Górniak, bardzo istotna dla dalszej egzystencji każdego uczciwego człowieka w naszym kraju. Potem anemiczny artykulik o facecie w którym kochały się podobno wszystkie Polki w latach 70-tych, czyli w zeszłym wieku, ujawnienie, że córka Artura Żmijewskiego ma jakiś wygląd, że Lityński zginął heroicznie ratując psa, bez wyjaśnienia, czy pies zdążył mu za to podziękować, jakieś sensacyjne doniesienia w sprawie Ronaldo i o tym, że Lubański zrobił coś niezwykłego, a Czarnota-Bojarska ujawniła wreszcie, kto oblał ją szampanem. Pozostałe jakże istotne wiadomości zamieszczone przez Interię dotyczą kobiety, która urodziła dziecko z zespołem Downa (czyżby jako pierwsza na świecie?) i kolejna notka, której wyczekiwaliśmy niczym kania dżdżu, czyli jak wygląda córka, ale tym razem córka Kozidrak oraz, że ktoś został przyłapany „z dużo młodszym”, tudzież wstrząsające wieści o byłej gwieździe TVN, chociaż do końca nie wiadomo co i kim wstrząsnęło. 

Wiadomości w Onet pl. zajmują się sprawą historycznie ważnych nieścisłości w wywiadzie Meghan i Harry`ego, kolejnymi oskarżeniami wobec nijakiego Obajtka, problemem, jak odpalić Kamaza przy temperaturze minus 48 stopni C, co w naszej szerokości geograficznej jest niezmiernie istotne i pożyteczne, bowiem ekstremalnie niskie temperatury mamy każdej zimy, rozważaniami na temat zarobków Harry’ego i Meghan, bez podania, gdzie ta cudaczna para jest zatrudniona, nieudolnym dochodzeniem w kwestii, kim jest matka tej ostatniej, ujawnieniem, co górale myślą o władzy, bowiem górale są jak ogólnie wiadomo znakomitymi politologami, tudzież kolejną arcyważną informacją o tym, że jakiś syn jakiegoś byłego selekcjonera wraca po zawieszeniu za korupcję i nie ma powodu do wstydu. Oczywiście, na onetowskiej stronie nie może zabraknąć sensacyjnych doniesień o Watykanie i tajemnicy fatimskiej, rozważań na temat wysokości emerytury Jolanty Kwaśniewskiej, dywagacji o przyczynach miauczenia kotów, zdania Krystyny Pawłowicz o innych kobietach oraz mniej czy bardziej niekompetentnych sugestii o przyczynach, które powodują, że Archie nie może być księciem. Można też dowiedzieć się, jak długo „Lewy” zarabia na Passata i iPhone`a, o burzliwym związku Mazurówny i Wacława Kiesielewskiego i zobaczyć zdjęcia Edyty Pazury z dziećmi w wannie, co podobno zszokowało wielu zacnych i niewinnych internautów.

Wirtualna Polska pl. ambitnie donosi, ile kosztuje wynajem berlińskiej willi Przyłębskiego, kimkolwiek on jest, jak dokonała się metamorfoza Szydło, o tym, że Meghan kłamała, jakby to było coś nadzwyczajnego, że niedźwiedź gonił pewnego narciarza, bo pewnie chciał zapytać, gdzie szczepią na covid, o jakiejś istocie rodzaju żeńskiego, która przechadzała się po plaży i że był to widok iście niebiański oraz o innej, która powiększyła biust i chciała więcej. Zainteresowanie budzi wiadomość o pewnym bachorze-ikonoklaście, który zniszczył już dwanaście telewizorów, ale rozczarowuje sąsiadująca z tą informacja o bezmyślnym zachowaniu Ronaldo; chyba że uznamy, że Ronaldo może robić coś „z myślą”, poza kopaniem piłki, zakładając oczywiście, że kopanie piłki wymaga myśli. Potem pojawiają się bezpłodne refleksje o alkoholowym imperium Palikota, purytańskie obiekcje o takiej, która pokazała za dużo na zdjęciu, relacja z pobytu Wieniawy w górach z kolejnym ukochanym, rewelacje o niekończącym się orgazmie, zwierzenia pewnej pani o tym, jak wyglądał jej dawny związek, smutna prawda o Hance Bielickiej, mętne spekulacje o ciąży bez stosunku i niedyskretna opowieść jakiegoś chama o nocy z jakąś Caroline.

