Grzeczność

Za przejaw grzeczności uważa się niewykonywanie żadnego śpiesznego gestu – uwaga ta, pochodząca z kręgów japońskich mistrzów ikebany, jest kwintesencją prostego w istocie ciągu myślowego. Gesty „śpieszne”, niezależnie od bodźca, który je prowokuje, sprawiają zawsze wrażenie nieco nerwowych, wtórnie kojarząc się nawet z łapczywością lub zachłannością, a te cechy zdecydowanie nie plasują się wśród synonimów słowa „grzeczność”. Raczej przeciwnie. A więc, umiejętność powstrzymywania się od gestów śpiesznych z całą pewnością może być uznana za przejaw grzeczności.  

Syndrom berserków

Właściwie wiemy o tym od dawna, może nawet od zawsze, ale obecnie uzyskaliśmy naukowe dowody na to, że nasz mózg nie jest żadną racjonalną maszyną. Ostatnie badania przy użyciu rezonansu magnetycznego potwierdziły, że w stanie tzw. zakochania nasza kora czołowa – odpowiedzialna między innymi za logiczne myślenie i ocenianie innych – jest kompletnie nieaktywna, śpi, strajkuje, wyjeżdża na urlop, uprawia zenistyczną medytację i nie życzy sobie, by jej przeszkadzać. Potwierdza się więc mocno już wyświechtane powiedzenie, że miłość jest ślepa, ślepa niczym kret, a może nawet bardziej, bo kret odróżnia jednak światło od ciemności. W każdym bądź razie wobec tych, których obdarzamy uczuciami, jesteśmy zdecydowanie mniej surowi i krytyczni. Badania potwierdziły również, że stan zakochania deaktywuje, a nawet całkowicie wyłącza te obszary w mózgu, które odpowiadają za kontrolę emocji negatywnych, choćby takich jak strach, co powoduje, że zakochani potrafią być odważni do szaleństwa. W stanie zakochania przypominamy więc dawnych skandynawskich berserków: idealne bezmózgowie wspomagane szaleńczą odwagą. Jak nam udaje się to przeżyć?! A przynajmniej niektórym z nas.

Cel

Całe ludzkie życie jest zdominowane przez cele. Jesteśmy zakładnikami celów. Nasz język odzwierciedla to aż nadto wyraźnie. Są w nim dziesiątki, jeżeli nie setki fraz, które odnoszą się tylko do tego: osiągamy cele, zdążamy do celu, przyświeca nam cel, trafiamy do celu, obieramy za cel, stawiamy sobie cele, docieramy do celu, mamy nawet cel życia, istnieją wzniosłe cele, a także cele, które uświęcają środki … Cel jest najważniejszy. Już od początku, od pierwszych chwil, gdy wkraczamy w życie pojawia się dyktatura celów – skończyć szkołę z najlepszymi wynikami, dostać się na studia, zdobyć interesującą, a przede wszystkim dobrze płatną pracę, założyć rodzinę, kupić nawet to, czego nie potrzebujemy, spłodzić dzieci, etc. Ale przejawia się to w każdej dziedzinie naszego życia, choćby w zwykłej podróży dokądkolwiek – bez względu na to, jak interesujące miejsca pojawiają się nagle na naszej trasie, pędzimy do celu. Nie zatrzymamy się na dłużej, by podziwiać lub zapoznać się z czymś napotkanym, nie poświęcimy temu tyle czasu, na ile być może zasługuje, przystajemy co wyżej na moment i znów jesteśmy w drodze – do celu. Nieoczekiwane spotkania z ludźmi, krajobrazy, zdarzenia, jakaś uliczka w jakimś mieście, która zaprasza, by odbyć nią spacer, czyjś uśmiech, który mógłby przerodzić się w przyjaźń, jakiś dom, który pragnie nam opowiedzieć fascynującą historię, jakiś wieczór w nieznanym miejscu, który być może mógłby stać się najpiękniejszym wieczorem naszego życia, ale nie … jesteśmy w drodze, cały czas w drodze, zawsze zdążamy do celu. Liczy się jedynie cel, tylko cel mamy przed oczyma, ale właśnie to sprawia, że nie żyjemy w tu i teraz, a więc właściwie nie żyjemy wcale. Prawdziwa rzeczywistość nie ma ani początku ani końca – starzy mistrzowie zen mieli rację.

