Wandalowie to grupa tzw. plemion wschodniogermańskich. Pierwotną ich siedzibą była prawdopodobnie środkowa część półwyspu Skandynawskiego. W początkach naszej ery podbili i zasiedlili tereny dzisiejszej centralnej Polski. Największego wyczynu dokonali Hasdingowie, odłam Wandalów, który sprzymierzył się z plemieniem Alanów. Wyruszyli na zachód, zimą 406-407 roku przeszli Ren i najechali Galię (południowa Francja). Trasa ich okrutnego rajdu wiodła przez Półwysep Iberyjski i północną Afrykę aż do dzisiejszej Tunezji, gdzie w 429 roku zdołali stworzyć państwo. Obejmowało ono głównie wyspy Morza Śródziemnego wraz z Sardynią i Korsyką oraz Mauretanię. Królem został wódz Wandalów, Genzeryk, a stolicą Kartagina. Państwo to przetrwało dokładnie sto lat. Wódz cesarza Justyniana, Belizariusz, pokonał ich i ostatecznie rozgromił.
Jednak rzeczywisty upadek tej barbarzyńskiej efemerydy rozpoczął się już wcześniej. Jak pisze H. Bergasse w „Podzwonne dla Rzymu”: Wandalowie, osiedleni wokół Kartaginy, pod wpływem klimatu i rozwiązłych obyczajów afrykańskiej stolicy ulegli zniewieścieniu i nie byli już tak groźnymi wrogami jak dawniej. Zwyrodnieli w lenistwie i luksusie, tak jak szesnastowieczni Hiszpanie, wzbogaceni ponad miarę dzięki peruwiańskiemu złotu. Zgnuśnieli wielmoże z 530 roku, władający olbrzymimi majętnościami (owoc afrykańskich grabieży) i tysiącami niewolników, przywożonymi z morskich zbójeckich wypraw, byli bardzo dalecy łupieskim jeźdźcom, którzy w 406 roku przemierzali panońskie równiny, bądź przebiegłym piratom, którzy plądrowali wybrzeża Morza Śródziemnego. Strzeżeni przez mauretańskich wojowników, zdegenerowali przez bogactwo, oddawali się jedynie bezczynności i występkom. Kartagina stała się lupanarem Morza Śródziemnego, co już w 430 roku oburzało kapłana Salwiana: „W Kartaginie oddychano zepsutym powietrzem, które nieczystość szerzyła po całym mieście. Ulice i place były siedliskami rozpusty i nikczemnej prostytucji. W mieście chrześcijańskim, uhonorowanym jedną z najwyższych godności Kościoła, widziano ludzi, którzy zarzekali się własnej płci, publicznie ukazywali się przebrani i tym samym własny występek przemieniali w grzech całego miasta. I ta przywara, tak potworna i nowa, znajdowała dla siebie ochronę w obecności urzędników, w poklasku ludu, w przyzwoleniu całej Kartaginy. Któż mógłby to pomyśleć, ale też kto by ośmielił się pomyśleć: mężczyźni! Zapożyczali wygląd, ruchy, maniery przeciwnej płci i dalecy od tego, by rumienić się z powodu swego zniewieścienia, przeciwnie, rumienili się, że w jakieś mierze mogą jeszcze wydawać się mężczyznami”.
Nie pozostało po nich prawie nic. Przeszli od barbarzyństwa do dekadencji nie zaznawszy cywilizacji, by użyć określenia użytego niegdyś (choć w innym kontekście) przez Claude Lèvi-Straussa.