Miller ma rację. Ileż nędzy i pustki, które sprzedaje się nam jako prawdy. Nie potrzebujemy prawdy w formie podawanej nam przez pisma czy media codzienne. Potrzebujemy spokoju, samotności i odpoczynku. Gdybyśmy potrafili gremialnie zastrajkować i uczciwie wyzbyć się wszelkiego zainteresowania tym, co robi nasz bliźni, wstąpiłoby w nas nowe życie. Ale nie potrafimy. Nasze lenistwo sprawia, że wybieramy podpatrywanie życia innych ludzi, unieważniając i redukując tym samym nasze własne życie. 

Strzępy z Durrella

Poznają się w 1935. W 1937 L. Durrell z żoną Nancy pojawiają się w Paryżu. Dom przy villa Seurat w Paryżu. Durrellowie wynajmują mieszkanie przy rue Gazan 21. Anais. Inni. Córka Penelepe. Wizyta Millera na Korfu. Potem Grecja. Ateny. Jorgos Katsimbalis, Stefanides, Seferis. Rezultatem jest znakomity Kolos z Maroussi. Mieszkaliśmy w Maroussi. Spokojne, nieco senne. Jakim dziwnym zwierzęco-roślinno-mineralnym tworem jest kobiecy umysł? (Durrell w liście). Adres Durrella w Atenach: Anagnostopulu 40. Zdaje się, że bardzo blisko Muzeum Archeologicznego. Eve Cohen, którą poznaje w Aleksandrii, zostaje jego żoną. Goethe: Miarą wielkości dzieła jest niemożność jego ukończenia. Sprytne. Zawsze szukamy pretekstu, by pójść na spacer. Europa to owczarnia pełna beczących i kudłatych socjalistów, którzy zdają się nie zauważać, że socjalizm toruje drogę fanatykom. Wizja w pełni prorocza. Durrell do Millera w liście pisanym w czasie pobytu w Belgradzie: Ludzie przypominają tu mole, są śmiertelnie wystraszeni, obłudni i sztywni. Tymczasem do tego centrum barbarzyństwa, porównywalnego jedynie z najmroczniejszymi okresami w historii, przyjeżdżają amerykańscy i angielscy lewicowcy, by opowiadać obrzydliwym komunistom, jak zepsuta i bliska upadku jest nasza zachodnia cywilizacja. Hitler to przy nich niewiniątko. W 1952 roku Eve przeżywa załamanie i musi poddać się leczeniu. Córka Sappho. „Turecki dom” w pobliżu opactwa Bellapaix na Cyprze. W tym samym czasie triumfalna podróż Millera po Europie, w towarzystwie pięknej Eve McClure. Durrell poznaje Claude Vincendon, kończy Justynę. Dom w Sommieres, miasteczko średniowieczne na południu Francji. Spotykają się ponownie dopiero w 1959 roku, po dwudziestu latach. Durrell po wizycie w Egipcie w 1977 roku: Jednak wszędzie, gdzie pojawiają się Arabowie, jest również pustynny kurz, brud i fanatyzm. A potem refleksja: Jestem statecznym, siwiejącym starszym panem, mam sześćdziesiąt sześć lat, a w tym wieku człowiek zaczyna się sypać – albo, jak mówią, tracić parę. Nadal jednak potrafię przez dłuższy czas stać na głowie i opanowałem wszystkie możliwe nałogi oprócz picia czerwonego wina. Ja też.