Listy Durrell – Miller

Lawrence Durrell – Henry Miller „Listy 1935–1980”. Nasza epoka nie pozostawi po sobie takich świadectw. Nie piszemy już listów. Sztuka epistolograficzna kurczy się jak cień w południe i odchodzi w zapomnienie. Skrzynki pocztowe przestają być potrzebne, powoli znikają z ulic naszych miast. Kto jeszcze kupuje papier listowy? Kto jeszcze pamięta, jak zacząć list i jak go skończyć? Nie piszemy już listów. Wysyłamy esemesy. Lakoniczne meldunki, zdyszane i niedbałe, bez dużych liter, z ortograficznymi błędami, bez kropek i przecinków, ledwo czytelne stenogramy wystukiwane kciukami na wąskiej klawiaturze telefonów. Nie dzielimy się w nich sobą czy naszym życiem. Na to nie ma tam miejsca. Kciukiem można nadać sygnał sos, wyrazić cenę, wagę i miarę. Nie da się nim jednak wyrazić naszej tęsknoty, opowiedzieć o rozpaczy. Nie snujemy opowieści. Przestajemy być homo narrans.

Durrell i Miller należeli jeszcze do epoki listów. Poznali się w 1935 roku, ich znajomość i korespondencja obejmuje okres bez mała pół wieku. Prawie pięćdziesiąt burzliwych lat, konwulsje starego świata, druga wojna światowa, powojenna rzeczywistość, zmiany polityczne, socjalne, mentalne, nowy układ sił, nowe wyzwania. Henry Miller zdołał powrócić do Stanów Zjednoczonych dokładnie w przeddzień wojny. Durrell pozostał w oku cyklonu – Korfu, Ateny, Kalamata, dramatyczna ucieczka przed niemieckimi hordami, potem Kair, Aleksandria. Jest wojna, poczta działa lub nie, czasem przez długie miesiące nie mają o sobie żadnych wiadomości, ale piszą, starają się dać znak, że nie stracili nadziei, że wciąż jeszcze żyją i pamiętają. Wszystko jest w tych listach: wojna, osobiste klęski i sukcesy, anegdoty i plotki, zen i miłostki, lektury i plany pisarskie, fascynacje i problemy, kolejne małżeństwa i dzieci, kłopoty finansowe, wzmianki o chorobach i rozczarowaniach, uwagi o polityce i ludziach, o spotkaniach z przyjaciółmi i bezwzględności wydawców, komentarze do aktualnych wydarzeń, relacje z podróży, słowa otuchy i zachęty, czasem krytyki, ale zawsze przyjaźni. W ich listach jest cały ówczesny świat, na dodatek o niebo bliższy nam i bardziej rzeczywisty niż wszystkie prace historyczne dotyczące tamtego okresu razem wzięte. Listy, tylko listy, żadnej literatury, a może właśnie najprawdziwsza literatura. Może ma rację Miller, gdy pisze, że: Nie ma żadnego dualizmu. To, co negatywne, złe, nikczemne wynika z niedoskonałości postrzegania, z niezrozumienia. Po co pragnąć nieśmiertelności, jeśli jest się w samym środku wieczności? Nie powinno cię obchodzić dobro, zło czy moralność, ponieważ nie jesteś „sędzią”.  

Trzy cytaty

Shundo Aoyama, Zen Seeds: Wszedłem do sali w leżącej nieopodal świątyni, gdyż zostałem tam zaproszony na ceremonię parzenia herbaty, i zauważyłem zwój wiszący we wnęce. Przedstawiał on tykwę do napojów i zaopatrzony był w taką oto inskrypcję autorstwa współczesnego mistrza zen, Rosena Tahashina: „Jeśli chlupie, jest za mało”. W tym zdaniu kryje się wielka mądrość.

***

Albert Low, “Zen: Tradition and Transition”: Choroba bycia człowiekiem to choroba pragnienia bycia wyjątkowym. Każdy z nas próbuje być tym Jedynym. Każdy chce kontrolować wszechświat, żeby obracał się wokół niego i tylko wokół niego. Myśl, że jesteśmy tacy sami jak cała reszta ludzkości i wszystkie istoty, jest dla nas prawie niemożliwa do zaakceptowania. Głównym sposobem na potwierdzenie swojej wyjątkowości jest zwrócenie na siebie uwagi innych.

***

W.H.Auden: Można wyobrazić sobie, że jest się bogatym, gdy jest się biednym, pięknym – gdy jest się brzydkim, hojnym – gdy jest się skąpym, ale nie sposób wyobrazić sobie, że ma się wyobraźnię bogatszą lub uboższą, niż to jest w istocie. Człowiek, którego każda myśl była banałem, nigdy się o tym nie dowie.