Książki i adidasy

Notatka w prasie internetowej. Księgozbiór i archiwum zmarłego w 2016 roku Umberto Eco zostanie przekazany na 90 lat uniwersytetowi w Bolonii, gdzie pracował, a cenna kolekcja starodruków trafi do biblioteki Braidense w Mediolanie. Kolekcja liczy około 30 tysięcy tomów. Na mocy tej decyzji podzielono je między Mediolan, gdzie pisarz mieszkał niedaleko biblioteki Braidense, a jego Alma Mater w Bolonii. Do mediolańskiej placówki trafi 1200 starodruków, wśród nich 380 pochodzących z okresu XVI-XVIII wieku.

Pod spodem tylko dwa komentarze. W jednym ktoś pyta retorycznie, po co to wszystko, skoro i tak nikt tego nie przeczyta, a w drugim ktoś inny stwierdza smutno, że książki leżą dziś w marketach między kartoflami i podróbkami adidasów. To prawda. Księgarnie, te dawne, dumne świątynie książki, znikają z pejzażu naszych miast. W czasach mojej młodości w przeciętnym, stutysięcznym miasteczku istniały co najmniej cztery księgarnie, czasem więcej, i były to niemal miejsca sacrum – wchodziło się tam z szacunkiem, prawie na palcach, mówiło się ciszej, zachowywało stosownie. Księgarzy w żadnym wypadku nie należało mylić czy – tym bardziej – traktować jako sprzedawców. Takie określenie byłoby dla nich ujmą i obrazą. Termin sprzedawca mógł dotyczyć osób handlujących warzywami czy butami, ale nie kogoś, kto zajmował się czymś tak szlachetnym jak książka. Księgarz posiadał status kapłana, osoby wtajemniczonej, obcującej z wyższymi duchami, status kogoś wprowadzonego w misterium intelektu. Zwykły, prosty człowiek rzadko odważał się i rzadko wchodził do takich przybytków jak księgarnia zwyczajnie i prosto z ulicy. Sąsiadka moich rodziców, zmuszona udać się do księgarni, by zakupić podręczniki szkolne dla jej dzieci, idąc tam ubierała się zawsze „jak do kościoła”, jak mawiała, czyli lepiej, w odświętne ubranie. Półki z książkami przytłaczały ją tak bardzo, że traciła oddech, książki onieśmielały, a na widok księgarzy, uroczystych kapłanów tego tajemnego świata, zaczynała jąkać się i pocić obficie. W domu miała trzy lub cztery książki, stały w stołowym pokoju za szybą monstrualnego kredensu, przypominającego jurajskiego gada wbitego ostrymi kłami w seledynową ścianę. Odkurzała je często i zawsze delikatnie, uważnie i z szacunkiem. Ale ten świat już nie istnieje. Dzisiaj mieszkam w ćwierćmilionowym mieście i przymuszając moją pamięć, by odnalazła mi w nim jakąś księgarnię, mimo wysiłków znajduję tylko jedną. Możliwe, że gdzieś indziej, w jakiejś odległej dzielnicy, jest jeszcze jedna. Na pewno nie ma więcej. Książki kupuje się w marketach, między kartoflami i podróbkami adidasów. A ja wciąż je zamawiam i zbieram, chociaż już wiem, że odejdą razem ze mną, pochłonięte przez siłę odśrodkową jakiegoś hydrocyklonu, przestając być Borgesem, Durrellem, Fuentesem, Millerem, Màrai czy Lowrym, a stając się bezimienną, włóknistą, makulaturową masą.

Natura

H. Miller w liście do L. Durrella: Kiedy jednak widzę prowincję, wieśniaków, degeneratów, umysłową pustynię, kiedy widzę krowy, owce, drzewa, które są mi całkowicie obojętne, wpadam w panikę. Mogę żyć w otoczeniu skał i piasku, ale nie obok okiełznanej Natury. Sam zaczynam czuć się jak krowa. Nie potrzebuję przestrzeni ani świeżego oddechu.

Listy Durrell – Miller

Lawrence Durrell – Henry Miller „Listy 1935–1980”. Nasza epoka nie pozostawi po sobie takich świadectw. Nie piszemy już listów. Sztuka epistolograficzna kurczy się jak cień w południe i odchodzi w zapomnienie. Skrzynki pocztowe przestają być potrzebne, powoli znikają z ulic naszych miast. Kto jeszcze kupuje papier listowy? Kto jeszcze pamięta, jak zacząć list i jak go skończyć? Nie piszemy już listów. Wysyłamy esemesy. Lakoniczne meldunki, zdyszane i niedbałe, bez dużych liter, z ortograficznymi błędami, bez kropek i przecinków, ledwo czytelne stenogramy wystukiwane kciukami na wąskiej klawiaturze telefonów. Nie dzielimy się w nich sobą czy naszym życiem. Na to nie ma tam miejsca. Kciukiem można nadać sygnał sos, wyrazić cenę, wagę i miarę. Nie da się nim jednak wyrazić naszej tęsknoty, opowiedzieć o rozpaczy. Nie snujemy opowieści. Przestajemy być homo narrans.

Durrell i Miller należeli jeszcze do epoki listów. Poznali się w 1935 roku, ich znajomość i korespondencja obejmuje okres bez mała pół wieku. Prawie pięćdziesiąt burzliwych lat, konwulsje starego świata, druga wojna światowa, powojenna rzeczywistość, zmiany polityczne, socjalne, mentalne, nowy układ sił, nowe wyzwania. Henry Miller zdołał powrócić do Stanów Zjednoczonych dokładnie w przeddzień wojny. Durrell pozostał w oku cyklonu – Korfu, Ateny, Kalamata, dramatyczna ucieczka przed niemieckimi hordami, potem Kair, Aleksandria. Jest wojna, poczta działa lub nie, czasem przez długie miesiące nie mają o sobie żadnych wiadomości, ale piszą, starają się dać znak, że nie stracili nadziei, że wciąż jeszcze żyją i pamiętają. Wszystko jest w tych listach: wojna, osobiste klęski i sukcesy, anegdoty i plotki, zen i miłostki, lektury i plany pisarskie, fascynacje i problemy, kolejne małżeństwa i dzieci, kłopoty finansowe, wzmianki o chorobach i rozczarowaniach, uwagi o polityce i ludziach, o spotkaniach z przyjaciółmi i bezwzględności wydawców, komentarze do aktualnych wydarzeń, relacje z podróży, słowa otuchy i zachęty, czasem krytyki, ale zawsze przyjaźni. W ich listach jest cały ówczesny świat, na dodatek o niebo bliższy nam i bardziej rzeczywisty niż wszystkie prace historyczne dotyczące tamtego okresu razem wzięte. Listy, tylko listy, żadnej literatury, a może właśnie najprawdziwsza literatura. Może ma rację Miller, gdy pisze, że: Nie ma żadnego dualizmu. To, co negatywne, złe, nikczemne wynika z niedoskonałości postrzegania, z niezrozumienia. Po co pragnąć nieśmiertelności, jeśli jest się w samym środku wieczności? Nie powinno cię obchodzić dobro, zło czy moralność, ponieważ nie jesteś „sędzią”.  

Komunizm

Lawrence Durrel („Kwartet aleksandryjski”) w liście do Henry Millera: Komunizm jest o wiele gorszy niż sobie wyobrażasz: to systematyczne, moralne i duchowe wyniszczanie narodu wszelkimi dostępnymi środkami. Niby jest to „tworzenie prawd na potrzeby chwili”, lecz kiedy jesteś na miejscu, włosy stają dęba. A do tego zmowa i poparcie pławiących się w samozadowoleniu intelektualistów! Płaci im się, żeby milczeli, więc siedzą jak mysz pod miotłą. To wszechogarniające odrętwienie jest przerażające, a zarazem niesamowite. Intelektualna zaraza jest naprawdę groźna.